Myśląc nad wstępem, zdecydowałem, że zacznę od prywaty, a konkretniej wyznania, które może zostać odebrane przez część naszych czytelników nawet za nieco bezczelne. Gotowi? Prawdę mówiąc, nigdy nie byłem jakimś wielkim fanem prawdziwego heavy metalu, wliczając również kojarzony z nim anturaż, czyli skórzane kurtki, ćwieki i tym podobne tematy. To po prostu nie moja bajka, zaś pod względem ubioru i etosu bliżej mi m.in. do hardkorowców.
Tak czy siak, kultowe Judas Priest lubiłem w zasadzie odkąd tylko sięgam pamięcią, choć nie miałem wcześniej sposobności obejrzenia w akcji tej brytyjskiej grupy. Tym razem nadeszła idealna okazja, by wreszcie to zmienić – panowie przyjechali bowiem do Warszawy, gdzie od kilku lat mieszkam, natomiast koncert odbył się dokładnie… w moje urodziny. Okej, dziękuję Ci, doglądająca mnie Siło Wyższa, bardzo doceniam ten “zbieg okoliczności”.
JUDAS PRIEST Z PRZEKROJOWĄ SETLISTĄ
Słynni Judasi odwiedzili Torwar dzięki staraniom agencji Live Nation Polska, zaś pretekstem do przyjazdu Roba Halforda oraz kolegów była trwająca właśnie trasa Faithkeepers. To z grubsza tournee opiewające w przekrojową setlistę, zawierającą numery wydane na przestrzeni kilku dekad. Jak zresztą przypomniał słynny wokalista, Judas Priest gra heavy metal od 50 lat, więc nikt chyba nie ma wątpliwości, że było co celebrować.
ŚWIATŁA, SCENOGRAFIA… AKCJA!
Punktualnie o 21:00 wielka płachta zasłaniająca scenę opadła do pierwszych dźwięków You’ve Got Another Thing Comin’ ze Screaming for Vengeance. Moją uwagę od razu przykuła względnie oszczędna, acz wysmakowana produkcja; oprócz podestu pod perkusję, za muzykami widniały cztery mniejsze telebimy oraz jeden pokaźnych rozmiarów, robiący za odpowiednik tzw. backdropu. Każdy z pięciu ekranów wyświetlał wizualizacje dla poszczególnych numerów, dodatkowo tworząc czasami wspólny złożony, gigantyczny obraz. Fajnie i z rozmachem, ale bez zbędnego przepychu. Dobrych wrażeń dopełniła ponadto zsynchronizowana praca świateł tudzież laserów.
Gitary i bębny uderzyły, po czym jakby mimowolnie zacząłem się rozglądać. Trybuny wyglądały na w pełni zapełnione, niemniej płyta obfitowała w luźniejsze miejsca. Summa summarum moim zdaniem udało się ją zapewnić w około ⅔. To jednak całkiem nieźle, gdy weźmiemy pod uwagę dość nietypowy termin koncertu – wydarzenie odbyło się bowiem we wtorkowy wieczór.
NAGŁOŚNIENIE PODCZAS KONCERTU JUDAS PRIEST
Wróćmy do setu. Jako drugie zagrano Metal Gods, zaś publiczność głośno skandowała tekst już podczas utworu numer trzy. Nic dziwnego, wszak było nim kultowe Breaking The Law. Tegoż dnia zespół prawie nie zwalniał tempa. Szybkie numery goniły jeszcze szybsze, zaś Painkillerzagrzmiał z doprawdy zatrważającą mocą. Panowie wciąż są w formie.
Warszawski Torwar uchodzi powszechnie za obiekt wymagający akustycznie, niemniej w ciepłą noc 28 lipca wszystko zabrzmiało niemal bezbłędnie. Nagłośnieniowcom udało się wykręcić satysfakcjonujący, selektywny miks: warczący bas Iana Hilla komplementował “sterylną” perkusję Scotta Travisa, gitary Richiego Faulknera i Andy’ego Sneapa świetnie przebijały się zarówno w partiach granych unisono, jak i podczas wspólnych harmonii, a nad wszystkim górował czysty śpiew Halforda. Okej, legendarny wokalista miał ze dwa-trzy momenty, w których jego wokal lekko zadrżał, jednak były to raczej drobne potknięcia aniżeli błędy. Gdy tylko było trzeba, Rob bez większego problemu wchodził w wysokie rejestry, równie gładko wracając po chwili do swojej niższej, wiodącej barwy. Nie zmienia to faktu, że Anglik bez większego trudu był w stanie odtworzyć “skrzeczące” wokalnie Panic Attack z Invincible Shield dokładnie tak, jak mógłbym sobie tego życzyć.
KONDYCJA ROBA HALFORDA
W tym miejscu podzielę się jeszcze jedną, krótką dygresją. Jeszcze niedawno bałem się, że nie zdążę obejrzeć występu Judas Priest. Później lęk ten pogłębiła dodatkowo nagła śmierć nieodżałowanego Ozzy’ego Osbourne’a, przez co zacząłem boleśnie żałować pominięcia zeszłorocznego przyjazdu JP do łódzkiej Atlas Areny.
Na szczęście zespół wrócił do nas nad wyraz szybko. Mogę zatem odetchnąć z ulgą, niemniej obiecuję sobie obejrzeć Judasów jeszcze co najmniej raz. Misja ta na bank zostanie zakończona powodzeniem, bo mimo że Rob Halford ma już 74 lata (!), ewidentnie wciąż daleko mu do emerytury przy kominku i w wygodnym fotelu. Obstawiam więc kolejne, rychłe powroty Anglików do naszego kraju.
W Warszawie słynny frontman pozostawał przede wszystkim statyczny, przemierzając podest wzdłuż i wszerz. Wokalista dwukrotnie przemówił do publiczności między numerami, kilkukrotnie jej pomachał, ale przede wszystkim zajął się śpiewaniem. Pod koniec półtoragodzinnego setu nie zabrakło jeszcze firmowego wjazdu na scenę motocyklem. W finale nadszedł czas na zabawę do Living After Midnight oraz długie pożegnania, pełne wzajemnych uścisków i uśmiechów posyłanych wszystkim członkom aktualnej inkarnacji Priest. Było konkretnie, ale też koleżeńsko. I to na tym etapie kariery! Kolejny przystanek trasy odhaczony, stolica Polski podbita. Robota wykonana należycie.
CZY KONCERT JUDAS PRIEST SPEŁNIŁ OCZEKIWANIA?
Opuszczając warszawską halę, zaobserwowałem mnóstwo uśmiechów na ustach fanów. Sam również wychodziłem zadowolony. Wiedziałem, że właśnie przyszło mi przeżyć koncert grupy-legendy, jednej z najważniejszych formacji w długiej i zawiłej historii całej muzyki metalowej. To nie wszystko: wcale nie przeszkadzały mi te wspomniane we wstępie skóry czy ćwieki. Nawet poniekąd się do nich przekonałem. Oberwałem ponadto setkami przeszywających riffów, napatrzyłem się na pełne ogni animacje i ujrzałem ludzi, których zawsze chciałem obejrzeć na żywo. Wszystko to oglądało się z nieskrywaną przyjemnością. I z równie wielką przyjemnością dorzucę, że ostatecznie otrzymałem więcej, niż mógłbym się spodziewać.
Setlista Judas Priest – Warszawa 2026, 28 lipca
- You’ve Got Another Thing Comin’
- Metal Gods
- Breaking the Law
- The Ripper
- The Sentinel
- Desert Plains
- Lightning Strike
- Turbo Lover
- Steeler
- Delivering the Goods
- Panic Attack
- Victim of Changes
- Halls of Valhalla
- Painkiller
- Electric Eye
- Hell Bent for Leather
- Living After Midnight





