Site icon KVLT

Alcest, Svalbard, Doodseskader – Warszawa (24.11.2024)

Jeden koncert, trzy zespoły parające się totalnie różną muzyką – takie podejście do organizacji tras obserwuję coraz częściej. Miszmasz stylistyczny skrojony wedle tej formuły miałem okazję oglądać m.in. w marcu br. w Stodole. Wówczas występ legendarnego Meshuggah poprzedzały sety melodeathowego The Halo Effect oraz sludge/death rockowego duetu Mantar (relację z tego wydarzenia przeczytacie tutaj). Ciekawy eksperyment czy chybiony pomysł? Nie mnie to oceniać, ale chętnych na bilety nie brakowało, bowiem fani wspomnianych kapel po brzegi wypełnili salę koncertową warszawskiego klubu. Dorzucę jednak, że wszystkie trzy grupy łączył pewien konkretny mianownik i nie mam w tym miejscu na myśli wyłącznie finansowo-ekonomicznych aspektów wyjątkowo kosztownego przedsięwzięcia, jakim niewątpliwie jest międzynarodowe tournée. Chodzi o to, iż wymienione wyżej ekipy znamy ze stricte metalowego młócenia.

Wystarczyło poczekać kilka miesięcy, by do tego samego miasta, choć nie tego samego lokalu (tym razem mowa o Proximie) zawitała kolejna europejska objazdówka, zrzeszająca kolejne trzy nazwy kojarzone z zupełnie różnymi podgatunkami ciężkiego grania. Prywatnie miałem spore wątpliwości co do umieszczania na plakatach promocyjnych romantyków z Alcest w towarzystwie brytyjskich post-hardcorowców działających pod nazwą Svalbard oraz sludge/post-metalowego Doodseskadera. To przede wszystkim dlatego, że niniejsza trójca wywodzi się z kompletnie innych parafii. Prawdę mówiąc, oprócz rozsianych to tu, to tam chwytliwych melodii, zespołów tych nie łączy ze sobą zbyt wiele, a co szczególnie ważne, ich twórczość i dynamika oddziałują zgoła odmiennymi bodźcami. I jak się później okazało, pożenienie tego wszystkiego na jednym evencie moim zdaniem się nie powiodło, co nie zmienia faktu, że każda z grup występujących zimnego, listopadowego wieczoru w Warszawie zaprezentowała się z mocnej strony.

Na pierwszy ogień poszedł Doodseskader. Współtworzą go dwaj świadomi, w pełni ukształtowani artyści, a konkretniej: basista i wokalista Tim De Gieter (Amenra, ex-Predatory Void) oraz perkusista Sigfried Burroughs (Ganashake, Jukwaa, Kapitan Korsakov). Niełatwo scharakteryzować twórczość tych panów, ale z całą pewnością sporo tu estetyki zaczerpniętej z shoegaze’u, czy kapel kojarzonych z dream popem. Tyle że brzmienie duetu opiera się przede wszystkim na ciosaniu wgniatających w ziemię, post-metalowych riffów wydobywanych z mocno przesterowanej gitary basowej. Dodajcie do nich gęste bębnienie plus szereg warczących, równie przesterowanych screamów Gietera, a otrzymacie Doodseskader. Belgowie niewątpliwie mają na siebie pomysł, który przyszło im zaprezentować przed niemałą publicznością, zapełniającą w trakcie półgodzinnego setu klub w ponad połowie jego możliwości. Wszystkiemu towarzyszyły futurystyczne i mocno odrealnione wizualizacje. Energia żywiołowych muzyków, a w szczególności wymachującego basem Tima, zachęciła mnie, by dokładniej sprawdzić twórczość projektu na streamingach. A to oznacza, że potencjał tkwiący w slocie pierwszej kapeli wieczoru został wykorzystany w stu procentach.

Następny w kolejce był Svalbard. Niestety, kompletnie nie byłem w stanie przyswoić tego koncertu. Ilekroć grupa zaczynała interesować mnie swoimi kompozycjami, dobór kolejnych utworów powodował, iż czar nagle pryskał. Już od samego początku setlista zespołu wydawała się chaotyczna. Po typowo post-hardcorowych zagrywkach prędko rozpoczynano jakiś z numerów o bardziej blackmetalowym sznycie, a następnie serwowano coś na ukojenie. I tak kilka razy pod rząd. Przyznaję, że dla mnie, słuchacza nieobytego z dokonaniami Svalbard, to było po prostu zbyt wiele. Pod koniec setu czułem się dosłownie wycieńczony ciągłymi zmianami kreowanego nastroju. Co więcej, mnogość partii instrumentalnych gitar często zlewała się w niespecjalnie czytelną (a więc utrudniającą odbiór) dźwiękową papkę. Z całą pewnością nie pomogła momentami niewdzięczna akustyka Proximy i, jak się wydawało, nieobecny spec od nagłośnienia. Setem Brytyjczyków byłem więc nie tyle rozczarowany, co wręcz zniesmaczony.

Wreszcie nadszedł czas na występ headlinera wieczoru. Neige, Winterhalter oraz pozostali muzycy wkroczyli na scenę nieśpiesznie i w pełnym milczeniu, po czym z głośników popłynęły charakterystyczne, kojące dźwięki. Obawiałem się, że kiepskie nagłośnienie sprzed kilku chwil nieco zepsuje mi wrażenia z odbioru bliskiego memu sercu Alcest, ale natychmiast okazało się, iż odpowiedni człowiek za heblami poradzi sobie nawet z głośnikami Proximy. Jakość uzyskanego dźwięku można było porównywać z nagraniami pochodzącymi z najnowszych płyt Francuzów.

Dało się odczuć, że wszyscy muzycy byli tego dnia w rewelacyjnej kondycji. Każdą partię egzekwowano bowiem z odpowiednią mocą i dynamiką. Nawet drobne wpadki techniczne gitarzysty Pierre’a „Zero” Corsona nie zdołały zepsuć doskonałego wrażenia obcowania z zespołem wybitnym. Dodam, że podsycano je dopracowaną grą świateł i wszechobecnym, celowo wykreowanym cieniem rzucanym na skąpaną w ciepłym świetle scenę. Nie bez znaczenia pozostawał też pokaźnych rozmiarów element scenografii. Mowa o konstrukcji przedstawiającej pięknego żurawia wkomponowanego w ramy podświetlanego portalu. Brzmi tajemniczo? Z pewnością, zaś Alcest zdaje się doskonale zdawać sobie sprawę, że zapewnienie odpowiedniej aury wynosi podniosłe i oniryczne kompozycje jeszcze wyżej, niż mogłoby się wydawać.

Setlista uwypuklała premierę tegorocznego krążka Les Chants de l’Aurore, z którego zagrano aż pięć numerów. Zaznaczę, że już po otwierającym set Komorebi wrzawa wypełniającej klub po brzegi publiczności była niemalże ogłuszająca. Nie zabrakło także składającej się z trzech utworów reprezentacji Spiritual Instinct, z legendarnym Sapphire na czele. Wycofany, acz serdeczny i często uśmiechający się szczerym uśmiechem Neige z prawdziwą lekkością wydobywał z siebie zarówno czyste wokalizy, jak i nieczęste screamy. Pojawiały się one przede wszystkim w starszych kompozycjach. Mowa na przykład o Souvenirs d’un autre monde z debiutanckiego albumu oraz Écailles de lune – Part 2.

Muzycy do samego końca pozostali stateczni, a momentami aż nadto skupieni na swoich instrumentach. Po około osiemdziesięciominutowym secie cała czwórka grzecznie się pożegnała i zakończyła występ. Ani przez moment nie czułem, że zagrano za krótko, nie miałem poczucia niedosytu. Ba, cieszyłem się, że nie pojawiły się niepokojące dłużyzny. Wychodziłem więc z Proximy w pełni ukontentowany. Nagle przestałem zastanawiać się, czy Doodseskader i Svalbard powinny występować przed ekipą taką jak Alcest. Dziwnym trafem, odbiór ich setów nagle przestał mieć dla mnie jakieś większe znaczenie. A to dlatego, iż uświadomiłem sobie, że właśnie przyszło mi oglądać jeden z najlepszych koncertów w całym moim dotychczasowym życiu.

Setlista:
Komorebi
L’Envol
Améthyste
Protection
Sapphire
Écailles de lune – Part 2
Flamme jumelle
Le miroir
Souvenirs d’un autre monde
Oiseaux de proie

Autre temps
L’Adieu

___

Zdjęcia autorstwa Grzegorza Karpińskiego. Pełną galerię znajdziecie tutaj.

Exit mobile version