Site icon KVLT

Black Sabbath – Kraków (2.07.2016)

Przykro to mówić, ale nadchodzi kres czasów i koniec pewnej epoki. W ciągu ostatnich lat pożegnaliśmy kilku legendarnych muzyków, którzy niezaprzeczalnie dołożyli wielką cegłę do rockowej historii świata. Nawet Ci, postrzegani jako niezniszczalni i nieśmiertelni, postanowili przejść na zasłużoną emeryturę od heavy metalowej służby. Black Sabbath zwani królami ciemności, ojcami metalu czy też bóstwami ciężkiego brzmienia, również podjęli decyzję by, po prawie 50 latach intensywnej służby piekielnym dźwiękom, pożegnać się z fanami w swoim dobrze znanym stylu.


Krakowska Tauron Arena tego dnia pękała w szwach, ale to raczej nic dziwnego przy nazwie takiego formatu i rozejściu się biletów w  przeciągu zaledwie kilku chwil od momentu wypuszczenia ich do sprzedaży. Cóż, nie co dzień mamy okazję gościć pionierów fundamentu muzyki metalowej. Na miejscu pojawiłem się w momencie gdy Rival Sons rozpoczynał swój koncert – klasyczne już dźwięki z filmu Dobry, Zły i Brzydki stanowiły idealną zapowiedź show jakim uraczyli nas muzycy z Kalifornii. Przyznam szczerze, że przesłuchując ich płyty oczekiwałem po prostu ładnego i rockowego koncertu. Całe szczęście na żywo okazali się totalną petardą. Grzeczne brzmienie znane z albumów odeszło w kąt kosztem niesamowitej energii i dużej dawki southern rocka wymieszanego z bluesem. Momentami brzmiący równie tłusto jak Monster Magnet czy Wolfmother zaserwowali nam około 40 minut bardzo porządnego gitarowego show, z niesamowitą dozą amerykańskiego cwaniactwa i kowbojskiego klimatu. Przy takich kawałkach jak: Hollow Bones pt. I czy Open My Eyes, publika dała upust przynajmniej części swojej energii i chętnie dała porwać się rockersom z Long Beach. Z tego miejsca serdecznie zapraszam do zobaczenia ich na żywo jeżeli tylko będziecie mieli okazję – gwarantuję że nie będziecie zawiedzeni!


Po rewelacyjnym wstępie przyszedł czas na danie główne dzisiejszego wieczoru. Nagle na wielkim telebimie pojawił się spot zwiastujący trasę The End i rozległy się pierwsze krople deszczu. By utwierdzić wszystkich w przekonaniu kto jest dzisiejszą gwiazdą, zespół zaczął od firmowej wizytówki czyli obłąkańczego Black Sabbath. Publika w tym samym momencie ruszyła do przodu jak stado zahipnotyzowanych zombie przyciąganych w kierunku sceny by bliżej poczuć mrok i energię płynącą z gitary Iommiego. What is this? That stand before me! Bez cienia wątpliwości był to hrabia Osbourne, którego forma wokalna była tego wieczoru naprawdę świetna. Po udanym rozpoczęciu przeszli do Fairies Wear Boots i Afterforever, które z każdą kolejną chwilą doprowadzały publikę do stanu muzycznej nirwany. Mimo to, byliśmy na samym początku tej metalowej uczty – wstęp do do iście bujającego Into The Void po prostu zabił. Zresztą jak dla mnie ten utwór jedynie udowodnił, że duet Geezer & Tommy są jak stare dobre małżeństwo które bez słów i w pełnej zgodności rozumie termin: przyjebać muzyką tak, by fan nie mógł się pozbierać. Kolejne szlagiery jak Snowblind, War Pigs i Behind the Wall of Sleep również potwierdziły, że Black Sabbath nie bez powodu jest zespołem który od wielu lat inspiruje prawie większość formacji na całym świecie.


Gdy na Tauronie rozbrzmiał wstęp do klasycznego N.I.B. publika po prostu oszalała i fala z samego przodu sceny powoli przenosiła się na dalsze obszary sektoru GC. Bo jak tu wytrzymać, gdy Ozzy w towarzystwie tnących dźwięków prosi by podać rękę samemu Lucyferowi? W momencie gdy Pan Butler rozpoczął wolne plumkanie na swoim basie, wiadomo było że przyszedł czas na Hand of Doom. Jak dla mnie wraz ze wcześniej wspomnianym Into The Void, zabrzmiał najlepiej podczas wczorajszego wieczoru. Czarna magia jednak istnieje! Zdezorientowany głos Księcia Ciemności w asyście transowych gitar oraz perkusyjnych kanonad pozwolił zatracić się w tej posępnej melodii. Będąc przy bębniarzu, Tommy Cluefots podobnie jak w 2012 zaprezentował swoje niesamowite solo, które raczej każdego utwierdziło w przekonaniu dlaczego to właśnie on został koncertowym muzykiem żywej legendy metalu. Ten chłop jest po prostu żywym automatem, który swoją grą zawstydziłby nie jednego deathmetalowego perkusistę. Bezpośrednio po zakończeniu tej szaleńczej kaskady uderzeń bębniarza w swój zestaw, zespół zaprosił publikę do dalszej zabawy przy nieśmiertelnym Iron Man. Potem na moment przenieśliśmy się do czasów niezbyt lubianego przez fanów albumu Technical Ecstasy i brytyjscy metalowcy zaprezentowali utwór Dirty Woman, który na żywo zabrzmiał rewelacyjnie. Set został zwieńczony dzikim Children of the Grave i zagranym na bis Paranoid, po którym było już wiadomo że to już ostateczny koniec pewnego rozdziału w historii muzyki.

Bawiłem się przednio, to nie ulega wątpliwości. Koncert podobnie jak ten z łódzkiej Atlas Areny zaliczam do bardzo udanych i chylę czoła przed muzykami, że w takim wieku i po tylu życiowych przejściach brzmią identycznie jak na albumach z dawnych lat. To właśnie dowodzi tego, że Black Sabbath jest muzyką ponadczasową która zawsze będzie świeża i nie pozwoli dać się nadgryźć zębowi czasu. Mam tylko dwa małe „ale”. Po pierwsze setlista, która w zasadzie była okrojoną wersją tej z roku 2012. Wiem, że Ozzy już naprawdę resztkami sił odgrywa kolejne koncerty z tournee, a wiek daje się we znaki, ale trasa pożegnalna jednak mogła zobowiązać muzyków do lekkiego odświeżenia setu i zaprezentowania kilku innych, równie ważnych dla historii zespołu kompozycji. Z drugiej strony, ciężko byłoby ułożyć krótki set skoro w swoim repertuarze posiada się tylko hity i klasyki. Po drugie, część publiczności która minęła się z powołaniem i powinna zostać weselnymi kamerzystami. Rozumiem, że pamiątka i wspomnienia ale kurwa nie psujcie zabawy innym! Jeżeli na przyszłość chcecie mieć video wybierzcie się na trybuny i pozwólcie reszcie szaleć jak tylko się da, zamiast stać cały koncert z wyciągniętymi do góry rękoma oraz oglądać show z telefonicznego wyświetlacza.


Dziękuję Panowie za to, że w roku 1968 zdecydowaliście się spotkać i zacząć grać. Prawdopodobnie życie wielu osób na całym świecie wyglądałoby zupełnie inaczej gdyby Black Sababth nie nagrało tych klasycznych już płyt, które stanowią biblię muzyki metalowej. Czy to zupełny koniec? Raczej nie. Bo choć aktywność koncertowa i płytowa stają się zamkniętym rozdziałem, to pamięć i legenda pozostaje wciąż żywa. Skoro ta muzyka przetrwała już tyle czasu, niczym heavy metalowy bursztyn z czasów początku lat ’70, to możemy być pewni że i kolejne pokolenia będą wychowywać się na dźwiękach diabłów z Birmingham.

Exit mobile version