Brutal Assault 2024 (Jaroměř, Czechy)

Drugi weekend sierpnia dobiegł końca, złogi festiwalowego pyłu opuściły zatoki, ostatnie gąsienice przyniesione w pokrowcu z namiotem udało się wyprosić z mieszkania, pora więc wypowiedzieć sakramentalne: Brutal Assault 2024 przeszedł już do historii. Zarówno w trakcie festiwalu, jak i w ciągu kilku dni po jego zakończeniu, usiłowałam rozszyfrować, jakie właściwie wrażenie na mnie wywarł. Jako antyfanka paru obecnych na festiwalu w sporej reprezentacji gatunków, a jednocześnie entuzjastka niespodzianek, silnych bodźców, gęstych harmonogramów oraz obserwowania dobrej zabawy w każdym wydaniu, mogę powiedzieć, że było to doświadczenie po prostu potężne. No i ostatecznie świetne, ale o tym niżej – oto arcysubiektywny kalejdoskop szoków, wzruszeń i innych doznań, których dostarczyły z nawiązką cztery letnie dni spędzone w twierdzy Josefov. 

DZIEŃ 1

Na miejsce dotarłam po południu pierwszego oficjalnego dnia festiwalu – z lekkim opóźnieniem, choć wciąż w porę, żeby bez pośpiechu rozstawić namiot i udać się na pierwszy koncert, przy którego nazwie w lineupie postawiłam serduszko. Półtorej godziny okazało się jednak niewystarczające, żeby złapać kartograficzną orientację (trace italienne!), znaleźć względnie ciche miejsce na którymś z już gęsto usianych namiotami pól kempingowych i dotrzeć pod najdalszą z możliwych scen szybciej niż chwilę po rozpoczęciu koncertu, co uniemożliwiło mi wejście do fosy – Finntroll przyciągnął naprawdę imponujący tłum, pozostało mi więc przyczaić się na jego skraju i tam dać się nieść mrocznym pląsom. Set był przekrojowy i treściwy, a rozejrzawszy się pobieżnie, nie dało się nie zauważyć, że nóżka chodziła nawet festiwalowiczom o najbardziej grobowych wyrazach twarzy. Finowie, podobnie, mimo że występować przyszło im w pełnym słońcu, cwałowali ze standardowym, szalonym poziomem energii. Finał w postaci majestatycznego Midvinderdraken pozostawił co prawda trochę niedosytu, ale tak to jest, jak się dostaje slot w środku dnia i trzeba się zmieścić w 45 minutach. 

Dość szybko przyszło mi zmierzyć się z mającym jeszcze wielokrotnie powrócić dylematem: dokąd teraz? Ciekawość i lekkie poczucie fomo spowodowane nieobecnością na niedawnym warszawskim koncercie popchnęły mnie na główną scenę prosto w mocarne progi Red Fang. Po folkmetalowym wirze przyjemnie było pobujać się trochę wolniej i dać przeszyć jazgoczącym riffom i porządnym, oldschoolowym stonerem z harmonizującymi wokalami i bez nadmiaru doomowych spowolnień i rozciągnieć. Dodatkowego waloru dodawał ujmująco bezpretensjonalny wygląd muzyków – po prostu wyszli, jakby dopiero wstali od stołu i, jak gdyby nigdy nic, zgnietli kilkaset osób zgromadzonych pod sceną. 

Sprytny ruch w postaci ustawienia obok siebie dwóch dużych scen pozwolił na uniknięcie długich przerw w harmonogramie Sea Shepherd/Marshall, mija bowiem tylko kilka minut od końca koncertu z lewej, a już startuje koncert z prawej – i tak w tę i z powrotem przez cztery dni. Gdy więc tylko ucichły ostatnie echa niskich akordów Red Fang, wystarczyło kilka kroków, żeby sprawdzić, co ma do zaoferowania kanadyjski Spiritbox. Choć interesował cięższymi partiami i rewelacyjnym screamem Courtney LaPlante, ostatecznie skutecznie odstraszył mnie elektronicznymi efektami i niebezpiecznie radiowymi refrenami. Mi co prawda wystarczyły trzy pierwsze kawałki, aby zdecydować o konieczności zmiany frontu i oddalenia się od corowo-djentowo-popowego miksu, ale szybki rzut oka na reakcje pierwszych rzędów dawał uczciwe świadectwo, że Spiritbox na pewno nie znalazł się na tym festiwalu przypadkowo. 

Na małej scenie Octagon dostałam to, czego na metalowych festiwalach szukam najbardziej – odkrycie, które odebrało mi mowę. W otoczonym w całości murami twierdzy oktagonie, w palącym słońcu, za stery diabelskiej machiny stanęła izraelska (ups) Srefa z debiutanckim longplayem Solstice. Sądząc po późniejszych dyskusjach i wymianach wrażeń, nie tylko na mnie zespół zrobił piorunujące wrażenie i nie przesadzę, gdy powiem, że ten czteroosobowy skład brzmiał jak wściekła horda dysponująca co najmniej orkiestrą symfoniczną. Ciężki, dominujący bas i brak wymyślnych riffów przy zachowaniu odpowiedniej dawki melodyjności, synkopowe partie perkusyjne, momenty technicznego naparzania przecinane seventiesowymi occultowymi sekwencjami niskiego czystego wokalu, i to wszystko w butelce z etykietą black metal. Wszystko się tam zgadzało.

Po godzinie z ciekawości i kronikarskiego obowiązku wróciłam na scenę Obscure, żeby zobaczyć, jak tym razem zaprezentuje się Vltimas – przyznam szczerze, że ich występ na Mystic Fetivalu przyjęłam raczej z uśmiechem, który towarzyszy mi zawsze, gdy dane mi bywa doświadczać osobliwego emploi Davida Vincenta na żywo. Trudno mi przymknąć oko na fakt, że całość wydaje mi się dość przesadzona i myśleć o niej inaczej niż comedia dell’arte metal ale, za przeproszeniem, papieżowi, co papieskie – taki skład w końcu zobowiązuje. Całość brzmiała perfekcyjnie, niepodrabialne riffy Blasphemera wgniatały w ziemię, a panowie zaprezentowali się z zauważalnie wiekszą werwą niż na początku lata w Gdańsku.

Na zakładkę na Oktagonie rozpoczął Hexvessel, na którym postanowiłam dać głowie odsapnąć od dotychczasowych ciężarów i sprawdzić, jak nastrojowy, chłodny mrok wybrzmi w ostatnich promieniach słońca, wewnątrz rozgrzanych murów. Chciałabym napisać, że wjechało perfekcyjnie, ale koncertowi towarzyszyły niestety pewne problemy z nagłośnieniem. Cóż, o ile nie wdzierają się lobotomicznym szpikulcem w mózg, ja takie niewygody po prostu ignoruję, tak że mimo hałaśliwych glitchy tu i ówdzie, zostałam dłużej. Koncert rozpoczął się potężnym metalowym uderzeniem, żeby chwilę później wpłynąć we wzburzone przestrzenie hipnotyzujących marszowych rytmów. Momentami stonerowo, kiedy indziej trochę bardziej folkowo, zaraz znowu ciężej i czarniej, Hexvessel skomponował naprawdę mistyczną i pełną napięcia podróż, której nieodmawialnej lekkości dodawał przeszywający, lamentujący wokal Mathew McNerneya. 

Przed moim kolejnym festiwalowym must see zajrzałam jeszcze na jedyną zadaszoną scenę (pierwszego dnia praktyczną, bo padało, później praktyczną, bo w komnacie było jednak kilka stopni chłodniej niż na zewnątrz). Tak trafiłam na KAL, gdzie można było liczyć na sporo niespodzianek – to tam grały najmniejsze i najmniej oczywiste gatunkowo składy, co miało dowieść, że na Brutalu naprawdę każdy może znaleźć coś dla siebie. Skuszona wrzaskliwym kobiecym wokalem i industrialowymi syntezatorami, zajrzałam na chwilę i zostałam na dłużej – a po scenie fikał akurat polski witch housowy duet xdzwonx, który rozkręcił tłum do pełnoprawnej batcave’owej dyskoteki, mnie zaś wprawił w zachwyt. Było nisko, pulsująco i nawet przez chwilę nie żałowałam, że postanowiłam posłuchać ich do końca i odpuścić Deicide na głównej. 

Gdy wieczór rozhuśtał się na dobre, postanowiłam iść za ciosem i bez żalu dalej omijać główne sceny. O 21 na Obscure zaczął Brutus, i mimo że nie minął jeszcze pierwszy dzień, od pierwszych dźwięków naszła mnie pewność, że oto rozpoczyna się jeden z highlightów festiwalu. Noc zapadająca przy akompaniamencie krystalicznych, przestrzennych dźwięków muzyki ponadgatunkowego trio, wibrowała od rozdzierającego wokalu i galopu perkusji Stefanie Mannaerts, co sprawiało tym większe wrażenie, że nagłośnienie wręcz zwalało z nóg. Ten koncert brzmiał jak portal do innego świata i odpuszczenie na jego rzecz Exodusa nawet nie zabolało. 

Ostatnia w kolejce na ten dzień pozostała wskrzeszona legenda – skład Triumph of Death performing Hellhammer. Chwilę przed koncertem przyszło mi do głowy może małostkowe pytanie, czy puszczenie Within the realm of a dying sun przed koncertem to nie aby lekka manipulacja, ale trzeba oddać, że jeśli komukolwiek tego dnia należał się bonus o mocy uwznioślania występu, to był to z pewnością Tom G. Warrior – no i słusznie: na scenie i pod sceną czuć było poruszenie już przed koncertem. Z wdzięcznym poczuciem humoru, bez przedłużania wrzucający między kawałki osobiste spostrzeżenia (trudno się powstrzymać od śpiewania – skwitował, zanim dopiero w czwartym utworze ryknął wespół z gitarzystą André Mathieu w Decapitator), mentorował składowi młodszych o co najmniej półtora pokolenia muzyków, którzy odgrywali Hellhammera z należytą sztuką, entuzjazmem i pieczołowitością do wtóru skandowanego przez rozbujaną publiczność w odpowiednich momentach znajomego wszystkim entuzjastom gatunku charakterystycznego stęknięcia. Brzmiało świetnie, rzecz jasna zagrane na porządnym sprzęcie i porządnie nagłośnionej scenie, o rząd wielkości mniej surowo i obskurnie niż w oryginale, ale tym przyjemniej się tego słuchało. I niemniej świetnie oglądało. Triumf śmierci to było zdecydowanie ponadmuzyczne doświadczenie. 

Przed północą na głównej zaczaił się jeszcze Abbath z setem Immortal, natomiast jako że festiwale zmieniają kompozycję mojego ciała w cukier, sterroryzowana warunkami pogodowymi uciekłam przed deszczem pod najbliższy dach, tak że musiałam obejść się jedynie trzema ostatnimi numerami, które wybrzmiały, gdy nieco się rozpogodziło. Potężny tłum, który kwestię Immortalową potraktował poważniej niż ja, pewnie miałby więcej do powiedzenia o tym koncercie, no ale cóż – o ile dobrze wiem, Abbath się jeszcze ze sceny nigdzie nie wybiera. 

Przed pierwszą zaskoczona przyznałam, że czuję lekki niedosyt i kawałek pizzy z ostatniej otwartej budy nie był w stanie go zaspokoić. Dałam się wiec jeszcze wyciągnąć na dokładkę w postaci Mortuary Drape, którzy zakończyli ten dzień występem na scenie Obscure. Włosi zdecydowanie sprostali odpowiedzialności bycia ukoronowaniem dnia – rozpoczęli set od nowszych, czyściej brzmiących i bardziej stonowanych utworów, tak że pomyślałam, że późna godzina występu zobowiązała ich do skomponowania setu na dobranoc, jednak po kilkunastu minutach rockandrollowym galopem puścili się w sentymentalną podróż, sięgając po kultowe All the Witches Dance i Secret Sudaria, i do trzeciej z minutami nie zwalniali tempa, racząc nieprzesadnie liczną, ale za to niezwykle zaangażowaną publiczność przyczernionym, ninetiesowym, chrypiącym szaleństwem. (WP)

DZIEŃ 2

Koncerty na Brutal Assualt zaczynają się już nawet od 10:30, a kończą o 3 w nocy, choć dla tych, którym jest mało, nawet wtedy zostaje jeszcze scena KAL, gdzie po koncertach w ciągu dnia, do godzin porannych można potańczyć do dzikiego industrialu.

Dzień drugi rozpoczęłam od rodaków z Riverside, grających na głównej scenie Sea Shepherd. Wokalista Mariusz Duda zabawiał publiczność przewrotnymi żartami (nastrojowy Left Out, co prawda wykonany z dociążoną końcówką, zapowiedziany jako najbardziej brutalny utwór w historii zespołu, czy uszczypliwy komentarz o jakości muzyki Dream Theater) w przerwach między złożonymi i płynącymi niczym rzeka utworami. Drobny deszcz idealnie wpasował się w nastrój, a zakończył w momencie, gdy na bliźniaczej scenie Marshall pojawił się zespół Incantation i zmienił klimat muzyczny. Energiczny headbanging i growl Johna McEntee pobudziły od razu publiczność do szaleństwa. (ZW) Mnie właśnie koncerty takich zespołów jak Incantation zawsze wprawiają w oszołomienie, kiedy jadący czołgiem po głowach publiczności muzycy, którzy brzmią, jakby przed śniadaniem wypili kocioł smoły, na scenie śmieją się najgłośniej i pajacują w najlepsze. (WP)

Następnie wylądowałam na energicznym koncercie grupy Dopethrone – metalowej ekstazie na pograniczu sludge i stoner metalu w wykonaniu czarnoksiężników-dreadziarzy z Kanady. W repertuarze znalazły się utwory z najnowszej płyty Broke Sabbath oraz żarty magnetycznego frontmana (I’ve had an ashtray for breakfast… with egg on the side). Wymachiwanie dredami, plucie piwem, diaboliczny śmiech – publiczność ich pokochała. Piekielna, zachrypnięta i poświrowana na każdym poziomie – taka była po południu drugiego dnia atmosfera na Obscure. 

W przerwie między koncertami na Obscure zajrzałam na Octagon, by sprawdzić jak radzi sobie My Diligence. Nazwa zespołu trafnie zgrywa się ze sposobem grania Belgów, albowiem usłyszałam w tym pewną elegancję, ale też… nijakość. (ZW) Stoner na drugą nóżkę faktycznie miał prawo wypaść trochę blado, startując w jednej kategorii z odjechanym Dopethrone, ale z drugiej strony przyjemnie było wylądować w porozciąganych, post-metalowych brzmieniach i płynącej ze sceny progresywnej harmonii. Ładne, ale faktycznie, nie do końca porywające. (WP) 

Z powrotem ruszyłam więc na Obscure, na wyczekany God is an Astronaut, irlandzki zespół z ponad dwudziestoletnim stażem eksperymentów instrumentalnych. Bracia bliźniacy Kinsella wraz z perkusistą Lloydem Hanneyem zaserwowali wielobarwną podróż pełną przeróżnych kształtów i form, niełatwych do zdefiniowania, ale nietrudnych do odczucia. Delikatne, kosmiczne brzmienie, czasem przeplatane sążnistymi riffami i pojękiwaniami na wokalu, wprowadziły publiczność w subtelne kołysanie, tworząc jeden kolektywny organizm. 

Z tego kosmicznego snu wyrwali mnie Born of Osiris, głównie ze względu na problemy techniczne, z jakimi zmagali się już od początku koncertu. Gdy już grali, starali się wypełnić energią całą przestrzeń, jednak to, co udało im się nabudować przez poćwiartowane riffy, technikalia burzyły, przerywając koncert. Część publiki, razem ze mną, zniechęcona powikłaniami realizatorskimi, wybrała się na blackmetalową gratkę z Nowego Jorku — Yellow Eyes na Octagonie. Stability and madness to pierwsze słowa, które przyszły mi na myśl, kiedy słuchałam tej raz łamanej, a raz płynnej, wirującej abstrakcji przeplatanej skrawkami steranego krzyku, growlu i słowa mówionego. Zarówno muzycznie, jak i wizualnie, to określenie wydaje się trafne, patrząc na sceniczną prezencję zespołu. Gitarzyści pomimo zawrotnego tempa w dłoniach, zachowywali na twarzy spokój, który pięknie kontrastował z ekspresją Mike’a Rekevicsa, pałkarza prosto z piekła. Jego pasja poskutkowała koniecznością interwencji pomocy technicznej i dokręcenia instrumentu, który powoli zaczynał tracić integralność. W trakcie koncertu, jakby na znak aprobaty czy błogosławieństwa, pojawiły się na murach wokół sceny Octagonu cztery zakapturzone zjawy w ptasich maskach, dzierżąc w dłoniach pochodnie, brutalowi Watchers. (ZW)

Carcass już w życiu widziałam, mój udźwig grindcoru też jest ograniczony, dlatego ku wieczorowi postanowiłam obadać 1914 i sprawdzić, co ma do zaoferowania okołomilitarny zespół, który dla odmiany nie krzyknie Warszawo, walcz. Nie, żebym spodziewała się czegokolwiek innego, ale tak: biorąc pod uwagę obszar zainteresowań liryczno-estetycznych składu, nie mogło nie być politycznie, poetycko i patetycznie. Sztandarowy FN.380 inaugurował pierwsze minuty setu, w trakcie których Dmytro Kumar postarał się, żeby utrzymać na sobie uważne spojrzenie publiczności, w bezruchu ściskając niebiesko-żółtą flagę, ze wzrokiem wlepionym w przestrzeń ponad głowami tłumu, zupełnie jak gdyby wokół niego nie rozpoczynała się właśnie wojna światowa. Wśród ludzi ewidentne było potężne poruszenie, reakcje na antyrosyjskie slogany rzucane ze sceny dorównywały ekstazie wywoływanej wchodzeniem wokalisty między słuchaczy. Było wymownie, czarno i naprawdę smakowicie, a najlepsze tego dnia miało dopiero nadejść. 

Z bólem serca zrezygnowałam z Baroness, żeby pogalopować w zastępie nieokiełznanych legend z Testament i odbić sobie, czego nie uświadczyłam parę tygodni wcześniej w Warszawie. Co prawda repertuar mniejszej sceny celniej trafiłby w moje upodobania, jednak ani przez chwilę nie pożałowałam decyzji – niesamowity poziom energii muzyków, niedorzeczna ilość crowdsurferów niesionych jednocześnie i muzyka, która mimo korzeni sięgających dekad wstecz brzmi, jakby nie postarzała się ani o dzień. Zapisałam sobie: not my jam, but I can’t dislike it. (WP)

Po tych intensywnych doświadczeniach potrzebowałam krótkiego resetu w ciszy, by powrócić na koncertową falę z zespołem Tulus. Niestety diabelski wokal Sverrego Stoklanda skąpany w szybkich, rytmicznych brzmieniach sprawił, że zaczęłam się zastanawiać, czy mój limit blacku nie został przypadkiem wyczerpany na dziś. Przytomność umysłu zwróciła mi (czarna) perła i gwiazda tego wieczoru, a być może nawet całego festiwalu – Satyricon. Szczerze mówiąc, musiałam zrobić przerwę w pisaniu w tym momencie, bo wspomnienie tego koncertu przejęło mnie na tyle, że utonęłam po uszy w misternej, mistycznej finezji muzyki Satyra i Frosta. Doskonale zbalansowana setlista wraz z przeszywającą energią płynącą ze sceny zadziałały niczym zaklęcie na publikę (i chyba nie muszę dodawać, że i na mnie). (ZW)

Jako oddanej fangirl Satyricon, trudno będzie mi próbować zachować obiektywność w opowiadaniu o ich koncecie — nawet zdystansowaną, kulturalną teatralność konferansjerki Satyra odebrałam jako ujmującą raczej, niż bucerską (to nie są moje słowa, niemniej takie słowa padły). Widać, słychać i czuć, że w czasie kilkuletniej przerwy ta machina została naoliwiona z prawdziwą maestrią i w sezon festiwalowy wjechała na pełnym gazie. Jeśli już musiałabym się do czegoś przyczepić, to fakt, że bilans setlisty – niestety z korzyścią dla Now, Diabolicaloceniłabym jako pójście na łatwiznę, ale z drugiej strony trudno się mocować z taką decyzją, w końcu K.I.N.G. i reszta to niezłe bengiery i sądząc po reakcjach publiczności, większość podzielała te opinie. Było nastrojowe interludium z Muncha, było (znienacka!) Hvite Krists død i szkoda tylko, że ta godzina trwała tak krótko.

Gdy po tych wszystkich wrażeniach na dobitkę na scenie Obscure po północy pojawiła się Uada, nie ukrywam, że liczyłam na dociążenie, jeszcze trochę blacku na drugą nóżkę. Uadę widziałam wcześniej parę razy niedługo po debiucie i kojarzyłam głównie z zarzutami polskiego podwórka, jakoby byli zrzynką z rodzimej Mgły. I byłoby w porządku, gdyby byli, ale rzeczywistość miała się inaczej. Amerykanie zaserwowali porywający, hipnotyczny przelot przez trzy pierwsze albumy, miejscami psychodeliczny, kiedy indziej mroczniejszy, bez zbędnych przerywników. Zaskoczyło mnie całkowite pominięcie kawałków z ubiegłorocznej Crepuscule Natura, ale postawienie na powrót do korzeni zdecydowanie zdało egzamin – pozostawało tylko cieszyć się widokiem festiwalowego tłumu, miotającego się w lawinie riffów pędzących ze sceny w zawrotnym tempie i zamaskowanych sprawców tego zamieszania w kłębach dymu, czarujących na scenie. (WP)

To właśnie Uada miała być zwieńczeniem tego dnia, jednak zaintrygowane entuzjazmem nowo poznanych chłopaków, którzy na koncert Master Boot Record oszczędzali resztki sił, dałyśmy się namówić, żeby zostać na nogach jeszcze chwileczkę. I była to świetna decyzja, bo to, co usłyszałyśmy zdecydowanie należy do czołówki w kategorii zaskoczeń – choć nazwę zespołu mogłyśmy odczytać jako podpowiedź gatunkową, brzmienie MBR wzięło nas obie z zaskoczenia. Po kilku minutach do głowy wpadł mi roboczy termin geek metal, a reszta koncertu dowiodła, że ta nazewnicza intuicja była całkiem precyzyjna – znakiem firmowym Włochów jest mianowicie odtwarzanie ścieżek dźwiękowych z oldschoolowych gier wideo – chiptune, ale z tą różnicą, że przy użyciu żywych instrumentów. Kto kiedyś słyszał ile bps-ów da się upchnąć w półtoraminutowym openingu do retro gierki na konsolę, ten może sobie wyobrażać, z jak diabelską zręcznością operował przy gryfie Edoardo Taddei. Odpowiedniego sznytu całemu występowi dodawały ustawione na odsłuchach kineskopowe telewizorki wyświetlające pikselowe animacje i neonowe, szalejące światła. (WP)

DZIEŃ 3

Kolejny dzień, kolejne brutalne doświadczenie – szczególnie, gdy w drodze po pierwszą kawę słyszysz thank you very fucking much you wanna hear some more shit or you wanna go home, a koncertowe plany otwiera Aborted. To co prezentują Belgowie, to bezwzględny muzyczny cyklon śmierci, jednak przeplatany z finezją czarnym humorem pełnym anegdot pogrywających z nazwą zespołu. Niesamowite, z jaką lekkością i zręcznością Sven De Celuwe potrafi balansować na krawędzi kontrowersji, a jednak nie przekraczać granicy dobrego smaku. Kiedy na scenę zaproszono producentów ich nowego albumu Vault of Horrors, tłum oszalał. Odbyły się iście niecodzienne zaręczyny, zespół ogłosił pierwsze w historii festiwalu Aborted wedding, a Svencho pożegnał parę słowami we can’t wait for the abortion after. Ich muzyka, choć momentami dla mnie zbyt mocna, miała w sobie siłę, która nie pozwalała się oderwać. (ZW) Podobnie działało samo obserwowanie Svencha, który zawsze sprawia wrażenie, jakby na wyścigi z samym sobą wymyślał sposoby na skanalizowanie nadmiaru energii i zaraz miał pęknąć w szwach albo rozszarpać swoje własne ciało na wzór ilustracji z makabrycznego backdropu. Publiczności ta jazda bez trzymanki zdecydowanie wjechała jak nóż w masło i aż miło było patrzeć, jak nad głowami wierzga w pełnym słońcu coraz więcej nóg, a dziki moshpit rozszerza swój zasięg do masy krytycznej. (WP)

Po tej dawce ekstremalnych doznań, przyszedł czas na coś zupełnie innego – Villagers of Ioannina City. Płynny, transowy, ale też mocny. Zespół czerpie inspiracje z tematyki kosmosu i greckiej natury, tworząc fuzję progresywnego rocka i stoner rocka z elementami folkowymi, co nadaje ich muzyce niezwykłą głębię. Pojawiły się dudy, kaval i klarnet, na którym Konstantis Pistiolis wykonywał szalone solówki, jednocześnie energicznie wymachując długimi włosami. Naprawdę wyjątkowy koncert. 

Następnie na głównej scenie Sea Shepherd pojawili się Jinjer, zdaje się jeden z bardziej ekscytujących zespołów na współczesnej scenie metalowej. Tatiana Shmayluk, frontwoman zespołu, to prawdziwa femme fatale metalu – jej łagodny głos w połączeniu ze screamem i growlem, był absolutnie hipnotyzujący. Czerwony kostium, w którym wystąpiła, podkreślał jej demoniczną obecność na scenie. Jinjer, z ich progresywnym groove metalem, zabrzmieli znacznie mocniej, niż się spodziewałam. Szybkie, mocne riffy i dynamiczne zmiany tempa sprawiały wrażenie muzycznego rollercoastera. Poruszającym momentem było, kiedy Tatiana dziękowała publiczności za wsparcie Ukrainy i wykrzykiwała antywojenne hasła. Nowe utwory, w tym jeden bardziej hardcorowy, zapowiedziały obiecujący etap w historii Jinjer. Gdy patrzyłam na Tatianę, miałam ciary – zastanawiam się, czy bez niej zespół miałby tę samą moc. (ZW)

W międzyczasie na głównej thrashowcy ze składu Joela Grinda wypełniali swoją godzinę pędzącym, kołowrotującym oldschoolowym brzmieniem. Spomiędzy wierszy pewnie da się wyczytać, że thrash nie jest do końca miodem na moje uszy, toteż występ Toxic Holocaust szybko mnie znudził, a punkowe skandowanie war-is-hell mimowolnie zaczęłam kwitować wywracaniem oczu. Yes-we-know, ale każdemu wedle upodobań – moim zdaniem dużo ciekawiej kotłowało się w tym samym czasie na małym Octagonie. Tam noszący sugestywną nazwę Mallephyr wypełniał mury twierdzy epickimi, rozdzierającymi rykami i technicznym, najeżonym brzmieniem. Obserwowałam publiczność, podczas gdy Czesi odprawiali na scenie swój absolutnie angażujący rytuał i po raz kolejny naszła mnie myśl, że na Brutalu powinno być trochę więcej blacku, ludzie ewidentnie to kochają, tym bardziej jeśli brzmienie jest tak wyśrubowane i pełne różnorodności jak Mallephyr. Czy mój zachwyt wynikał z zestawienia z chwilą spędzoną przy raczej monotonnym Toxic Holocaust? Sugeruję rozsądzić, słuchając nowego albumu Mallephyr – godzina starczyła im na zagranie pięciu numerów wyłącznie ze świeżo wydanej Ruins of Inner Composure (tytułowy kawałek! ileż w tym emocji!) i zmiecenie mnie na moment z powierzchni ziemi. (WP)

Później postanowiłam zajrzeć, jak przedstawia się sytuacja na alternatywnej scenie KAL. Wczesnym wieczorem zagrał tam Olaf Olafson and the Big Bad Trip. Zamaskowany kwartet dostarczył na przekór nazwie naprawdę piękną muzyczną podróż – od ambientowych dźwięków, przez darkjazzowe wstawki, po ciężkie, doomowe akcenty. Keyboard dodawał tej muzyce nieoczywistego, zakręconego klimatu, który sprawił, że całość brzmiała świeżo i intrygująco. Sama nie wiem, kiedy wylądowałam na ziemi tuż przed samą sceną, kąpiąc się w snujących dziwaczne opowieści dźwiękach praskiego zespołu. (ZW)

Na podłodze komnaty pod KAL-em było rzeczywiście przyjemnie, toteż lamentujący post punk na scenie Obscure postanowiłam odpuścić i dać plecom odpocząć jeszcze przez chwilę. Ruszyłam dalej dopiero wtedy, gdy na główną w pełnym majestacie zachodzącego słońca, z diabelskim uśmieszkiem na ustach wjechał walec Candlemass. Niepodrabialne brzmienie i wibrujący głos Johana Längqvista sprawiło, że czas na chwilę zwolnił, tak że wystarczyło zamknąć oczy, żeby poczuć, jak na przestrzeń wokół sceny opada ciemny, ciężki woal i przenieść się w myślach do gotyckiej krypty oświetlonej światłem świec. Doświadczanie koncertu z pełną wizją było tymczasem równie satysfakcjonujące – długowłosy duet Längqvist i Edling uwijali się po scenie rytmicznym slalomem i jakby w choreografii do pokręconych, epickich riffów, poukładanych misternie na tęgich fundamentach ogrywali pozostałych muzyków z teatralnym oddaniem. Set złożony w całości z numerów nagranych w latach 80. był jak hołd dla tamtej ery i ja się do tego hołdu dokładam – Szwedzi udowodnili, że ich granie jest ponadczasowe i miażdżące, choć może uśredniony Brutalowicz by się ze mną nie zgodził, jako że na Candlemass przyturlało się zaskakująco mało ludzi. Mam podejrzenie, że ładowali baterie przed występem Praskiej Orkiestry Symfonicznej z Cult Of Fire, który dla masy ludzi ewidentnie był błyszczącą perełką w lineupie. Ja bym ten koncert jednak przemilczała, bo nawet moja niecodziennie wysoka tolerancja na symphonic metalowe klimaty spod egidy Nightwisha nie pozwoliła mi wysiedzieć pod sceną i do końca dosłuchać memoriału z okazji dwusetnych urodzin Bedřicha Smetany, choć oddać należy, że wydarzeniu z pewnością nie można odmówić rozmachu i dramatyzmu, a fanom zaangażowania. Ja pass, jest takie powiedzenie o formie i treści… (WP).

Trzeciego wieczoru przyszedł jeden z niewielu momentów, kiedy można było odsapnąć od ekstremalnych brzmień. Dobry wybór, bo trzy dni to, wydaje się, wystarczająco dużo czasu, żeby nabrać ochoty na małą odskocznię. Emma Ruth Rundle potrafi poruszać się w różnych gatunkach i stylach i robi to z czarującą delikatnością. Zaprezentowała akustyczne kompozycje nadające atmosferę intymności i wrażliwości. Emocjonalne krajobrazy rysowane przejmującymi tekstami działały na szerokie spektrum publiczności. Przyuważyłam, jak barczysty mężczyzna w kamizelce deathmetalowego Bolt Thrower uronił łzę, a jego kumpel chwalił się po koncercie, że to on krzyknął z tłumu I fucking love you, Emma!

Występ Laibach wymalował na mojej twarzy wielkie WTF. Ich muzyka, pełna polityczno-historycznych odniesień i komentarzy społecznych, była jednocześnie śmieszna, poważna i dziwna. Tę retro-awangardę wspierały wizualizacje w postaci archiwalnych (i często absurdalnych) nagrań. Zagrali wiele coverów, w tym wielkich komercyjnych hitów, które zaśpiewane charakterystycznym głosem Milana Frasa, wprawiły mnie w osłupienie. To jedno z tych doświadczeń, które zapadają w pamięć, choć momentami trudno było zrozumieć, co właściwie dzieje się na scenie. (ZW)

Trzeci dzień zakończył się dla mnie bólem gardła i marzeniem o ciepłej kąpieli, trudno mi jednak było odpuścić jeden z ulubionych zespołów, więc gdy Kampfar wyszedł na Obscure, w szaliku i czapce zameldowałam się bezdyskusyjnie w pierwszym rzędzie. Na głównej w tym samym czasie konwencje łamał Laibach, a Octagonem bujało Body Of Pain, tak że tym razem to bardziej gotycko inklinowana część publiki mogła mierzyć się z dylematem, zaś drogi całej reszty prowadziły w wiadomym kierunku – pod sceną Obscure zgromadzili się licznie. Norwegów widziałam już parokrotnie na mniejszych i większych scenach i nigdy nie wyszłam rozczarowana, tak też tegoroczne brutalowe doświadczenie nie odbiegło od normy. Przekrojowy set – w końcu zespół obchodzi w tym roku 30. urodziny – w pigułce zawarł esencję norweskiego blacku klasy A i przejmującą poetyckość płynącą z motywów pogańskich, bez siermiężnych folkowych ozdobników. Dodatkowo dyskretnego majestatu i niezaprzeczalnej grozy dodawała demoniczna prezencja Pera Spydevolda w połączeniu z rozciągniętym, jakby sączącym się gdzieś nad głowami, szorstkim wrzaskiem i nieujarzmioną energią sprintujących po scenie Olego Hartvigsena i Jona Bakkera, oraz zawrotną stopą Aska Asktandera. Piękny był to występ, publiczność szalała jakby ją podpalono, ja zaś z dłońmi splecionymi na szyi do ostatnich dźwięków Det Sorte próbowałam się nie rozpłynąć od tego płomienistego brzmienia. (WP)

Na koniec dnia na głównej pojawił się Deathstars – każdy członek zespołu odgrywał tam swoją rolę i przybrał konkretną personę sceniczną. Wokalista w roli starego wuja, obłąkana Harley Quinn na gitarze, szczerzący się trupi basista w długich dredach i perkusista powtarzający jak w zegarku swój obrót pałeczką. Nie da się tego nazwać inaczej niż goth-glamowym show. Deathstars debiutował na Brutal Assault i widać, że chcieli wywrzeć dobre wrażenie. Przeszła mi myśl, czy nie grają z playbacku, gdy patrzyłam na ten dopracowany performance, ale przypomniałam sobie, że z początku zmagali się ze zbyt cichym wokalem. Na koniec rzucili w tłum tyle fantów, że można by obdzielić pół festiwalu – kostki gitarowe, ubrania, pałeczki, a nawet jakieś drobne śmieci. 

DZIEŃ 4

Sobotę rozpoczął Plini, australijski wirtuoz gitary, znany z matematycznej precyzji w podejściu do progresywnego rocka. Jego minimalistyczny sposób bycia wpasował się w muzykę pełną zarówno spokoju, jak i niespodzianek. Jest w niej coś eleganckiego, ale czasem miałam wrażenie, że dla mnie zbyt złożonego i ekskluzywnego, przez co nie potrafiłam się w niej zatracić w całości. Muzyk żartował ze sceny: it’s good to see that energy hasn’t changed. I don’t want to see anyone moving, co pasowało do łagodnej natury jego muzyki. Zapowiadając ostatni utwór poprosił o najmniejszy moshpit dnia – uroczy akcent, który oddał specyfikę jego występu. Chłopak obok mnie zaczął kręcić się wokół własnej osi, a część uczestników z ujmującą łagodnością przeciskać się pod scenę. Kilka osób z uśmiechem na twarzy popłynęło na fali w scenerii puszczanych baniek mydlanych. Zaraz po tym udałam się na Obscure, by usłyszeć jeden z najbardziej znanych zespołów Księstwa Andory (a very small fucking country called Andora – subtelny urok metalowego speechu – WP). Persefone dostarczyli publiczności pokaźną dawkę energii na resztę dnia, dodatkowo podkręcani niespodziankami w postaci gitarzysty schodzącego w środek moshpitu. Ich muzyka była techniczna, a zarazem melodyjna, długie gitarowe solówki i piękne harmonijne wokalizy na dwa głosy, czysty i growl, pozwoliły wciągnąć się w świat progressive death melodic metalu – a to zaznaczyć należy, jako że wokalista Marc Pia był bardzo precyzyjny odnośnie do gatunku, w którym porusza się zespół.

Choć na następny koncert zostałam na tej samej scenie, atmosfera zmieniła się na taką nie z tego świata za zasługą Kanadyjczyków z Chthe’ilist. Kwintesencja death metalu w najbrutalniejszej formie. Dla mnie okazali się nieco zbyt ekstremalni na dany moment, więc zwinnie zawinęłam się na Octagon, by posłuchać ziomków z rodzimej sceny. Totenmesse, czyli brudny obskurny black, za którym stoi potężny skład z charyzmatycznym wokalistą o przenikliwym spojrzeniu, wyłupiastych oczach i gwałtownych gestach, lustrującym publikę w akcie na pograniczu teatru i szaleństwa. Usłyszałam burzę intensywnych dźwięków zawierającą niezwykły ładunek emocjonalny – fuck the police pod sztandarem opętańczego blacku, samo dobro, samo zło. (ZW)

W połowie Totenmesse pobiegłam na główną, żeby zdążyć ustrzelić jeszcze Primordial. Zgodnie z tym, co głoszą legendy i czego się spodziewałam – zespół brzmiał jak maszyna, Alan Averill uprawiał swój bagienny topielczy teatr w niedorzecznym zatraceniu, prowokując raz po raz dość nietuzinkowy kontakt z publicznością. Ten koncert, przekrój przez twórczość dwóch dekad, był jak opowieść snuta przez szalonego ducha, wzruszająca i epicka.

Z ciężkim sercem urwałam się z Primordial wcześniej, niż nakazywała przyzwoitość, ale na Octagon już za moment potoczysty sludgowy riff miał wepchnąć zawiniętą w migoczące spiralki i zamaskowaną Julie Christmas, i to był dla mnie wystarczający argument. Trudno było uniknąć skojarzeń z brzmieniem nowszych dokonań Cult of Luna (widok Johannesa Perssona na scenie również nie ułatwiał tego zadania) i proszę nie traktować tego jako zarzutu. Po raz kolejny poczułam przyjemność odskoku gatunkowego, Julie z zespołem zaprezentowała bowiem przejmującą introspekcyjną podróż wyznaczoną numerami z nowo wydanego Ridiculous and Full of Blood. Rozdzierający wokal w połączeniu z przestrzennymi, zastygającymi w zawieszeniu przed miażdżącym uderzeniem, przesterowanymi gitarami i zniekształconymi arpeggiami dawał w rezultacie pełne napięcia i dziwacznej grozy wrażenie, jakby jednocześnie obserwować huragan i być w jego wnętrzu. (WP) Julie zachwycała wokalem – miejscami szarpała głosem, innym razem płynęła nim z lekkością. Przeskakiwała zwinnie między rejestrami, krzyczała, czasem wpadając w growl. Tworzyła dźwiękowy spektakl, który przywodził mi na myśl swobodę artystyczną Björk. 

Następnie na głównej scenie swój koncert rozpoczęli pionierzy symfonicznego black metalu – Emperor. Płynne, mocne brzmienie, zawierające w sobie nutę lekkości. Ihsahn swoim wyglądem przypominał nieco stereotypowego informatyka, co, z mojej perspektywy, wyglądało dość groteskowo w zestawieniu z mrocznymi dźwiękami. Słyszałam wiele dobrego o tym występie, jednak sama pognałam na wyczekany przeze mnie Dopelord, by usłyszeć stoner metal w mistrzowskim wykonaniu. I chyba wielu podzieliło moją opinię, bo pod Octagonem zrobiło się naprawdę gęsto. Publika pogrążona w szalonym transie szczególnie ożywiła się na utworze Heil Jesus. Koncert spełnił moje oczekiwania i okazał się jednym z ulubionych na festiwalu, pełen spontaniczności i życia. Pozostając w klimacie stonerowym, zostałam na ukraińskim Stoned Jesus. Wydawali się być bardziej czyści w brzmieniu niż ich poprzednicy i zarazem bardziej zaskakujący. Mam mieszane uczucia co do tego koncertu, bo pomimo licznych zmian, momentami wpadali w lekko nużący ton. Ostatecznie jednak zostałam na całości, więc ewidentnie było tam coś, co przyciągnęło moją uwagę. (ZW)

Dødheimsgard jest dla mnie jednym z tych zespołów, które wracają na moje playlisty sezonowo od kilku lat i często wespół z A Forest of Stars, Thy Catafalque i Ashenspire i tym podobnymi, dodaje prędkości spadającym liściom i hulającym wiatrom. Cóż, wokół twierdzy w sierpniu drzewa zapewne przez parę tygodni pozostaną jeszcze zielone, ale jestem pewna, że niejeden pień zadrżał w posadach na dźwięk wykręconych brzmień płynących ze sceny Obscure w sobotnią noc. Zobaczenie Norwegów chwilę po oszczędnym wizerunkowo i absolutnie dopracowanym realizacyjnie, pełnym spiczastych riffów i kaskadowych lawin Emperorze dawało piorunujące wrażenie – przyszło mi do głowy, że DHG brzmią, jakby chwycili, co właśnie dali z siebie ich koledzy znad Morza Północnego, poszatkowali to, wymieszali, dorzucili garść suchych patyków i zawartość popielniczki, a potem zagrali od tyłu co drugą nutę. Pełen jęków, wrzasków i dysonansów z jednej strony, przechodzący w całkiem łatwe do rozszyfrowania, nieskomplikowane rockowe bujanie z riffami rodem z niższych poziomów Guitar Hero, tu i ówdzie przyspieszający do dudniącego, technicznego, industrialowego pędu, był jak definicja awangardowego, eklektycznego brzmienia, albo odpowiedź na pytanie: ile jeszcze się tu zmieści. Na poziomie wizualnym dzieła dopełniał Vicotnik, który często nie przerywając śpiewu, odstawiał cały wachlarz niedorzeczności z kategorii rozciągającej się pomiędzy pryskaniem sobie samemu w twarz farbą w spreju, a oblizywaniem obiektywu fotografce. Ktoś by powiedział, że przesada, ale po tym, gdy usłyszałam jak dziwaczny klaun śmieje się z ekranu do zdeformowanych dźwięków klawiszowego interludium, żeby potem fiknąć 180 stopni i zaserwować zgromadzonym najbardziej blackowe zejście w otchłań, musiałam przyznać, że mnie to kupiło. (WP) 

Gdzieś na czarnym końcu tej muzycznej podróży gotował się ikoniczny Behemoth i najgęstszy tłum oczekujący na jeden zespół, jaki widziałam na tym festiwalu. Ich buntownicza, a zarazem wzniosła figura robiła ogromne wrażenie. Mimo agresji i mocy w ich muzyce, usłyszałam dużo zaskakującego groove’u. Między utworami pojawiały się kosmiczne, a zarazem bardzo naturalne przejścia. Nic dziwnego, że frekwencja na tym koncercie była doskonała, tym bardziej szkoda, że zrezygnowano z kamery na scenie – jedyny obraz, który pojawiał się na ekranie, odwzorowywał ten widoczny na żywo z końca koncertu. Wielu fanów było rozczarowanych nie mogąc zobaczyć spektaklu, który Behemoth przygotował na tegoroczne letnie koncerty sygnowane tytułem O Father O Satan O Svmmer. Być może takie rozwiązanie było konieczne ze względu na ilość pirotechniki na scenie, choć umówmy się – to nie ich pierwsze rodeo. (ZW)

Słowem zakończenia wypadałoby festiwal jakoś podsumować, choć mamy nadzieję, że po lekturze naszego eposu z Brutal Assault 2024 główny wniosek jest oczywisty: z całą pewnością jest to miejsce, w którym swoje ścieżki znajdą osoby o naprawdę odmiennych gustach, fani szlagierów i niespodzianek, oldschoolowych brzmień i świeżynek. Kilkukrotnie słyszałam, że tegoroczny lineup nie powalał, że brakowało czegoś n a p r a w d ę wielkiego. W mojej opinii, choć być może po prostu należę do miłośniczek odkrywania raczej niż odgrzewania, n a p r a w d ę  w i e l k i c h występów nazbierało się naprawdę wiele, a sporo z nich było udziałem zespołów, które oglądaliśmy na mniejszych scenach, choć dużych graczy pojawiło się też przecież pokaźne grono. Jeśli Brutala już kiedyś odwiedziliście, to wiecie, że jest to wydarzenie do zaliczenia choć raz w życiu dla każdego miłośnika ekstremalnej muzyki i festiwali. Jeśli macie je jeszcze przed sobą, to gorąco polecam planować na następne lato wizytę w Czechach – już w trakcie tegorocznej edycji pojawiły się pierwsze informacje o przyszłorocznym składzie. Szczegóły związane z jakością jedzenia, cenami i rozmieszczeniem scen musicie natomiast zbadać sami – Josefov leży za blisko, żeby szukać wymówek! (WP) 

 

Tekst: Zoja Wasylczuk i Wiktoria polarblazma
zdjęcia: Wiktoria polarblazma

(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , .