Przejdź do treści

Brutal Assault 2026 – Jaroměř (05-08.08.2026)

12

RELACJA Z 29 EDYCJI FESTIWALU BRUTAL ASSAULT

„Islamiści mają Mekkę, metale mają Jaroměř” – zarówno tymi, jak i innymi słowami byłem przez znajomych w ostatnich latach regularnie zachęcany do udziału w najsłynniejszym „czeskim polskim” festiwalu, Brutal Assault. Zawsze udawało mi się skutecznie temu opierać: a to nie pasował mi termin (rzadziej), a to w lineupie było zbyt mało kapel, które z wielką chęcią bym zobaczył, a jeśli takie już były, to miesiąc później grały też w Aleksandrowie Łódzkim (częściej), czasami zaś po prostu miałem lenia. Tym razem jednak kilkanaście zespołów stworzyło pakiet w moich oczach nieodpuszczalny, postanowiłem więc zadebiutować w fortecy Josefov i przekonać się na własne oczy, czy wielki entuzjazm moich redakcyjnych (i nie tylko) kolegów nie jest aby przesadzony.

Do Jaroměřa dotarłem późnym wtorkowym popołudniem, w dzień koncertów warm-upowych, w których jednak nie wziąłem udziału. Interesował mnie jedynie AHAB, który mam nadzieję zobaczyć już we wrześniu na Summer Dying Loud, postanowiłem więc poddać się obozowemu życiu (nie było łatwo). Odbiorem festiwalowej opaski zająłem się w kolejny poranek, przemiła obsługa wyjaśniła mi działanie bezgotówkowego systemu płatności i przekazała festiwalowy poradnik, a cały proces przebiegł bardzo szybko i sprawnie, mimo dość sporej liczby osób chcących osiągnąć to samo w tym samym momencie.

DZIEŃ I – środa, 05.08.2026

Najbardziej skrojony pode mnie był lineup pierwszego dnia festiwalu. Koncertowanie rozpocząłem w południe, wraz z otwarciem głównych scen, które przypadło w zaszczycie rodakom z Belzebong, wypełniającym lukę po odwołanym Crowbar. Nie dość, że kopara opadła mi wraz z pierwszym moim wejściem na Emperor’s Square, to tłuste, smoliste, ciężkie i mocno zadymione riffy kieleckiego kwartetu połączone z mocarnym nagłośnieniem Marshall Stage zgodnie z oczekiwaniami wręcz wprasowały ją w ziemię. Następnie czekał mnie długi spacer po fortecy, namierzanie pozostałych scen oraz chłonięcie niepodrabialnego klimatu imprezy, który momentalnie do mnie trafił. Pod Marshalla wróciłem dopiero na Vended, chcąc sprawdzić, co zaprezentują synowie członków Slipknot, no i cóż – szału nie było, fanem nie zostanę, sukcesu na miarę zespołu ojców im nie wróżę.

Następnie czekała mnie trzygodzinna przygoda na umiejscowionej najdalej od wejścia na festiwal scenie Obscure, gdzie w psychodeliczno-stonerowe tango miały mnie zabrać trzy zespoły z rzędu. Na pierwszy rzut poszli panowie z Elder i był to znakomity, choć niestety ledwie czterdziestominutowy koncert, któremu jednak totalnie dałem się porwać. Grupa nie zaprezentowała w tym czasie zbyt wielu utworów (wydaje mi się, że trzy lub cztery, ale z racji ułatwiającego odlot skwaru i innych „okoliczności towarzyszących” zostawiam tu sobie margines błędu), jednak to co zaprezentowali, było energiczne i chwytliwe, a dynamika utworów nie pozwalała się nudzić. Po wszystkim było mi wstyd, że do tej pory skutecznie olewałem sprawdzenie tych utalentowanych Niemców. Następnie nadszedł mój pierwszy podczas tej edycji czas wyboru –  Nevermore, czy Coven? Na ratunek przyszedł lineup SDLa, postanowiłem więc dać szansę weteranom occult rocka. Myślę, że był to dobry wybór, gdyż dali oni całkiem przyjemny koncert, pozwalający zarówno potupać nóżką, jak i trochę odpocząć przed nadchodzącą, uwielbianą przeze mnie, Kylesą, którą byłem bardzo mocno podjarany. Tym razem skończyło się jednak zawodem, powiedziałbym nawet, że ogromnym. Mimo zaprezentowania niemałej liczby bangerów, w występie Amerykanów brakowało energii, zupełnie jakby chcieli po prostu odbębnić swój koncert przy jak najmniejszym nakładzie sił – jedynie Brian Duke starał się wykrzesać z siebie coś więcej niż granie na stojąco. Ten brak chęci udzielił się niestety statycznej publice, a jeśli dodać do tego nienajlepsze wrażenia akustyczne, to z bólem serca mogę mówić o najsłabszym z występów, które widziałem w środę. Szkoda, wielka szkoda.

Na szczęście więcej rozczarowań na ten dzień dla mnie nie przewidziano, może oprócz najgorszego kebaba, jakiego jadłem w życiu, z jednej z festiwalowych budek (serio, w tym celu lepiej iść na centrum Jaroměřa). Koncertowo było już tylko co najmniej bardzo dobrze – najpierw za sprawą końcówki występu thrashujących Municipal Waste, na który wybrałem się głównie po to, aby zająć dobrą miejscówę na Triptykon. Zespół legendarnego Toma G. Warriora zaprezentował się z gracją, jego lider znajduje się w dobrej formie wokalnej, a w środowy wieczór ewidentnie dopisywał mu też humor, bo rzucanych ze sceny żartów nie brakowało. Zagrany przez Triptykon materiał – wiadomo, klasa absolutnie światowa, zarówno w repertuarze Celtic Frost, jak i własnym. W połowie przeniosłem się jednak kilkadziesiąt metrów w lewo, aby być blisko sceny Sea Sheperd. Tam bowiem miało odbyć się prawdziwe misterium, będące jednym z głównych powodów mojego wypadu na tegorocznego Brutala – mowa oczywiście o koncercie belgijskiej Amenry. Trochę obawiałem się, czy w open airowej formule ich rytuał nie straci na mocy, ale dzięki późnej porze i odpowiedniej publice pod sceną (nie brakowało nawet łez) nic takiego nie miało na szczęście miejsca. Kto zespół zna, ten doskonale wie, że ich koncerty to w zasadzie mistyczne, duchowe przeżycie. Muzyka broni się sama, czarno-białe wizualizacje dodatkowo budują posępny klimat, a na Brutalu można było do tego pakietu dorzucić jeszcze potężne nagłośnienie (zapewne jeszcze nie raz będę o nim wspominał), dzięki któremu wejście zespołu w Boden po prostu urwało mi łeb tak, że musiałem szukać go na ziemi. Belgowie kolejny raz zapewnili mi cudowne, katartyczne doświadczenie, po którym ciężko było mi się otrząsnąć. Ucierpiał na tym niestety koncert Witch Club Satan, do którego udało mi się dotrwać, ale niestety z powodu ogromu emocji oraz wrażeń z mojego pierwszego dnia na Brutal Assault szybko postanowiłem wrócić do namiotu.

DZIEŃ II – czwartek, 06.08.2026

Czwartek przywitał brutalową społeczność dość nieprzyjemną aurą i opadami deszczu, na szczęście niezbyt silnymi. Nie przeszkodziły mi one we wzięciu udziału w krótkim secie deathmetalowego Baest na głównej scenie. Duńczycy tradycyjnie dali radę, zarówno jeśli chodzi o granie, jak i samą rozrywkę – Simon Olsen dość szybko zeskoczył ze sceny i znalazł się z mikrofonem w samym środku moshpitu. Kolejnym koncertem, na którym zawitałem, był heavy/doomowy Castle Rat, muzycznie bardzo solidny, choć z małymi kłopotami dźwiękowymi. Prawdziwą robotę robił tutaj jednak utrzymany w klimatach średniowiecznego fantasy świetny performance. Liczne przebieranki, rekwizyty oraz storytelling zjawiskowej Riley Pinkerton sprawiły, że zapamiętam Amerykanów na długo. Po ponad dwugodzinnej przerwie na tak zwaną regenerację, wróciłem na moment pod scenę Obscure na Death Angel, jako że jest to jeden z tych thraszyków, które bardzo lubię, a koncerty Oseguedy i spółki zawsze dowożą, zaś następnie przechodząc obok mainów liznąłem jeszcze odrobiny Waltari (kompletnie nie dla mnie).

W końcu nadszedł czas na moją pierwszą w życiu wizytę na niezbyt lubianym Octagonie, gdzie wkrótce pojawić miał się drugi z głównych argumentów, które przekonały mnie do wybrania się do Jaroměřa – belgijski post-metalowy Psychonaut. Jestem fanem tych chłopaków odkąd wydali Unfold the God Man i niesamowicie cieszę się, że w końcu udało mi się zobaczyć ich na żywo, a jeszcze w tym roku uda się to po raz kolejny. Spoiler alert: na żywo są tak samo dobrzy jak studyjnie, chociaż wydaje mi się, że nagłośnienie Octagonu niestety nie pozwoliło im w pełni rozwinąć skrzydeł i mogłoby być jeszcze lepiej. Nagrany przez chłopaków materiał jest jednak tak dobry, że bezproblemowo obronił się nawet w takich warunkach, o czym świadczyć może chociażby niesamowicie entuzjastyczne przyjęcie ich przez publikę. Przyjęcie, które trio na zakończenie koncertu chłonęło z nieudawaną skromnością i były to sceny prawie tak piękne, jak wieńczący ich set …Everything Else Is Just the Weather. Niewiele jest jednak na Brutalu czasu na rozpamiętywanie i kontemplowanie tego, co się właśnie zobaczyło – trzeba zasuwać na kolejne koncerty. Tymi w moim przypadku była nieplanowana, całkiem przyjemna (co było dla mnie zaskoczeniem, bo fanem nie jestem) końcówka Septicflesh oraz Body Count, co do którego miałem wysokie oczekiwania. Zawodu nie było – zespół zagrał na pełnej (slayerowy medley Raining Blood i Postmortem był chyba najdzikszym momentem całego festiwalu jeśli chodzi o jatkę pod sceną, niewiele spokojniej było podczas coveru The Exploited), z jajem i nieskończonymi pokładami energii. Każdy numer był jak solidny kopniak w dupę, Ice T co chwilę atakował słuchaczy swoją żartobliwie ofensywną konferansjerką i przypominał, kto tu jest najtwardszym z zawodników, dużo działo się też w kwestii samego scenicznego performance’u, w którym nie brakowało rekwizytów. Brutalowa publika chłonęła energię zespołu i oddawała ją z nawiązką, co poskutkowało jednym z lepszych występów, jakie widziałem podczas tegorocznej edycji.

Odpoczynek? Nic z tych rzeczy, wręcz przeciwnie – musiałem odpuścić bis Body Count, aby zdążyć na Octagon, gdzie za moment zaczynać mieli Czesi z post-metalowego Lvmen, których szybko określiłem w głowie mianem „Amenry light”. Choć ładunek emocjonalny nie sięgał poziomu Belgów, to samo granie okazało się dość zbliżone. Mam tu na myśli przede wszystkim masywne riffy kontrastujące z delikatnymi zwolnieniami oraz krzyczano-śpiewany wokal, do tego całości towarzyszyły mroczne, niepokojące wizualizacje utrzymane w zielonej kolorystyce. Dla mnie petarda i jedno z festiwalowych odkryć, do którego na pewno wrócę w domowym zaciszu. A kolejne duże zaskoczenie na plus miało nadejść już za moment, kiedy w trakcie obozowych przygotowań do koncertu Fu Manchu usłyszałem z oddali znakomity, chwytliwy synthwave. Pierwsze dwa dosłyszane numery zachęciły mnie tak bardzo, że niemalże biegiem wróciłem pod scenę Sea Shepherd. Proszę państwa – dwa słowa: Carpenter Brut. Nigdy w życiu bym się nie spodziewał, że elektroniczne granie może mi przypaść do gustu, jednak francuski projekt pobudził mnie do ruchu w sposób, o jaki do tej pory nie mogłem się podejrzewać. Nieco ponad pół godziny (bo na tyle zdążyłem) zostało przeze mnie pokracznie przetańczone, a nawet jeśli w okolicach Emperor’s Square był ktoś niewzruszony tym show, to wieńczący całość cover Maniac z repertuaru Michaela Sembello powinien poderwać do tanów nawet tak opornego osobnika/osobniczkę. W czwartkowej karcie znalazło się miejsce na jeszcze jedno ciasteczko, czyli wspomniane już przeze mnie Fu Manchu, kolejny z argumentów przesądzających o mojej wycieczce do Jaroměřa. Amerykanie to pewniak zarówno na płytach, jak i na żywo, w rękawie mają tyle hitów, że bujanie było tutaj gwarantowane. Szkoda jedynie dość okrojonego metrażu (jedynie 45 minut), przez który nie dane było nikomu usłyszeć Mongoose, (myślę, że można było dać im trochę więcej czasu na scenie Obscure), no i nakładania się ich występu z koncertem Alcest na głównej scenie. Pomimo tego nie opuszczałem tamtych okolic niezadowolony, bo przez te trzy kwadranse zespół dostarczył wysokooktanowej, nafuzzowanej jazdy. Unoszący się w powietrzu zapach siuwaxu dał pewność, że ta stosunkowo mało liczna publika, która dotarła na koncert, wiedziała po co przychodzi, Amerykanie spełnili te oczekiwania w stu procentach. Po tym wszystkim wybrałem się jeszcze na moment na Immolation, którzy akurat miażdżyli fanów na Sea Shepherd. Tak jak nie jestem jakimś wielkim szalikowcem death metalu, to jednak ten skład jest dla mnie gwarancją wysokiej jakości i zawsze chętnie sięgam po ich dokonania. W czwartkowy wieczór dałem im kwadrans, podczas którego upewniłem się, że na żywo Ross Dolan i reszta ekipy nadal potrafią łamać kości i kruszyć mury. Mój nastrój po Carpenter Brut i Fu Manchu był jednak całkiem inny, postanowiłem więc skorzystać z oferty gastronomicznej i dotrwać do kończącego wieczór Tormentora. Niestety nie dotrwałem.

Dzień III – piątek, 07.08.2026

Trzeci dzień tegorocznego Brutal Assault był dla mnie najsłabszym lineupowo i na dobrą sprawę niewiele pozycji w rozpisce jarało mnie na tyle, żeby traktować priorytetowo stawiennictwo pod sceną. Sytuację poprawiło trochę dołączenie do zabawy naszego blackowego Hate, które zawsze chętnie obejrzę, jeśli jest możliwość. Załoga Adama Buszko to od wielu, wielu lat gwarancja przynajmniej solidności, zarówno w kwestiach studyjnych, jak i koncertowych. Swój występ na Brutalu zespół może również zaliczyć jako udany, mnie osobiście bardzo ucieszyło zagranie moich ulubionych Erebos i Lux Aeterna. Muszę jednak przyznać, że południe nie było najlepszą godziną dla tego zespołu. Widziałem już Hate na otwartym powietrzu, ale w godzinach wieczornych i jednak wizualne kwestie tamtego występu wspominam o wiele lepiej. No ale mniejsza z tym, ważne że to, co płynęło ze sceny, się zgadzało.

Kwestie lineupowe finalnie nakłoniły mnie do udania się do centrum Jaroměřa i zwiedzenia tej niewielkiej mieściny, przetestowania jednej czy dwóch restauracji, aby w końcu zjeść coś porządnego, oraz porównania dostępnego na mieście piwa z tym festiwalowym. Nie byłem w tym odosobniony, a rozmowy z napotkanymi w miejskich lokalach festiwalowiczami oraz degustowanie lokalnych kulinariów wciągnęły mnie na tyle, że w drodze na Corrosion of Conformity z rozpaczą zdałem sobie sprawę, że panowie już dawno zeszli ze sceny. Shame on me, dałem więc kilka, może kilkanaście minut thrashującemu na Marshallu Coronerowi, a następnie zrobiłem w tył zwrot i jeszcze na „chwilę” wróciłem na centrum Jaroměřa.

Chwila ta trwała aż do końcówki seta Primus, na którym nie miałem zbytnio czasu zostać, bo musiałem pędzić na scenę Obscure, aby zobaczyć Sventevith – czyli Nergala odgrywającego pełnowymiarowy debiut Behemoth w towarzystwie islandzkiego Misþyrming. Doświadczenie muzyki Pomorskiej Bestii na żywo, odartej z pompy i patosu, czyli już od wielu lat nieodłącznych elementów koncertów Behe, okazało się bardzo odświeżające, podobnie jak czymś kompletnie dla mnie nowym był niestosujący żadnych teatralnych zagrywek Darski, w pełni żyjący odgrywaną przez Islandczyków muzyką, biegający po scenie jak oszalały, headbangujący i tryskający energią. Być może mogło to wypaść nieco lepiej pod kątem brzmieniowym, gdyż momentami muzyka zlewała się w ścianę dźwięku, a wokal Nergala był kompletnie niesłyszalny, z drugiej strony taka surowizna doskonale współgrała z klimatem Sventevith (Storming Near the Baltic). Wprost nie mogę doczekać się powtórki na tegorocznym SDL. Występ ten przy okazji ponownie wzbudził we mnie poczucie, że Behemoth mógłby w przyszłości zająć się ponownym nagraniem swoich dwóch pierwszych krążków. Przebłyski potencjalnego efektu końcowego takich działań mieliśmy już na różnych pomniejszych wydawnictwach czy koncertówkach, na pewno nie obraziłbym się na w pełni studyjne re-recordingi.

Występująca na głównej scenie Katatonia okazała się moim drugim co do rozmiarów rozczarowaniem imprezy. Zawód ten nosi tylko jedno imię – Jonas Renske. Zespół brzmiał przyzwoicie, choć na początek jego występu złożyły się głównie utwory z ostatnich, nieszczególnie powalających krążków. Niestety frontman kapeli po prostu nie domaga wokalnie, przynajmniej na żywo, przez co całościowe wrażenie było bardzo słabe. Po dwudziestu, a może nawet piętnastu minutach uznałem, że potrzebuję jakiegoś sprawdzonego, mocnego strzału – a że w tym samym czasie, co Szwedzi, zniszczenie i pożogę na scenie Obscure siał inny reprezentant tego kraju, Marduk, pospiesznie udałem się właśnie tam. Wściekle prujący przed siebie black Pancernej Dywizji był dokładnie tym, czego potrzebowałem, a highlightem było dla mnie drobne, nieplanowane cardio przy Blond Beast. Na Marduku mój piątek miał się w zasadzie zakończyć, życie napisało jednak swój własny scenariusz, i zahaczyłem jeszcze na chwilę o przyjemnie thrashujące Vio-lence.

Dzień IV – sobota, 08.08.2026

W końcu nadszedł i on – ostatni dzień tegorocznego Brutal Assault, lineupowo prezentujący się w moich oczach o wiele obficiej niż dzień poprzedni, choć zacząłem go dość późno i nietypowo, bo od długiej wizyty na Octagonie, gdzie obejrzałem kolejno Conjurer i Doodseskader. Brytyjczycy spisali się doskonale, ciężarem wgniatając mnie w octagonowe podłoże, Belgowie za to nie do końca przypadli mi do gustu, choć pozornie wszystko w ich sztuce się zgadzało. Za serce jednak nie chwycili, a szkoda, bo po zespole byłego basisty Amenry spodziewałem się czegoś niesamowitego. Może właśnie w moich oczekiwaniach był problem? Nie zostałem więc do końca i pożegnałem się z nimi w trakcie występu, jednocześnie żegnając się z Octagonem, na który już nie wróciłem (po części dlatego, że dopchanie się na późniejsze Der Weg Einer Freiheit graniczyło z cudem).

Nie chcąc po raz tysięczny oglądać odgrywającego znowu te same numery Vadera, kolejne minuty spędziłem na oglądaniu w akcji metalcore’owego The Ghost Inside i przekonywaniu się na własnej skórze, że nie są to brzmienia dla mnie, a spora werwa członków zespołu w takiej sytuacji po prostu mi nie wystarczy. Przemęczyłem jednak, chcąc zająć dobre miejsce na koncert Candlemass. Szwedzi zadecydowali o zagraniu na feście swoich największych hitów z pierwszych czterech płyt i był to strzał w dziesiątkę, bolesny o tyle, że tutaj również nie mogłem zostać do końca – to są właśnie te plusy i minusy gęsto rozplanowanej festiwalowej czasówki. W sobotę postanowiłem dawać priorytet kapelom, których jeszcze nie widziałem, dlatego po mniej więcej trzydziestu minutach musiałem zasuwać na scenę Obscure i Deafheaven, i muszę przyznać, że był to jeden z ciekawszych występów, jakie obejrzałem na Brutalu. Fuzja black metalu z post metalem i shoegaze’em była niesamowicie intrygująca i dałem się jej porwać – świetne granie. Trochę mniej spasował mi wokal, jednak muzyka zdecydowanie była warta obecności na tym koncercie. Na pewno zagłębię się w dyskografię Amerykanów, tym bardziej, że już lata temu słyszałem o nich sporo dobrego.

Kolejne dwie godziny zabiłem, rzucając okiem i uchem na Left to Die (zawsze fajnie posłuchać Death, choć nie mogłem pozbyć się wrażenia obcowania ze smacznym, ale jednak odgrzanym po raz kolejny kotletem), próbując dopchać się na wspomniane wcześniej Der Weg Einer Freiheit, co się niestety nie udało, słuchając przydługiego monologu Einara Selvika z Wardruny o podtrzymywaniu tradycji śpiewania (to śpiewaj, a nie gadaj tyle) i ostatni raz korzystając z festiwalowych dobrodziejstw gastronomiczno-piwnych. Następnie nadszedł kolejny i zarazem ostatni czas wielkiego wyboru – klasyk i pewniak w postaci Satyricon na mainie, czy może Obscure i industrialny Health, którego znam całe trzy utwory? Do odważnych świat należy, dodatkowo Satyricon zawita we wrześniu na Summer Dying Loud, postanowiłem więc dać szansę Amerykanom i cholera, to był znakomity wybór, dzięki któremu trio na stałe zapisało się w mojej głowie i zdążyło już wielokrotnie zawitać w domowych głośnikach. W sobotni wieczór show Health nie miało zbyt wiele wspólnego z tymi noise rockowymi kawałkami, które znałem, choć ściana dźwięku oczywiście była– tyle że utrzymana w klimatach industrialno-elektronicznych. Jak zapewne już się domyślacie, zespół w takim wydaniu bardzo mi siadł. Skupiony przede wszystkim na albumach Rat Wars i Conflict DLC koncert był odpowiednio mroczny i dzięki spokojnemu wokalowi Jake’a Duzsika melancholijny, a jego pulsująca rytmika pobudzała do smutnych tańców. Cóż, wybrałem się pod Obscure traktując tę kapelę jako ciekawostkę, a naprawdę mocno się wciągnąłem. Widzimy się ponownie już w listopadzie, bo wspólny koncert Health i Carpenter Brut po tegorocznym Brutalu jest dla mnie pozycją po prostu nie do ominięcia. Co najlepsze, dzięki długim nogom i silnej woli udało mi się jeszcze zdążyć na końcówkę koncertu Satyricon i co to była za końcówka – Mother North i K.I.N.G, a więc jedne z moich ulubionych kompozycji Satyra i Frosta. Klasa bijąca ze sceny sponsorowanej przez Sea Shepherd była niezaprzeczalna, jednak więcej o występie zespołu napiszę po Summer Dying Loud. Zakończyć BA2026 postanowiłem wraz z Jamesem Kentem, czyli występem Perturbatora, którego mroczna elektronika oficjalnie zamykała koncerty na Marshallu. Było to bardzo przyjemne zamknięcie, ze świetną oprawą świetlną, ale jednak jeśli o synthwave chodzi, to w moich oczach show Francuza nie miał startu do tego, czego dwa dni wcześniej doświadczyłem za sprawą Carpenter Brut. Zostałem jednak do samego końca, ostatni raz chłonąc brutalowy klimat.

Smutek towarzyszący pakowaniu gratów z pola namiotowego oznacza tylko jedno – twierdzo Josefov, jeszcze się zobaczymy! Brutal Assault to naprawdę klimatyczna impreza, do tego znakomicie zorganizowana. Brak kolejek, miła obsługa, przyjaźnie nastawieni festiwalowicze i lokalsi na mieście, zróżnicowany lineup, całe mnóstwo udanych koncertów… Niesamowicie się cieszę, że w końcu było mi dane tego doświadczyć. Miał to być raczej jednorazowy wypad z ciekawości, gdyż od festiwali zdecydowanie preferuję koncerty klubowe lub w najgorszym razie halowe, jednak biorąc pod uwagę tęsknotę za festiwalowym życiem, którą odczuwam pisząc te słowa… jeśli ktoś z Was zastanawia się nad wycieczką do Jaroměřa – planujcie wyjazd już teraz. Warto.


Autorem zdjęć jest Mateusz Prokowski. Więcej fotografii z tegorocznego Brutal Assault znajdziecie w naszej galerii.

 

Łukasz W.
(Visited 1 times, 14 visits today)