KVLT

Cavalera — relacja z koncertu, Warszawa (28.06.2026)

“Dziś jest dosyć ciepło, nieprawdaż?” – takim żarcikiem rzucił ze sceny Max Cavalera podczas wyprzedanego koncertu słynnych Brazylijczyków. Przekornym, gdyż mury warszawskiej Progresji dosłownie ociekały potem zarówno muzyków i ekipy technicznej, jak i wszystkich zgromadzonych. Podłoga natomiast lepiła się tak bardzo, iż nawet najbardziej śliska podeszwa z całą pewnością zyskałaby na przyczepności.

PIEKIELNE WARUNKI ATMOSFERYCZNE

Występ odbył się dzięki staraniom agencji Live Nation Polska, w piekielnie parną niedzielę 28 czerwca. Ciekawostka: tego dnia stacja pomiarowa Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej zarejestrowała aż 37,5°C w cieniu, co uczyniło tę niedzielę najgorętszą w historii stołecznych pomiarów. Żeby było śmieszniej, dorzucę, że przyjazd formacji Cavalera był kompletnie wyprzedany, a na wszechobecny ścisk natrafiałem nawet w najszerszych korytarzach.

Pozwolę sobie na jeszcze jedną, króciutką dygresję: oglądając w Progresji zeszłoroczną wiosną P.O.D., również mogące poszczycić się sold outem, razem ze znajomymi musieliśmy sprawnie rozebrać się do T-shirtów, bo spocić się szło nawet od stania w bezruchu. Było po prostu BARDZO GORĄCO. Nie byłem w stanie wyobrazić sobie pogromu, który miał nadejść wraz z letnią wizytą projektu Cavalera.

SZACUNEK DLA KLUBU

W tym miejscu chciałbym podziękować ekipie stołecznego klubu za profesjonalne podejście do trudnych warunków pogodowych. Poprzez social media poinformowano m.in. o nieodpłatnej możliwości wnoszenia półlitrowych butelek wody, obniżeniu barowych cen tejże, a także sprowadzeniu dodatkowych wentylatorów. Co prawda nie dało się odczuć ich pracy, ale aż strach wyobrazić sobie, co by się działo bez nich – nigdy wcześniej nie przyszło mi bowiem uczestniczyć w gigu odbywającym się w równie hardkorowych okolicznościach. Niemniej pod pewnymi względami dodawały one uroku całemu przedsięwzięciu: dzięki przenikliwej wilgoci można było poczuć się “prawie” jak podczas przemierzania dżungli.

RELACJA Z KONCERTU CAVALERA

Wróćmy do przyjazdu Brazylijczyków. Uśmiechnięta Cavalera wyszła na scenę punktualnie o 21:00, Max natychmiast krzyknął do mikrofonu: “Chaos!”. Zaczęło się mocno: pod sceną szaleństwo, co chwilę ktoś wciągał inne osoby do mosh pitu. Chwilę później obserwowałem już naprawdę pokaźnych rozmiarów kocioł zwolenników wspólnego pogo.

Riffy Refuse/Resist zdawały się ciąć powietrze, Iggor Cavalera bębnił, jakby nie obawiał się o stan instrumentów (no i w końcu jeden z technicznych musiał podmienić mu werbel z powodu zerwanego naciągu), zaś mocno odchudzony Max czytelnie darł się tak, jak tylko on sam potrafi. 

Travis Stone z Pig Destroyer skutecznie i precyzyjnie przedzierał się przez kolejne solówki, zaś Igor Amadeus Cavalera (nie mylić z Iggorem) dopełniał instrumentalny miks tłustym, ciężko przesterowanym basem. Zagrano oczywiście przede wszystkim Chaos A.D. (usłyszeliśmy krążek w całości), ale też dwa covery: takie sobie The Hunt z katalogu New Model Army oraz znacznie lepiej brzmiące Polícia z repertuaru brazylijskiego Titãs.

CZY KONCERT GRUPY CAVALERA SPEŁNIŁ OCZEKIWANIA?

Generalnie warszawski set formacji skwitowałbym, używając słowa: “nie” trzykrotnie. Doprecyzowując: nie odnotowałem dłużyzn ani momentów pełnych monotonii, nie brakowało w tym wszystkim wigoru, nie było też mowy o rozczarowaniu wykonawczym. Energetyczną i szybką zawartość Chaos A.D. rozładował klasycznie akustyczny Kaiowas. Przed odegraniem tego numeru Max poprosił zresztą, by rozświetlić Progresję światłem telefonów i zapalniczek, by przemienić klub w las deszczowy Amazonii.

Co natomiast mogło wywołać kontrowersje? Cóż, koncert trwał łącznie ledwie 70 minut, wliczając już bisy. Jak dla mnie jednak była to idealna długość jak na tak intensywny thrash z elementami groove metalu, tym bardziej że drąc się podczas refrenu Territory, niemalże straciłem głos. Mnóstwo osób uczyniło zresztą to samo, zaś w mojej okolicy (około ⅓ długości sali względem odległości od sceny) reakcja publiczności pozostawała żywiołowa aż do ostatnich zagranych nut. Było znakomicie i to na tyle, że pierwszy raz w życiu poważnie rozważam obejrzenie Soulfly na żywo. Widać i słychać, że Max wrócił do formy, a oglądanie go w wersji anno domini 2026 było dla mnie wyłącznie przyjemnością.

Setlista Cavalera – Warszawa 2026

Exit mobile version