Oj, długo przyszło nam czekać na ten koncert. Słynny frontman Slipknota i zawieszonego kilka lat temu Stone Sour jeździ po świecie ze swoim solowym projektem od czasów pandemii COVID-19, a więc od 2020 roku. Niemniej, wokalista odbywał podobne trasy z gitarą akustyczną, a także prowadzonymi przez siebie panelami Q&A już dekadę wcześniej. Aktualna odnoga europejskiej trasy Taylora dotarła wreszcie do warszawskiej Stodoły, a biletów nie można było dorwać już na wiele miesięcy przed opisanym poniżej rewelacyjnym występem artysty. Organizatorem przedsięwzięcia było Live Nation Polska.
Wieczór rozpoczął się setem wywodzącego się z Kopenhagi Siamese. To sprawny zespół parający się melodyjnym metalcorem. Nie mam wątpliwości, że serwowana przezeń propozycja muzyczna może podobać się szerokiemu gronu odbiorców, ale do mnie po prostu nie trafia. W trakcie godzinnego setu przyszło mi bowiem wsłuchiwać się w mnogość przewidywalnych zagrywek i patentów znanych z dzieł ekip wywodzących się z podobnej szkoły grania. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że podobnych grup widziałem na przestrzeni lat dziesiątki. Nawet fakt, że jeden z gitarzystów regularnie odkładał swój instrument, by dodać kompozycjom głębi grą na skrzypcach, nie zmienił mojego zdania o Duńczykach.

Owszem, zdarzyło mi się pokiwać głową to tu, to tam, przy czym moje zainteresowanie występem Siamese gasło z minuty na minutę. Zaznaczę, że nie chodzi o walory wykonawcze, gdyż skomplikowane technicznie partie instrumentalne egzekwowane były bez słyszalnych wtop, a świetny, wielowymiarowy głos frontmana górował nad utworami, emitując zarówno mocne krzyki, jak i podniosłe czyste partie. Ten sam człowiek całkiem nieźle poradził sobie zresztą z nieczęsto pojawiającą się konferansjerką. Czegoś mi tu jednak brakowało. Czasem niezwykle trudno uchwycić, czym tak naprawdę jest to niemalże mityczne “coś” powodujące, że zaraz po koncercie stajemy się fanami nieodkrytego wcześniej zespołu. Z grubsza chodzi przecież o to, by dany występ w jakiś sposób się wyróżniał, poruszał odbiorcami, bądź zapadał w pamięć w inny, bliżej niesprecyzowany sposób. A najlepiej, jeśli wszystkie te składowe wzajemnie na siebie oddziałują. Niestety, zabrakło chemii. Prawdę mówiąc, szczerze wątpię, bym pamiętał o secie Duńczyków, gdyby nie wyjątkowa okoliczność, jaką bez wątpienia było pełnienie przez nich obowiązków bezpośredniego supportu Taylora.
Setlista
Sloboda
Home
Numb
Chemistry
Predator
B.A.N.A.N.A.S.
Shape of Water
Vertigo
This Is Not A Song
On Fire
Holy
Can’t Force the Love
Ocean Bed
Heights Above
Co innego Corey. Ten gość potrafi owinąć sobie publiczność wokół palca, co uczynił natychmiast po wtargnięciu na deski warszawskiego klubu. Amerykanin przywitany został wrzaskiem setek gardeł zachwyconych fanów. Do końca wieczoru słyszał go zresztą wielokrotnie, bo Polacy nie szczędzili mu nieustających owacji. A ten co rusz je podsycał, dyrygując przy tym reagującej na każde skinienie publice. Dzięki jej reakcjom, na twarzach muzyków często gościły szerokie uśmiechy. Dało się odczuć, że ich radość jest spontaniczna, a nie jedynie kurtuazyjna. Myślę, że obecny w powietrzu entuzjazm udzielił się prawie wszystkim zgromadzonym w budynku. Tak powinien przebiegać prawidłowy przekaz energii między zespołem a odbiorcami!

Wróćmy do początku. Zaraz po puszczonym z głośników intrze The Box, usłyszeliśmy świetne Post Traumatic Blues, a później pierwszy cover Stone Sour. Mowa o Made of Scars, które poderwało do skakania całą salę. Z repertuaru tej grupy zagrano również Song #3 i ponadczasowe Through Glass, a także niebezpiecznie bliskie slipknotowym ciężarom 30/30-150. Niestety, zabrakło doskonałego Bother, aczkolwiek nie tylko u nas; niezmienna setlista trasy nie uwzględnia bowiem tego numeru.
Skoro już o Slipknocie mowa, artysta zagrał przejmujące Snuff oraz dwa porywające evergreeny dziewiątki ze stanu Iowa: Before I Forget oraz Duality. Co ciekawe, ten ostatni numer w Stodole zabrzmiał nieco dziwnie, gdyż aranżacja live bandu Coreya pozbawiona jest ikonicznych uderzeń bejsbolem Clowna w keg po piwie. Mój umysł zdawał się mimowolnie “doklejać” je tam, gdzie ich brakowało. Nie zmienia to faktu, że wszystkie te kompozycje zabrzmiały tak, jakby wykonywał je właśnie sam Slipknot. Półtoragodzinny set uzupełniło pięć utworów z solowych krążków Taylora (Black Eyes Blue, We Are the Rest, Beyond, Talk Sick) oraz trzy wyjątkowe covery. Pierwszym z nich była piosenka z intra kreskówki o Spongebobie Kanciastoportym. Słynny wokalista ma w zwyczaju grać go ot tak, dla hecy. Pretekstów do pożartowania było więcej. Bodaj najbardziej zapadającym w pamięć tekstem było przedstawienie długowłosego basisty Eliota Durango jako gościa, który widnieje na wszystkich świeczkach z Jezusem. Trzeba przyznać, że to wyjątkowo celna uwaga, a wspomniany wyżej znakomity nastrój muzyków nadał pozytywny ton całemu wydarzeniu.

Wróćmy do doboru pozostałych coverów. Doskonale zabrzmiało From Can to Can’t ze ścieżki dźwiękowej filmu Dave’a Grohla o kultowym studiu Sound City. Nagrywano w nim niezwykle mroczną Iowę Slipknota, a także Nevermind Nirvany, debiutancki krążek Rage Against The Machine i mnóstwo innych, niezwykle ważnych dla muzyki rockowej płyt. Swoją drogą, naprawdę polecam ten obraz. Zaznaczę, że przed aktualnie trwającą trasą Coreya po Europie kompozycję odegrano na żywo jedynie cztery razy, o czym frontman napomknął do mikrofonu. Żyłem w przekonaniu, że mało kto kojarzy w Polsce niniejszy utwór. Nic bardziej mylnego. Byłem zszokowany, gdy cała Stodoła odśpiewała słowa numeru, a jej dostojne wykonanie doprowadziło do łez nie tylko mnie. Kameralnie, acz intrygująco wypadło również The Killing Moon od Echo & The Bunnymen. To jeden z nielicznych momentów, gdy cały klub pogrążył się w milczeniu, a publiczność w pełni skupiła się na słuchaniu.

Powiem wprost: dla mnie, wieloletniego fana twórczości Taylora, warszawski występ artysty był spełnieniem marzeń. Trudno było się do czegoś przyczepić. Wokalnie i fizycznie ten niemłody już przecież frontman wciąż udowadnia, że wigoru w nim więcej niż w niejednym nastolatku. Muzycy go wspierający to doskonali profesjonaliści, których umiejętności uwypukliło selektywne nagłośnienie. Dodam, że widziałem Slipknot kilkakrotnie (moją relację z ostatniego koncertu grupy w Polsce przeczytacie tutaj), ale nie zawsze wychodziłem z danego obiektu w pełni zadowolony. Trzeciego czerwca w Stodole dostałem natomiast więcej, niż mógłbym zapragnąć. Mam nadzieję, że Corey da się namówić na kolejne przyjazdy do naszego kraju. Z pewnością nie przegapiłbym jego wizyty. I mimo że stałem dosłownie kilka metrów od sceny, tym razem powalczyłbym o barierki.
Setlista
The Box (nagranie)
Post Traumatic Blues
Made of Scars (cover Stone Sour)
Black Eyes Blue
We Are the Rest
Song #3 (cover Stone Sour)
Beyond
Before I Forget (cover Slipknot)
SpongeBob Kanciastoporty (czołówka z kreskówki)
Snuff (cover Slipknot)
From Can to Can’t (cover utworu ze ścieżki dźwiękowej filmu Sound City)
Talk Sick
Home
Midnight
Through Glass (cover Stone Sour)
The Killing Moon (cover Echo & The Bunnymen)
30/30-150 (cover Stone Sour)
Duality (cover Slipknot)

Zdjęcia Coreya Taylora i jego zespołu: Maciek Kobylański
Zdjęcie Siamese pochodzi z Facebooka z zespołu i pokazuje ujęcie z koncertu w Antwerpii.
- Czernina — „Oszukać Listopad” (2025) - 21 stycznia 2026
- KANNABINOID już w styczniu w Lublinie - 3 grudnia 2025
- SYSTEM OF A DOWN, QUEENS OF THE STONE AGE oraz ACID BATH na koncercie w Polsce w 2026 roku - 10 września 2025






