W zeszłym roku Dool zagrali trzy koncerty w Polsce, a tej wiosny, ku uciesze fanów, holenderski band wrócił na dwa klubowe występy.
Wśród pierwszych dat na ich europejskiej trasie znalazł się koncert w Warszawie, z kolei dzień później zespół zawitał we Wrocławiu, co stanowiło na tyle ciekawą rozrywkę w środku tygodnia, że szkoda było przegapić taką okazję. Zwłaszcza, że w roli supportu zagrali Taraban, których już od paru lat nie widziałam na żywo.
Czas, jaki minął od mojej ostatniej styczności z Tarabanem, nie był jedynym czynnikiem, który sprawił, że czekałam na ich koncert. Krótko przed występem ogłoszono dołączenie Elizy Ratusznik (Narbo Dacal) oraz Konrada Ramotowskiego (Untervoid) do składu na żywo, co stanowiło zapowiedź świetnego show, a niedawna premiera EPki The Oath dodatkowo podsycała ciekawość. W końcu utrzymane w klasycznej rockowej konwencji nowe wydawnictwo brzmieniowo dość mocno odbiegało od zaprawionych psychodelą i doomem bangerów, jakimi wcześniej raczył nas zespół, co gwarantowało ciekawe show.
Tak też było w istocie: utwory zasługujące na miano Tarabanowych klasyków zestawiono z utworami z najnowszej EPki, co złożyło się na znakomite, energetyczne show. Tryby tej niezmordowanej maszyny koncertowej działały na najwyższych obrotach, a zaangażowanie i profesjonalizm artystów były na tyle wyraźne, że nie pozostawały wątpliwości, jak swobodnie czuli się na scenie.
Bas brzmiał wprost fantastycznie, świetnie sprawdziły się również partie obu gitar, z kolei frontman mógł się pochwalić głosem, którym wielokrotnie wyciągał nawet bardziej wymagające wokalizy.
White Lies, które można było kojarzyć z wcześniejszych występów grupy, należało do moich highlightów wieczoru. Psychodeliczne, odjechane, z melodią pozostającą w głowie na długo – świetna sprawa. Gig zakończył się wraz z chwytliwym The Oath, które dodatkowo rozruszało zbierającą się publikę.
„Dzięki Wrocław, jeszcze do was wrócimy” – tymi słowami zespół pożegnał się z nieźle już rozgrzaną widownią.
Setlista Taraban:
The Plague
Country Song
Die in Peace
Roxxxane
White Lies
Wilde Hunt
The Oath

Jedyna okazja, jaką miałam do zobaczenia Dool, nadarzyła się na festiwalu, więc ciężko było sobie odmówić przyjemności, jaką stanowiło doświadczenie tak poruszającej muzyki w warunkach klubowych. Moim zdaniem plus stanowiło również kameralne otoczenie, jakie zapewnił wrocławski Liverpool, gdyż w stosunkowo niewielkiej sali muzyka Holendrów mogła zadziałać z odpowiednio dużą mocą rażenia.
Przed środowym wieczorem zafundowałam sobie nieco spoilerów, gdyż sprawdziłam zarówno setlisty z trasy, jak i koncertowe nagrania znajomych, którzy dzień wcześniej stawili się na warszawskim gigu. Wszystko wskazywało na to, że pierwsza połowa koncertu Dool bardziej trafi w mój gust, jednak rzeczywistość szybko zweryfikowała moje domysły. Headliner zapewnił bardzo równy set pozbawiony jakichkolwiek dłużyzn i zapychaczy. Na początek Raven van Doorst wraz z resztą bandu odegrali tytułowe The Shape of Fluidity z najnowszego albumu, już na wstępie zapewniając zebranym w klubie arcymocne uderzenie i porządne emocjonalne zmasakrowanie. W końcu jak inaczej nazwać mistrzowskie połączenie ciężkich, rockowych riffów, równie potężnej perkusji oraz zestawionego z tą ścianą dźwięku mocnego wokalu?
Słuchacze ledwo mieli czas dojść do siebie po niesamowicie dobrym otwieraczu, a zespół już zabrał się za kolejny utwór. Po krótkim, treściwym przywitaniu „Hello Wrocław, we are Dool!” rozpoczęło się piekielnie mocne na żywo Self-Dissect. Nie będzie przesadą powiedzieć, że TAKI bas można było poczuć całym ciałem, a wokal przyprawiał o ciarki. Coś wspaniałego.
Zespół serwował muzyczny cios za ciosem, gdy następny utwór The Hand of Creation wybrzmiał monumentalnie, bardziej transowo i niemal rytualistycznie dzięki mocnym akcentom perkusji na początku.
Mniej więcej w połowie setu umieszczono jeden z moich ulubionych utworów w całej ich dyskografii, The Alpha. To dzięki temu kawałkowi zaczęłam lata temu słuchać Dool i koncert we Wrocławiu był najlepszym sposobem na przypomnienie sobie tego. Usłyszenie tego numeru na żywo było po prostu bezcenne i pozostawiło mnie totalnie oczarowaną tym specyficznym mariażem doomu i rocka.
Widowni nie było jednak dane ochłonąć, gdy po rezonującym z mocą The Alpha klubem dosłownie
wstrząsnęło God Particle, a Venus in Flames zagrane w drugiej połowie setu stanowiło kolejny mocny punkt wieczoru.
Wyczekiwany przez wielu i bardzo ciepło przyjęty numer Oweynagat pozostawiono na sam koniec. Artyści nie pozostawali dłużni entuzjastycznej (i głośnej!) widowni i również dali z siebie wszystko, synchronizując się niemal perfekcyjnie w energicznym headbangingu.
Ostatni utwór stanowił doskonałe domknięcie koncertu. Forma, w jakiej byli artyści z obu zespołów, była naprawdę godna podziwu, w dodatku warsztat i zdolności, jakimi Dool dysponują na swoich albumach studyjnych, wybrzmiewają jeszcze potężniej na żywo.
W jednym z wywiadów natrafiłam na stwierdzenie, że zespół w obecnym składzie jest tak naprawdę grupą przyjaciół, co było widać w czasie ich występu – niewymuszone interakcje pomiędzy muzykami, uśmiechy rzucane w stronę widowni oraz udzielający się publice dobry nastrój mówiły same za siebie.
Pod koniec występu Dool padły też słowa o tym, że „za każdym razem dobrze grać w Polsce”, po których ciężko było się nie uśmiechnąć. Za organizację wydarzenia (i dostarczenie mnóstwa emocji) podziękowania kieruję do Piranha Music.
Setlista Dool:
The Shape of Fluidity
Self-Dissect
The Hand of Creation
Wolf Moon
The Alpha
God Particle
Venus in Flames
House of a Thousand Dreams
Hermagorgon
Oweynagat

- Hexvessel, Aluk Todolo – Kraków (08.04.2026) - 17 kwietnia 2026
- French Police, Sad Madona – Poznań (26.03.2026) - 12 kwietnia 2026
- Źrenice – „Śnienie” (2026) - 12 marca 2026






