Legendarny basista Guns N’ Roses przyjechał do warszawskiej Stodoły promować ostatni solowy album, wydany w zeszłym roku Lighthouse. Muzyk na swoich krążkach pokazuje zgoła odmienne oblicze niż na dokonaniach GnR, Velvet Revolver czy Loaded; autorskie płyty Duffa pełne są bowiem kameralnej, momentami podniosłej albo smutnej Americany, której warstwa tekstowa kipi od trafnych spostrzeżeń o życiu i przemijaniu. Niewątpliwie są to nagrania skomponowane przez dojrzałego artystę. I to wcale nie tylko dlatego, że w tym roku stuknęła mu sześćdziesiątka.
Zorganizowany dzięki staraniom Live Nation Polska koncert rozpoczął się kilka minut przed planowanym startem. McKagan pojawił się na scenie ubrany w skórzaną kamizelkę z liczbą 1964 (rok urodzenia głównego bohatera wieczoru) i czarną koszulę, pozbawiony specjalnego anturażu, choć nie bez odrobiny ekstrawagancji, a konkretniej okularów przeciwsłonecznych w stylu awiator. Wraz z nim na deski Stodoły wtargnął czteroosobowy live band: grający na basie Mike Squires, perkusista Michael Musburger i absolutnie fenomenalni gitarzyści Tim DiJiulio oraz Jeff Fielder. Ten ostatni wielokrotnie odkładał instrument strunowy, by zasiąść za organami i grać wspaniałe, podniosłe melodie. Powitaniu grupy towarzyszyły owacje publiczności, skwitowane przez Duffa nieźle wymówionym dzięki.

Zaprezentowane na wstępie kompozycje stanowiły miszmasz rockowych ballad, country, knajpianego punku niczym z irlandzkiego pubu (utwór I Saw God on the 10th St.) czy po prostu wspomnianej wyżej Americany. Dopiero z pierwszymi nutami Tenderness zaczęło robić się nieco kameralnie. W międzyczasie zadziornie wyglądające okulary zniknęły z nosa dzierżącego gitarę akustyczną Duffa. Zaznaczę, że za wykreowanie odpowiedniego klimatu największe brawa należą się perfekcyjnie egzekwującym swoje partie muzykom towarzyszącym oraz ekipie nagłośnieniowej. Napisać, że udało się im osiągnąć brzmienie na poziomie nagrań studyjnych, to jakby nie napisać nic; warszawski koncert Duffa McKagana był najlepiej zrealizowanym dźwiękowo wydarzeniem, w jakim kiedykolwiek przyszło mi uczestniczyć. Ktokolwiek kręcił gałkami za konsoletą, zasługuje na sporą podwyżkę.

Artysta kilkukrotnie zwracał się do publiczności. Czynił to w sposób budujący, odnosząc się między innymi do tematów takich jak rasizm czy uprzedzenia społeczne; Amerykanin zauważył bowiem, iż w trakcie występowania nie zauważa podziałów, obserwując za to ich odwrotność w postaci zbliżonych do siebie nawzajem radosnych ludzi, gromadzących się ochoczo w jednym pomieszczeniu celem obejrzenia jego setu. Sporo usłyszeliśmy także o wdzięczności oraz konieczności dbania o bliskich, podpartej sugestią jak najszybszego odbycia rozmowy telefonicznej z kimś, o kogo być może się martwimy. Co szczególnie ważne, dało się odczuć, iż Duff nie rzuca słów na wiatr, mocno wierząc w to, co mówi. I właśnie dzięki temu w ów pamiętny, niedzielny wieczór ze sceny Stodoły biła życzliwość. Łatwo było ją odczuć również wtedy, gdy mężczyzna entuzjastycznie odniósł się do dziewczynki stojącej w pierwszym rzędzie, pytając ją o wiek (jedenaście lat) i doceniając, że są w jej towarzystwie osoby potrafiące zadbać o bezpieczeństwo tak młodego człowieka. Zatroskany, z serdecznym uśmiechem podkreślił, że sam jest ojcem dwóch córek.

W pewnym momencie mieszkający na co dzień w Seattle członek Guns N’ Roses odłożył „akustyka”, po czym chwycił za gitarę elektryczną, pytając wcześniej, czy chcemy usłyszeć trochę rocka. Wtedy wybrzmiało kilka coverów, w tym skrócone I Wanna Be Your Dog Iggy’ego Popa, I Fought the Law The Crickets, You’re Crazy macierzystej formacji, You Can’t Put Your Arms Around a Memory Johnny’ego Thundersa czy porywające Heroes z repertuaru Davida Bowiego. Szybsze, pełne solówek Tima DiJulio i Jeffa Fieldera numery przeplatano oczywiście wolniejszymi, autorskimi utworami, takimi jak poruszające I Just Don’t Know, singlowe Longfeather czy klimatyczne Lighthouse. Na sam koniec koncertu legendarny Guns zeskoczył z podestu celem porobienia fotek z fanami, a także przekazując frotkę wspomnianej jedenastolatce. Wycieczka za kulisy trwała dosłownie parę chwil, a cała piątka wróciła na scenę, by po raz pierwszy w swojej karierze zaprezentować na żywo ujmującą kompozycję Falling Down.

Żałujcie wszyscy, którzy nie dotarliście tego dnia do Stodoły. Jej sala koncertowa wypełniona była po brzegi, jednakże do sold outu trochę zabrakło. Nie zmienia to faktu, że Duff daje fenomenalne występy, traktując publiczność z odpowiednim namaszczeniem i troską. W Warszawie miałem przyjemność oglądać w akcji pewnego siebie artystę, nieobawiającego się pokazać oblicze zgoła odmienne od kojarzonej z nim figury gwiazdy światowego formatu. Zapewne właśnie z tego powodu zapamiętam przyjazd McKagana na bardzo długo.

Setlista:
Forgiveness
Chip Away
This Is the Song
I Saw God on 10th St.
Tenderness
Feel
Holy Water
I Wanna Be Your Dog (cover The Stooges)
I Just Don’t Know
Fallen Ones
Fallen
Wasted Heart (cover Duff McKagan’s Loaded)
Longfeather
Just Another Shakedown
I Fought the Law (cover The Crickets)
You’re Crazy (cover Guns N’Roses)
Lighthouse
You Can’t Put Your Arms Around a Memory (cover Johnny’ego Thundersa)
Heroes (cover Davida Bowiego)
Don’t Look Behind You
Falling Down

___
Zdjęcia autorstwa Justyny Szadkowskiej. Więcej fotografii z koncertu znajdziecie w naszej galerii.
- Czernina — „Oszukać Listopad” (2025) - 21 stycznia 2026
- KANNABINOID już w styczniu w Lublinie - 3 grudnia 2025
- SYSTEM OF A DOWN, QUEENS OF THE STONE AGE oraz ACID BATH na koncercie w Polsce w 2026 roku - 10 września 2025






