EXHUMED, GRUESOME, ORBSTRUCT – 2 Progi, Poznań 17.04.2026

Gruesome i Exhumed w jednej, koncertowej paczce? Wchodzę w to! Impreza została zorganizowana przez rozwijającą się na wielu płaszczyznach niewielką agencję Metallurg Music w poznańskich 2Progach dnia bezpańskiego 17 kwietnia 2026 roku. Na rozgrzewacza została wybrana ukraińska załoga pod nazwą Orbstruct.

Dzień był słoneczny, wiosna w rozkwicie, a morale w koncertowej załodze wyśmienite. Wbiliśmy na klub nieco przed czasem. Zapoznaliśmy się z merchem, po czym w klubie rozległ się alarm i wszyscy zebrani zostali poproszeni o opuszczenie lokalu. Zdziwieni sytuacją czekaliśmy na zewnątrz, mając nadzieję, że nie przerodzi się to w odwołanie koncertu. Na szczęście po kilkunastu minutach wpuszczono nas z powrotem i rozpoczęło się oczekiwanie na metal.

Supportu nie znałem wcześniej, puściliśmy sobie z pół kawałka w drodze na koncert i tak jak z płyty, tak i na żywo tyłków nam to nie urwało. Muzyka Orbstruct na żywo nie dostała magicznych skrzydeł, nie okazała się ciekawsza, a wręcz przeciwnie. Utwory były ociężałe, podobne do siebie, a od muzyków dało się wyczuć totalną spinkę i brak luzu. Nie zostali też ukochani przez nagłośnieniowca, bo w miksie bardzo ciężko było wyłapać gitary, a nad całością dominowały beczki i wokal. Listę minusów zamknąłbym bardzo kwadratową, growlowaną, wymuszoną konferansjerką wokalisty, która nie zachęcała absolutnie do niczego. Nie byliśmy w stanie ustać pod sceną. W poczekalni ze zdziwieniem zauważyliśmy, że na evencie pojawił się pochodzący z Poznania najbrutalniejszy raper, jakiego nosiła nasza ziemia, czyli Słoń, który miał na sobie koszulkę Nailbomb (!). Nie odpuściliśmy tej okazji i poprosiliśmy o wspólne zdjęcia, na co się uprzejmie zgodził. Humory zostały poprawione, a odliczanie do gigu Gruesome się skończyło.


Pojawili się muzycy, rozbrzmiały pierwsze nuty i już było wiadomo, że będzie zajebiście. Akustyka w 2Progach jest bardziej niż poprawna, a człowiek kręcący dla amerykańskich załóg wyciągnął maksa. Gruesome zabrzmiało bez pudła, z dobrą selektywnością i atakiem. Zespół dowodzony przez Matta Harveya zabrał nas w wycieczkę do lat 90. i wariacji na temat muzyki Death. Średnie tempa, świetna technika i smród totalnego old schoola zawładnął klubem, a ja zachwycony nie mogłem wyjśc z podziwu, jakie to jest dobre. Kompozycje zaprezentowano bardzo przekrojowo, band nie postawił głównego nacisku na ostatni krążek Silent Prayers i jechał też na równi starociami. Set był dynamiczny, nie pozwolił się nudzić, a sposób jego podania bardzo smaczny. Matt okazał się bardzo dobrym, sympatycznym i żywiołowym frontmanem, dzięki czemu kupił sobie sympatię chyba całej zgromadzonej publiki. Oglądając Gruesome myślałem, że doświadczam najlepszego występu wieczoru… Myliłem się.



To co się wydarzyło na scenie, gdy wszedł na nią Exhumed, totalnie wgniotło mnie w glebę. Miałem wrażenie, jakby pojawił się jakiś hardrockowy, mega żywiołowy band na amfetaminie, który zamiast grać słodkie melodie niszczy blastami. Muzycy na scenie bawili się wyśmienicie, uśmiechali się i żartowali ze sobą. Ich zachowanie było totalnie odmienne od często spotykanych mega evil hord, które osobiście strasznie mnie na żywo nużą. Wolę żywioł w stylu tego zaprezentowanego przez Exhumed. Tu nie było miejsca na napinki i bluzganie tanią herezją, tylko prawdziwy, przyśpieszony do granic możliwości rock n’ roll. Energia muzyków zaraziła publikę, która rozkręciła niczego sobie kocioł, a co odważniejsi wskakiwali na scenę, by potem uskuteczniać stagediving. Zabawa była okrutnie dobra.

Tak jak Gruesome, Harvey ze składem bardzo wymieszał tracklistę koncertu. Zaczęli od Gore Metal, by przez nówki z Red Asphalt zapodać najbrutalniejsze kąski ze swej dyskografii. Ja osobiście zapaskudziłem zbroję przy dźwiękach The Matter of Splatter z kvltowego Anatomy Is Destiny. Drugim highlithem wieczoru był mały manifest dokonany przez muzyków: Matt z pełną powagą rzucił kilka zdań na temat tego, że Ameryka stała się ostatnio bardzo dziwnym krajem, który źle wpływa na cały świat. Padły słowa „Fuck Trump, Fuck Putin and all nazi wannabe’s”, a publika ochoczo wzniosła środkowe palce i zaczęła skandować słowo Fuck. Piękny moment.
Set został zamknięty krótką wariacją na temat utworu Detroit Night City zespołu Kiss, gdzie w refrenie zamiast Detroit pojawił się Poznań. Oczywiście muzycy zostali wywołani na bis, którym postanowili zaorać resztki pozostałości po ludziach, po czym pozwolili naszym zwłokom wydostać się na świeże powietrze i do domów.



Dobry nastrój tego eventu trzymał mnie jeszcze dwa dni. Gruesome i Exhumed zagrali perfekcyjnie, a ich sceniczny show cieszył oczy i przyprawiał o dobre samopoczucie. Małym minusem był słaby support, ale nie ma co narzekać. Dania główne tak zniszczyły, że nikt by tam nie zabłysnął. Uważam, że był to jeden z najlepszych koncertów mojego życia.

 

Fot. Marta Kotrych.

(Visited 1 times, 30 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , .