Forked tongues, Sisyphean, Akhlys – Wrocław (10.10.2025)

Chroma Music

Jak na blackmetalowy event przystało, otrzymałam różową bransoletkę i kompletnie przemoczona weszłam do Łącznika, wrocławskiego klubu wypełnionego po brzegi fanami brutalnego i ciężkiego grania.

Wydarzenie otworzyła kapela Forked Tongues, formacja prosto z lokalnego podziemia. Dla nadania klimatu koncertowi po bokach sceny umieszczono dwie zapalone pochodnie. Myślę, że to dobry kierunek i chętnie zobaczyłabym następnym razem bardziej wzbogacone i rozbudowane elementy scenografii.

Zdecydowanie wiedzą, czym jest oldschoolowe granie i dokładnie to dowieźli na scenę. Szorstki i nieokrzesany wokal, ciężkie gitarowe brzmienia i dudniąca perkusja na chwilę przeniosły mnie do dawnych czasów, kiedy muzyka metalowa miała nieco inny wydźwięk niż teraz. Ich bluźniercze aranżacje były czystym aktem profanacji, biła z nich autentyczność i wręcz fanatyczna aura.

Kolejnym zespołem, który wyszedł na scenę, był litewski Sisyphean, a ich koncert miał zdecydowanie znamiona starego blacku. Na żywo ich muzyka okazała się znacznie bardziej surowa i nieco mniej przewidywalna, niż studyjnie. Black metal to muzyka z krwi i kości, tak że idąc na taki gig oczekuję, żeby brzmienie było wręcz ohydne w swojej prostocie, plugawe, nieprzekombinowane, z tym sznytem z lat 90. Sisyphean dokładnie to nam zapewnił. Na szczególną uwagę z pewnością zasługuje perkusista, bo zdecydowanie odwalił kawał dobrej roboty. W przeciwieństwie do nagrań studyjnych, perkusja wysunęła się tutaj na pierwszy plan, co zwróciło moją uwagę. Muszę przyznać, że była to naprawdę udana rozgrzewka przed headlinerem.

Akhlys to zespół zawieszony gdzieś między mainstreamem a podziemiem. Dzięki obskurnemu, a zarazem awangardowemu graniu udowadnia, że można nie rezygnować z korzeni, a jednocześnie wprowadzić do własnej muzyki innowację, której nie wiedzieliśmy, że potrzebujemy.

Swój gig otworzyli utworem The Mask of Night-Speaking, co spowodowało, że tłum pod sceną wyraźnie się zagęścił. Na szczególne uznanie ponownie według mnie zasługuje perkusista. Evan zdecydowanie wie, co robi, i robi to dobrze, zarówno studyjnie, jak i na żywo. Z kolei gitary z charakterystycznym blackmetalowym przesterem wprowadzały iście grobową atmosferę. Wydobywający się z nich dźwięk przeszywał do szpiku kości. A wokal? Była to swego rodzaju inwokacja, co nadało koncertowi mrocznego klimatu, typowego dla seansu spirytystycznego. Ich plugawe brzmienie przeniosło mnie na granice między jawą a sennym koszmarem, który tak bardzo chciałam śnić.

Występ Akhlys był jedną spójną kompozycją bez zbędnych przerywników, a w granej przez nich muzyce można było się zanurzyć i kompletnie odpłynąć. Ich gra miała w sobie pewien chłód, swoisty nihilizm, a nawet agresję. Na koniec wybrzmiało Tides of Oneiric Darkness – idealne zwieńczenie tego mrocznego rytuału.

Czy był to udany wieczór? Z pewnością tak, ale odczuwam pewnego rodzaju niedosyt. Moje oczekiwania względem całego wydarzenia były nieco większe, podkręcone przez niecierpliwość i długie wyczekiwanie na ten dzień. Wyszłam z klubu relatywnie ukontentowana, ale nie będzie to event, który będę wspominała latami.

(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , .