Site icon KVLT

Hegemone, Ghost Bath – Warszawa (18.08.2016)

Czwartkowy wieczór upłynął pod znakiem depresyjnych i klimatycznych dźwięków. Do warszawskich Chmur zawitali Amerykanie z Ghost Bath. Przybywając na miejsce zastanawiałam się, czy nie pomyliłam godziny lub daty koncertu, ponieważ osób było raczej niewiele. Ciekawa byłam też samego klubu, gdyż była to moja pierwsza wizyta w tym miejscu. Klubokawiarnia okazała się dość kameralnym lokalem, z niewielką salą koncertową. Jednak nie przeszkodziło to temu, aby już krótko po dwudziestej wypełniła się ona powoli ludźmi podczas występu poznańskiego Hegemone, dla którego był to pierwszy koncert w stolicy.

To już trzeci raz, kiedy miałam przyjemność posłuchać i zobaczyć panów na żywo. Tym razem jednak ze sporą dawką zupełnie nowych kompozycji, które brzmią bardzo świeżo i zwiastują nowe, ciekawe wydawnictwo. Także pierwszy raz usłyszałam nowego wokalistę i basistę zespołu. Muszę przyznać, że naprawdę dobrze radzi sobie zarówno ze starym materiałem Hegemone, jaki nowymi utworami, więc nie było żadnego rozczarowania. Szkoda tylko, że w połowie setlisty wokal gdzieś ginął wśród burzy instrumentów. Publiczność żywo reagowała na muzykę kapeli (szczególnie zupełnie pod sceną) i domagała się kompozycji z debiutanckiego Luminosity. I tak mogliśmy usłyszeć Nightingale i na sam koniec już tradycyjnie elektryzujący i przeszywający XXXIX. Intro tego utworu niezmiennie wywołuje u mnie ciarki, w szczególności na żywo. Zresztą występ Hegemone idealnie spełnił rolę supportu.

Hegemone

Po dość niedługiej przerwie ze sceny dało się słyszeć pierwsze dźwięki The Sleeping Fields, aby chwilę później uderzył w nas riff z The Silver Flower pt. 2 wraz z histerycznym, krzykliwym wokalem. Kameralna sala wypełniła się jeszcze ciaśniej fanami (do tego stopnia, że w pewnym momencie zrobiło się nieco duszno). Publika dała się ponieść muzyce Ghost Bath. Mimo że zespół nie wchodził w słowną interakcję z ludźmi, to ilość emocji jaką przekazywał swoją muzyką na żywo, wynagradzała to w zupełności. Zresztą „monologi” przy tego typu występach są całkowicie zbędne. Poprawnie i z pasją zagrane utwory, płynne przejścia pomiędzy poszczególnymi motywami, ale także sceniczny wizerunek zespołu, złożyły się na naprawdę porządny i dobry koncert. Trzeba też przyznać, że trzy gitary idealnie ze sobą współgrają, co na żywo robi duże wrażenie. Zadowalającym wyborem było też zagranie Golden Number, po którym nastąpił koniec występu, czego chyba nikt się nie spodziewał. Muzycy po prostu odłożyli instrumenty i zeszli ze sceny, a do powrotu nie nakłoniło ich nawet skandowanie nazwy kapeli. Ogromna szkoda, bo Ghost Bath grało, jeśli mnie pamięć nie myli, tylko niespełna godzinę. I to właśnie ten krótki czas koncertu można uznać za największe rozczarowanie tego wieczoru.

Ghost Bath

Pomimo pewnego niedosytu, publiczność zdawała się być zadowolona. Zresztą zespół po zejściu ze sceny i chwili na odpoczynek, bardzo chętnie integrował się z fanami przed klubem. Cóż, nie było innej opcji, żeby po tak dobrym albumie, jakim jest Moonlover, zespół zagrał gorszy koncert. Więc nadal wypełniona pokoncertowymi emocjami, czekam na kolejne występy obydwu kapel, ale mam nadzieję, że setlisty będą wtedy nieco dłuższe.

Latest posts by Marta (Kometa) (see all)
Exit mobile version