Dzień 1
Ilekroć wysiadam w malowniczej miejscowości Clisson, czy to z samochodu, czy pociągu, wszystko wokół zdaje się wręcz growlować: Witamy w sercu metalowego królestwa, gdzie ryczące riffy, grzmiące bębny i elektryzująca energia łączą się, tworząc festiwalowe wrażenia inne niż wszystkie. Zapraszamy do PIEKŁA!!!

To czarujące, zazwyczaj senne miasteczko we Francji, dom ludzi żyjących z winnic szczepu muscadet i agroturystycznej działalności, na kilka dni staje się mekką corocznej pielgrzymki metalowców z całego świata i zawsze wtedy udowadnia, że Hellfest jest synonimem nieskazitelnie doskonałego dźwiękowego chaosu w wykonaniu mistrzów w najwyższej jakości.
Tegoroczny Hellfest jak zwykle przygotował niezrównany skład kultowych zespołów, w tym legendarne Kiss, Iron Maiden i Mötley Crüe, a także obiecujących nowicjuszy debiutujących na dodatkowej, siódmej scenie festiwalu.
Festiwal zapewnia nie tylko wyjątkowy skład legendarnych zespołów, ale także prezentuje mnóstwo skomplikowanych dekoracyjnych instalacji, które z roku na rok są rozbudowywane, ulepszane i dodają wyjątkowości do ogólnej atmosfery. Gdy idziesz w stronę głównych scen, wita cię kolosalna brama, ozdobiona dzikimi gargulcami i ogromnym logo Hellfestu.
Kilka spojrzeń na znaną już przestrzeń i zauważam kolejne zmiany. Sceny zawsze były ogromne, ale mam wrażenie, że znów się nieco rozrosły. Z pewnością rozmiary zwiększyły telebimy, które są teraz w zupełności wystarczające, aby obejrzeć koncerty w dowolnym punkcie łąki przed Main Stage.
Bez zmian pozostały sceny Temple i Altar, mieszczące się w dwóch dużych konstrukcjach namiotowych, z których każda jest w stanie pomieścić dziesięć tysięcy osób. Na szczycie każdego z namiotów znajdują się ekrany dla tych, którzy nie są w stanie dostać się do środka. Największą zmianą w organizacji układu scen okazała się nowa lokalizacja alternatywnej sceny Valley. Stanęła ona na przeciwległej osi sceny Warzone. W pierwszej chwili pomyślałam, że nareszcie zdjęcia będzie można też zrobić przy udziale światła dziennego, co na tej scenie dotychczas graniczyło z cudem. Niestety, jak się wkrótce okazało, teraz dotarcie do fosy pod Valley zaliczyć trzeba do drogi przez mękę – zdecydowanie to rozwiązanie na duży minus.

Odyseja: powrót do Piekła
Wparowałam prosto pod główną scenę w ramiona Generation Sex. Nawet nie próbowałam wejść do fosy, znalazłam sobie miejsce w tłumie z dobrym widokiem i mogłam swobodnie obserwować, jak zespół wkracza na scenę. To połączenie sił gwiazdorskiego składu, czyli Billy’ego Idola i Tony’ego Jamesa z Generations X, Steve’a Jonesa i Paula Cooka z Sex Pistols. Ich set jest mocny, pomimo grania piosenek, które mają prawie 45 lat, a może właśnie dlatego, bo wszyscy znają słowa i doskonale się bawią. 67-letni Idol prezentuje dumnie punkowe emploi – poprzecieraną skórzaną ramoneskę ozdobioną kłódkami i łańcuchami, odpowiednio podarte jeansy i klasyczny t-shirt z bardzo odważnym graficznym przedstawieniem genitaliów obu płci. Nikt z młodego pokolenia nie powstydziłby się takiego wizerunku scenicznego, ba, niewielu współczesnych dorównuje mu charyzmą i kondycją wokalną i fizyczną.
Obok trwały już przygotowania do kolejnego występu. Niebieska łuna i mocny napis w tle oznajmiał występ szwedzkiej arystokracji metalcore, czyli In Flames. Niezawodny Anders Fridén od początku występu trzymał publiczność w napięciu, a set składający się z 11 utworów, zakończony obowiązkowym „Take This Life”, to lekcja muzycznej doskonałości.
Jak zwykle przy każdym występie następnej kapeli, „hollywoodzkich wampirów”, pojawia się, rośnie i jest mocno odczuwalne w powietrzu coś w rodzaju napięcia. To z pewnością posiadanie w składzie Johnny’ego Deppa jest przyczyną tego dziwnego stanu. Stan ten wnosi do ich zespołu swoistego „blasku”, nawet jeśli gra Deppa na gitarze nie dorównuje standardom jego bardziej znamienitych kolegów, Joe Perry’ego i Tommy’ego Hendriksena. Na szczęście Alice Cooper jest tu głównodowodzącym. Po utworach otwierających „I Want My Now” i „Raise The Dead” otrzymujemy bardzo dobrej jakości mieszankę coverów zaczerpniętych z repertuaru Coopera i Aerosmith, a także Killing Joke, The Who i kapeli Jima Carrolla. W zestawie znajduje się także świetne wykonanie utworu „Heroes” Davida Bowiego, o dziwo z Deppem na wokalu.
Po przerwie sprawdzam cztery pozostałe sceny: The Warzone, The Altar, The Temple oraz Valley. Weterani Hellfest i mistrzowie zagłady Candlemass jak zawsze niezawodni, Dark Funeral w doskonałej formie, a francuski zespół hiphopowo-punkowy Svinkels sieje chaos na kilku płaszczyznach.
Pora na próbę przebrnięcia przez masy oczekujących na headlinera tego dnia, czyli Kiss. Można pokusić się o stwierdzenie, że Kissi stanęli w szranki ze Scorpions i Deep Purple w kategorii kapel najdłużej żegnających się ze sceną. Z pewnością oni wygrywają pod względem ilości bodźców na minutę serwowanych ze sceny podczas ponad dwugodzinnego show. Można by pomyśleć, że po 50 latach, Paul Stanley i Gene Simmons będą zwalniać w miarę zbliżania się do emerytury, ale jest zupełnie odwrotnie. Nie ma tu mowy o spowolnieniu, obcinaniu solówek, nic z tych rzeczy, mamy pełną prezentację możliwości każdej gitary ze stojaka, scenograficzne szaleństwo z pirotechniką, po prostu czysty, nieskażony rock and roll na najwyższym poziomie.
Na koniec wieczoru, tuż po opadnięciu oceanu konfetti, Parkway Drive! Australijczycy grali tu już wcześniej i ponownie bezpośrednio po głównych headlinerach. Nie zostałam na cały występ, ale wydaje się, że było to dobre domknięcie pierwszego dnia.
Po drodze do wyjścia niestety zatrzymał mnie tłum fanów polskiego black metalu… Kto zdecydował, że Behemoth będzie gwiazdą na scenie w namiocie Temple?
Wąski przesmyk przy namiocie oraz większość obszaru wokół namiotu były tak zakorkowane, że przebrnięcie przez ten czop z ludzi zajęło mi 20 minut. To miejsce zwyczajnie było niebezpieczne i całe szczęście, że nikt nie ucierpiał. Chyba tylko duma narodowa przeniosła mnie bez szwanku przez tę strefę.
Do hotelu wracam zmęczona i z mieszanymi uczuciami. To nowe oblicze festiwalu nie do końca mi pasuje.
Dzień 2
Ciąg dalszy Odysei? Przystanek niedyspozycja.

Dzień 3
Disneyland dla Metalowców.
Po dniu przestoju, zregenerowana i pełna energii rozpoczęłam od sztuki w wykonaniu Beast In Black, jednak bez specjalnych emocji. Potem Asking Alexandria. Pomimo najlepszych starań, śnięty tłum delektował się głównie odpoczynkiem na jeszcze niewydeptanej trawie. Ja przybyłam pod główną scenę nie dla Alexandrii, a z powodu naszych progresywno-rockowych ziomali z Riverside. Okazuje się, że nawet początkowe kłopoty techniczne nie przeszkodziły w doskonałym przyjęciu zespołu. Mocny rockowy zestaw spodobał się festiwalowiczom na tyle, aby zadziwić samych muzyków naprawdę owacyjnym przyjęciem. „Rivki” podkręcają i zmieniają nastroje wśród publiczności oraz zaskakują nas drapieżniejszym niż zwykle setem, który na koniec podrywa wszystkich siedzących na nogi, serio!
Dalej jest już tylko lepiej. Doskonały Crowbar, który rozświetla swoją formą scenę Valley w nowym miejscu nieopodal stalowego posągu Lemmy’ego. Wokal Kirka Windsteina jest z pewnością jednym z najlepszych w metalu, i ma moc, która przyciąga ogromną publiczność, nawet jak na tak nieludzko wczesną porę występu, czyli 14:20. Dzięki takim utworom, jak „Planets Collide” i „All I Had (I Gave)” publiczność dostaje dokładnie to, czego chce.
Potem kolejny doskonały moment, na który czekałam. Jedno z wcieleń Maynarda Jamesa Keenana, czyli Puscifer. Po prostu petarda! Trudno oprzeć się hipnotyzującym, mechanicznym dźwiękom, połączonym z ostrymi graficznymi wizualizacjami oraz zwariowanym wizerunkiem scenicznym zespołu. Wszystko to jest wciągającym widowiskiem z pewnością zacierającym granice między koncertem a teatrem, groteską i farsą. Puscifer to kolejna udana wizja electrorocka, którą kupuję bez mrugnięcia.
O występie Arch Enemy, który z premedytacją pominęłam, napiszę tylko tyle, że Alissa White-Gluz jest absolutem kontrolującym scenę od pierwszej chwili do samego końca występu, podczas gdy reszta zespołu odgrywa swoją rolę w głębokim tle.
Pod Main Stage wróciłam, aby spotkać się po 12-letniej przerwie z Porcupine Tree. Polski koncert niestety ominęłam, więc z ogromnym apetytem czekałam na, jak się okazało, dziewięcio-utworowy set, muzycznie doskonały, jak za dawnych czasów. Steven Wilson w porównaniu do jego poprzedniego występu solowego na Hellfeście, czuł się o wiele bardziej na miejscu z cięższym repertuarem, o czym nie omieszkał wspomnieć. Doskonały występ!
Feutońskie zjawisko, jakim jest Powerwolf, mieli wystąpić zaraz po Porcupine Tree więc, ja, jako że nie przepadam za tą teatralnością i przesadą, ubraną w potężne refreny, ogień i quasi-religijną atmosferę, czym prędzej zmieniłam lokalizację. To zespół ślizgający się na krawędzi kiczu i przydymionych tekturowych dekoracji.
Iron Maiden grali już jako headliner na Hellfest w 2014 r., i z dużym sukcesem w 2018 r., gdzie setlista była pełna nieśmiertelnych hitów, skrojona pod gusta publiczności – dlatego oddaliłam się pod moją ulubioną scenę Warzone.
Był więc Strey From The Path i Black Flag na Warzone, Monster Magnet na Valley, a na Altar – Myrath ze zjawiskowym tunezyjskim księciem na wokalu. I to oni napełniają mnie ostatecznie wystarczającą dawką energii, tak, by dać poczucie zadowolenia z dzisiejszego dnia. Brzmienie Clutch z oddali przypomina mi o ich doskonałości i sprawia, że zastanawiam się, dlaczego nie ma ich na głównej scenie. Voivod zaś – że naprawdę powinnam była ich znów zobaczyć.
Kolejnymi kandydatami do konkursu „dlaczego nie gram na głównej scenie” są Meshuggah, którzy grają przed masą publiczności na scenie Altar, która znów wylewa się z namiotu niczym mrówki z kopca. Skomplikowana, chirurgiczna i technicznie nienaganna, dzika, a przede wszystkim wyjątkowa, Meshuggah nigdy nie zawodzi.
Dzień 4
Czy już czas wracać do domu?

Niedzielę z premedytacją spędziłam poza sceną główną. Bez żalu odpuściłam Halestorm z frontmanką Lizzy Hale, która, jak widziałam z daleka, rozruszała publiczność całkiem zacnie. Potem Hatebreed, który porywającym występem wywołał lawinę pędzących kręgów. Wybuchowy koktajl plującego wokalu Jameya Jasty i brutalnych riffów zespołu to coś, co niezmiennie robi wrażenie na każdej festiwalowej scenie, ale nie na mnie.
Na mnie wrażenie zrobił przede wszystkim Melvins, Lord of the Lost, She Past Away, Grave Pleasures; The Ghost Inside, Rise Of The NorthStar i, co ciekawe, tak różnie stylistycznie i energetycznie kapele wpasowały się w mój nastrój tak idealnie, że zapomniałam ostatecznie o Slipknot.
Sporo pytań i wątpliwości wiązało się z tegorocznym występem Phila Anselmo, który zawsze w jakiś sposób występuje na Hellfeście. W tym roku było to związane z gorąco oczekiwanym nowym wcieleniem Pantery. Zak Wylde i Charlie Benante zastąpili zmarłych Dimebaga i Vinnie’ego Paula, a zespół zebrał entuzjastyczne recenzje już na pierwszych występach w ramach trasy i ten występ również nie był wyjątkiem. Bosonogi Anselmo po prostu opanowuje swoją charyzmą tłum, przeżuwa i wypluwa bez najmniejszych trudności. Zespół jest dobry na tyle, aby nie odczuć niczego poza satysfakcją z udanej podróży do przeszłości. Wylde i Benante to więcej niż wystarczające zastępstwa oryginalnych członków zespołu i jeśli zamkniesz oczy, możesz sobie wyobrazić, że oni nadal tam są, zwłaszcza że setlista to klasyczna Pantera. „A New Level”, „Mouth for War”, „5 Minutes Alone”, „Walk” i „Cowboys From Hell” – czego chcieć więcej.
Gdy niesamowity pokaz sztucznych ogni kończący festiwal słabnie, a ludzie opuszczają w gęstym korowodzie teren, zawsze zadaję sobie pytanie, czy Hellfest znów będzie próbował podnieść sobie poprzeczkę? Może pora na powstrzymanie tego pędu. Sporo nowości okazało się złymi posunięciami, czasem dążenie do doskonałości zaczyna być zjadaniem własnego ogona.

Post scriptum
Hellfest to nie tylko muzyka; to także armia ludzi, którzy tworzą to niezwykłe wydarzenie i dokładają wszelkich starań, aby z roku na rok było ciekawiej i lepiej… Ech. Tak właśnie myślałam i zawsze przekonywałam każdego, z kim rozmawiałam o Hellfest: że to najlepiej zorganizowany fest, na jakim bywam i to zawsze niesamowita nagroda dla mnie jako dziennikarza i fotografa, ponieważ szacunek i okazywana życzliwość spotykana na każdym kroku była tego dowodem.
Czas pandemii okazał się niestety ciosem, który odbił się i na tym wspaniałym wydarzeniu. Nie wiem, na ile to, że dwie edycje festiwalu, które musiały zostać odwołane, zrujnowały budżet, ale w tym roku dało się odczuć komercyjne nastawienie organizatorów. Przede wszystkim wymieniono „starą” załogę na rzecz nowej, świeżej, być może lepiej dostrojonej do obecnych zadań gwardii, mającej przynosić nowe zyski i odrabiać straty. Od samego początku odniosłam wrażenie, że festiwal upakował więcej widzów, co dało się odczuć podczas przechodzenia między scenami. Zakorkowanie na traktach i dojściach było bardzo dotkliwe i wręcz niebezpieczne chwilami. Człowiek utykał w niewyobrażalnym ścisku i w bezruchu tkwił kilkanaście minut. Dobrze, że moje 180 cm wzrostu dawało mi swobodny dostęp do powietrza. Zdecydowanie na minus.
Ceny mocno podniesiono do góry. Inflacja to bardzo odczuwalny efekt po pandemicznej rzeczywistości. Chociaż ja od początku mojej przygody zdecydowałam się na oszczędzanie budżetu, to opinie wśród ludzi w temacie gastronomii są naprawdę pozytywne.
Kolejnym novum było zrezygnowanie z naklejek dla fotografów z rozróżnieniem na priorytetowych i zwykłych. W tym roku pod hasłem ekologii i rezygnacji z drukowania papierowych identyfikatorów z nazwiskiem, wszystkie informacje zapakowano na magnetyczną opaskę. Okazało się to kolejną porażką organizacyjną – skanowanie każdej opaski na ręku za pomocą smartfona trwło wieki. W efekcie przez cały dozwolony czas na zdjęcia wpuszczano fotografów i tylko ci pierwsi mieli szanse na złapanie jakiś kadrów.
Kiedyś taki photopass pozwalał tez liczyć na przepuszczenie cię do przodu w tłumie fanów, teraz nie było co pokazać ludziom.
Większość czasu w oczekiwaniu na upragnione wejście pod scenę spędzaliśmy w kolejce obok sceny, bez gwarancji na dostąpienie zaszczytu użycia aparatu.
Nowi organizatorzy niestety całkowicie odeszli też od tradycji, jaką była możliwość zakupu biletów w pierwszy dzień festiwalu w niższej cenie.
Było tak dobrze, i komu to przeszkadzało?
Mam nadzieję, że po głębszym zastanowieniu, wywołanym silnym przeżyciem kolejnej udanej edycji, podczas obrad Najwyższej Rady Piekieł z jakimś Lucyferem czy Belzebubem na czele nastąpi refleksja, że dobry Disneyland ze stałymi atrakcjami i tak przyciągnie fanów, zamykając festiwal kolejnym sukcesem kasowo-frekwencyjnym.
O line-up nie martwię się w ogóle.
fotografie i tekst: Justi Szadkowska

- Nine Inch Nails – Londyn (18.06.2025) - 23 czerwca 2025
- AC/DC powraca do Europy tego lata z POWER UP TOUR ! - 5 lutego 2025
- GONG: „To wieczny kosmiczny kadet” - 6 listopada 2024
Tagi: 2023, Altar, clisson, france, hellfest, Justi Szadkowska, kvlt, Main stage, open air festival, review, Temple, Warzone.






