„Aaah, it’s Halloween tonight!” – kultowy refren wybrzmiał z moich samochodowych głośników, wreszcie z zachowanym kontekstem: w drodze do Międzynarodowego Centrum Kongresowego w Katowicach, na spotkanie z ojcami chrzestnymi niemieckiego speed metalu, Helloween. Spotkanie – dodać to trzeba – długo wyczekiwane. W koncertowych planach mocno zamieszała Pani Pandemia, przez co termin wydarzenia dwukrotnie uległ zmianie z 20 października 2020 roku na 7 maja 2021 roku, a następnie na wczorajszy 18 września 2022. Na szczęście w tym przypadku potwierdziła się maksyma, iż co się odwlecze, to nie uciecze: nasza nadwiślańska kraina przetrwała perturbacje i zachowała swój przystanek na trasie United Alive World Tour Part II. Co więcej, obsuwa w grafiku niosła za sobą skutek niewątpliwie pozytywny – latem 2021 roku Niemcy zdążyli wydać swój szesnasty i bezapelacyjnie wysokich lotów studyjny krążek pod tytułem… Helloween. Można więc było spodziewać się, że w Katowicach usłyszymy coś więcej ze wspólnego dorobku triumwiratu Hansen – Kiske – Deris niż tylko zaprezentowany na ostatnim polskim występie w Warszawie utwór Pumpkins United. Przy okazji – trudno było mi wczoraj uwierzyć, że od wspomnianego koncertu minęło niemalże 5 lat… Czas biegnie nieubłaganie i myślę, że nie byłem jedyną osobą ciekawą tego, jak minione pół dekady wpłynęło na sceniczną formę muzyków, zwłaszcza że w 2017 poprzeczkę zawiesili sobie bardzo wysoko.
Zanim jednak otrzymałem odpowiedź na nurtujące mnie pytanie zadanie wprowadzenia fanów w pożądany nastrój otrzymała grupa supportująca – doskonale znana miłośnikom gatunku szwedzka formacja HammerFall. Starczy powiedzieć, że ich statusu legendy power metalu z powodzeniem broni blisko 30-letni staż z uznanymi wydawnictwami, które pokrywały się złotem i platyną. W ramach liczącego dwanaście utworów zasadniczego seta usłyszeliśmy trzy utwory z najnowszego krążka „młociarzy” – Brotherhood, Venerate Me i tytułowy Hammer of Dawn oraz jeszcze niepokryty kurzem hołd dla gigantów szwedzkiego rocka i metalu, (We Make) Sweden Rock z wydanego trzy lata temu albumu Dominion. Nie mogło zabraknąć ballady, czyli zwykle wykorzystywanej przez zespół w takich momentach Glory to the Brave. Zdecydowanie bardziej ożywioną reakcję wśród publiczności wywoływały jednak numery sięgające do powermetalowych korzeni zespołu, jak choćby The Metal Age czy Renegade. Zapewne nie byłem jedynym, który z trudem przełknął sprzedanie dynamicznych utworów ze znakomitej płyty Crimson Thunder (Hero’s Return, On the Edge of Honour, Riders of the Storm i Crimson Thunder) w formie zaledwie kilkuminutowego zlepka. Ze wspomnianego krążka w całości wybrzmiał jedynie flagowy Hearts on Fire, który w towarzystwie patetycznego Hammer High zapewnił dodatkowe kilkanaście minut rozrywki podczas bisu. Chociaż do zaangażowania muzyków i publiki nie można było mieć zarzutów, na finiszu pozostałem z wrażeniem, że szaleństwa pod sceną mogło być jeszcze więcej przy odważniejszym skomponowaniu setlisty.
Wszelkie rozważania dotyczące formy panowie z Helloween ucięli już w pierwszym zdaniu. Kilkunastominutowe otwarcie pod postacią wokalnie i kondycyjnie wymagającego Skyfall potwierdzało, że przyszykowano widowisko na najwyższym poziomie. Wtrącę tylko, że w tym momencie pod sceną było już bardzo gorąco, i to nie tylko za sprawą wydarzeń na głównej arenie, ale również z powodu wysokiej temperatury i zaduchu, które, sądząc po reakcji ludzi, nie tylko w mojej głowie przekraczały powszechnie przyjęte koncertowe normy. MCK – na drugi raz poprosimy klimatyzację o kilka stopni niżej! Do pieca dołożyli tymczasem sami muzycy, nie zwalniając na moment tempa w klasyku Eagle Fly Free. Tuż po nim zaprezentowali zaskakująco dobrze poruszający tłum Mass Polution, kolejny numer z nowej płyty.
Koncert dałoby się podzielić na kilka wyraźnych bloków. W pierwszym, w którym wokalnie „ścierali się” przede wszystkim Michael Kiske i Andi Deris – obaj w doskonałej formie – usłyszeliśmy jeszcze Power oraz dwa ukłony w kierunku obu części nieśmiertelnego Keeper of the Seven Keys: Future World i Save Us. Tuż po nich, ku ogromnemu entuzjazmowi publiki, za mikrofon chwycił pierwszy wokalista Helloween, Kai Hansen, a wtedy wiedzieliśmy już, że czeka nas powrót do jeszcze starszego dorobku kapeli – kultowego i szanowanego premierowego albumu Walls of Jericho. Uraczono nas zatem porządną porcją heavymetalowej energii oraz znakomitego połączenia mocnego, szybkiego grania z nośnymi melodiami. Wartkim i nieprzerwanym strumieniem popłynęły dźwięki z kompilacji utworów Metal Invaders, Victim of Fate, Gorgar i Ride the Sky, a wisienką na torcie był wykonany w całości Heavy Metal (Is the Law). Po czymś takim wszystkim należał się moment wytchnienia, który nadszedł wraz z balladą Forever and One, fenomenalnym pokazie umiejętności wokalnych duetu Kiske i Deris, a także z gitarowym solo Saschy Gerstnera. Dodać tu muszę, że gitarowe komando, uzupełnione o „wioślarzy” Michaela Weikatha i Kaia Hansena oraz basistę Markusa Grosskopfa, ani na moment nie ustępowało pola sekcji mikrofonowej. W dalszej kolejności na „wokandę” trafił trzeci numer z najnowszego repertuaru Helloween, Best Time, przy czym rzut oka na zegarek uświadamiał, że „najlepszy czas”, dziś pod postacią seta, niepokojąco zbliża się do końca. Zanim jednak muzycy po raz pierwszy opuścili scenę, rozbrzmiały jeszcze dwa utwory: melodyjny Dr Stein oraz następna niespodzianka z „epoki Hansena” – How Many Tears. Nie były to na szczęście ostatnie akcenty wieczoru, bowiem Helloween powrócili do gry jeszcze dwukrotnie. Najpierw przy akompaniamencie charakterystycznego pogwizdywania rozpoczynającego utwór Perfect Gentleman, które poprzedziło niesamowitą, blisko 20-minutową aranżację Keeper of the Seven Keys, a następnie w par excellence „wyjściowym” numerze – I Want Out. Przy każdym z bisów Kiske z Derisem znaleźli niejedną okazję, żeby swoje pożegnanie odwlec w czasie, w czym pomagała rozkręcana przez nich do zabawy publika. Zresztą Helloween doskonałej interakcji z widownią odmówić po prostu nie można!
Chociaż katowicki koncert w mojej ocenie nie przebił ostatniego widowiska Helloween w Warszawie, które pozostaje niedoścignione przede wszystkim pod względem oprawy audiowizualnej i długości seta (3 godziny!), wczorajszy występ zapisze się w pamięci jego uczestników jako jedno z najlepszych tegorocznych muzycznych wydarzeń w kraju. Zjednoczenie sił dotychczasowych wokalistów niemieckiej kapeli ma bezsprzecznie pozytywny wpływ na jakość tworzonej i prezentowanej przez nich muzyki. Uderza to z chemii, jaka panuje na scenie, jakości materiału, ale przede wszystkim wykonów z najwyższej półki. Helloween starzeją się jak wino i – co tu ukrywać – chciałbym się starzeć tak jak oni!
- Dwa miesiące do koncertu EPICA w Warszawie - 7 stycznia 2026
- Deloraine – Gdynia (27.11.2025) - 29 grudnia 2025
- Arch Enemy, Eluveitie, Amorphis, Gatecreeper – Gliwice (19.10.2025) - 23 października 2025
Tagi: concert, HammerFall, Heavy Metal, Helloween, katowice, kvlt, legends, maciejkowalski, Metal Mind Productions, międzynarodowe centrum kongresowe katowice, power metal, relacja, reportaż, united forces.







