Site icon KVLT

Ino-Rock Festival – Inowrocław (27.08.2022)

Szukając festiwali muzycznych z ciekawymi zagranicznymi kapelami, często celuje się w większe miasta. Nie od dziś jednak wiadomo, że warte uwagi wydarzenia potrafią odbywać się także w miejscowościach nieco mniejszych (vide Summer Dying Loud w Aleksandrowie Łódzkim, Materia Fest w Szczecinku, Niech Cisza Milczy w Pyskowicach, czy Red Smoke Festival w Pleszewie) często wręcz w najbliższym sąsiedztwie. Tak też wyglądał z mojej perspektywy tegoroczny Ino-Rock Festival, w ramach którego organizatorzy zaprosili do – niekojarzącego się na co dzień z podobnymi klimatami – Inowrocławia długo wyczekiwanych przeze mnie Greków z Villagers of Ioannina City. Na dokładkę w line-upie festiwalu pojawili się Norwegowie z Leprous, co ostatecznie przekonało mnie do wzięcia udziału w sobotnim evencie.

Weekend, słoneczna pogoda, bardzo urokliwe miejsce (amfiteatr zlokalizowany w centrum miasta) – te składowe zagrały bez zarzutu. Dopisała również od samego początku frekwencja, bo nawet najwcześniej przybyli na miejsce uczestnicy musieli odstać swoje w kolejce do wejścia, stanowisk z jedzeniem, piwem czy zaplecza sanitarnego.

Festiwal rozpoczęła zaprzyjaźniona z organizatorami i związana z Rockserwis.fm Baśnia Lipińska (która poza występem ze swoim zespołem baṣnia była także współprowadzącą samego festiwalu). Melodyjna, lekka i przyjemna mieszanka rocka, post punka i muzyki gotyckiej, mimo wczesnej pory, sprawdziła się w warunkach festiwalowych bardzo dobrze. Sam zespół też pałał niemałym entuzjazmem, czego skutkiem było zagranie 2-3 niemieszczących się pierwotnie w planie kawałków. Dobry i zachęcający start.

Kolejnymi bohaterami festiwalu byli post-rockowcy z małopolskiego Besides. Widziałem ich ostatnio lata temu (2014 r. na trasie z Tides from Nebula), jednak później grupa zniknęła na dłuższy czas z mojego radaru. Sobotni koncert miał być dla mnie okazją do przypomnienia sobie mojej (swego czasu dość gorącej) miłości do post-rocka, którą przykryła już dziś wyraźna warstwa kurzu. Ostatecznie nic takiego nie miało jednak miejsca – sam występ, choć bardzo poprawny i odegrany bez zarzutu, nie wzbudził we mnie jakiegoś większego entuzjazmu. W zachowaniu muzyków zabrakło mi pewnej dozy łączności i chemii (emocjonalnie temat dźwigali na barkach głównie Piotr Świąder-Kruszyński i Paweł Kazimierczak, którzy pokusili się o nieco więcej niż minimalna dawka ekspresji). Zachowanie reszty składu można oczywiście zrzucić na karb konwencji, faktem jest jednak, że występ ten raczej nie zapisze się na dłużej w mojej pamięci.

Chwilę przed godz. 19:00 nadszedł czas na najbardziej wyczekiwany przeze mnie koncert tego wydarzenia. Fanem Villagers of Ioannina City jestem w zasadzie od pierwszego przesłuchania Age of Aquarius [moja recenzja tej płyty tutaj] w końcu nadarzyła się możliwość sprawdzenia tego krążka na żywo (poprzednio zaplanowane występy grupy w 2020 nie doszły do skutku z powodu obostrzeń covidowych). Żałowałem trochę, że koncert nie został zaplanowany bliżej pory wieczornej, po zmroku występ Greków miałby szansę na wzbogaconą oprawę i jeszcze bardziej klimatyczny wydźwięk. Nie mam jednak zamiaru narzekać, rezydenci Janiny dorównali na żywo moim oczekiwaniom, ich sztuka była intensywna, energiczna, pełna południowej żywiołowości i bałkańskiej magii. Odegrana niemal w całości Era Wodnika (uzupełniona o dwa numery z poprzednich płyt grupy) zarówno studyjnie jak i live to rzecz fantastyczna. Utwierdziłem się też w przekonaniu, że niespotykana skromność Greków (której miałem już okazję doświadczyć) jest szczera i autentyczna, a to tylko potęguje żywioną przeze mnie w stosunku do nich sympatię. Nawet jeśli miałoby nie udać się muzykom w przyszłości utrzymać poziomu wydanej w 2019 roku płyty, na pewno pozostaną oni w ścisłym kręgu moich muzycznych i koncertowych zainteresowań. Petarda.

Przedostatni występ wieczoru należał do norweskich prog metalowców z Leprous. Moja przygoda z ich muzyką to pasmo upadków i wzlotów. Pierwszy kontakt z kapelą zanotowałem przed dekadą, na jednej z moich koncertowych wypraw, gdzie zespół występował w roli supportu. Wspomnienia tego wydarzenia (delikatnie rzecz ujmując) do najprzyjemniejszych nie należały. Z czasem postanowiłem jednak dać grupie Einara Solberga drugą szansę, co sprawiło że po latach – mimo trudnych początków – stałem się ich umiarkowanym zwolennikiem. Byłem niezmiernie ciekaw, czy wywodzący się z Notodden zespół tym razem będzie w stanie zrehabilitować się w moich oczach i zetrzeć bolesne doświadczenie sprzed lat. Czy był? Biorąc pod uwagę fakt, że pojawiłem się na Ino-Rock Festival głównie dla VoIC, po występie Norwegów długo jeszcze chodziłem z szeroko otwartymi oczami. Tym, co zespół odegrał w sobotę na scenie w Inowrocławiu (mówię tu zarówno o poziomie wykonawczym, technice, zachowaniu scenicznym, grze świateł, brzmieniu i prezencji) grupa zasłużyła sobie na pełne zamazanie win. Progres zanotowany przez Leprous na przestrzeni lat jest czymś zadziwiającym. Filarem występu (poza Einarem Solbergiem, który nabrał scenicznej dojrzałości i bardzo rozwinął umiejętność radzenia sobie na żywo z partiami wokalnymi, znanymi z płyt) był z pewnością Baard Kolstad. Posiadać wiedzę o tym, że gość jest w swoim fachu totalnym przekocurem, a doświadczyć popisu jego talentu na żywo, to dwie różne sprawy. Przekrojowy set, składający się zarówno ze spokojniejszych i bardziej „poukładanych” numerów, jak i technicznych połamańców, fantastyczne zachowanie zespołu na scenie, radosna i nieskrępowana atmosfera – wszystko to sprawiło, że koncert Norwegów można było oklaskiwać jeszcze długo po zejściu muzyków ze sceny.

Nie mam zamiaru zgrywać znawcy twórczości Wishbone Ash, ani tym bardziej oddanego fana muzyki Brytyjczyków. Moja wiedza na temat zespołu jest bardziej podręcznikowa, niż praktyczna i poza najbardziej znanymi albumami (oraz smutną, choć dość często spotykaną w podobnych przypadkach historią podziału) nie mam w ich temacie pogłębionych doświadczeń. Dlatego podczas ostatniego koncertu festiwalu przestawiłem się raczej w tryb obserwatora, niż słuchacza. Nie mogłem przez to nie zauważyć wyraźnej zmiany atmosfery i (jakkolwiek to zabrzmi) zwrotu pokoleniowego, który dokonał się pod sceną, podczas koncertu muzyków z Devon. Atmosfera inowrocławskiego festiwalu zrobiła się z miejsca bardzo sielska i piknikowa, część wcześniejszej publiki udała się do wyjścia, ich miejsce zajęli natomiast słuchacze dotychczas raczej bierni. Nie wiem czy taki był właśnie zamiar organizatorów, przyznać trzeba, że ostatecznie wyszło bardzo eklektycznie. Sami muzycy Wishbone Ash pokazali się z zaskakująco energicznej i witalnej strony, dzięki czemu pomimo późnej pory bez trudu skłonili zgromadzonych fanów do całkowicie beztroskiej zabawy. Życzyłbym sobie, by za kilkadziesiąt lat wciąż mieć podobne pokłady entuzjazmu i radości z obcowania z muzyką.

Tytułem podsumowania, po stronie festiwalowych pulsów (poza miejscem oraz ciekawym składem) wspomnieć należy o bardzo przyzwoitej akustyce i nagłośnieniu koncertów (nie obyło się rzecz jasna bez małych wpadek, ale żadna z nich nie przeszkodziła znacznie w odbiorze poszczególnych występów). Kolejny to sprawna organizacja, choć do wspomnień o kolejce do (słownie jednego) stanowiska z piwem i wężykach ludzi sięgających długości obiektu, uśmiechać będę się jeszcze przez jakiś czas. Jestem bardzo ciekaw, co organizatorzy Ino-Rock Festival przygotują w kolejnej edycji. Jeśli będzie równie ciekawie, jak w tym roku, z pewnością zahaczę o Inowrocław także w 2023.

Exit mobile version