Mystic Festival 2022 (Gdańsk)

Mystic Festival 2022, najważniejsze tegoroczne wydarzenie na mapie metalowych koncertów w Polsce, przeszedł do historii z hukiem i przytupem. Organizacja kolejnej edycji festiwalu w związku z wydarzeniami na świecie okazała się nie lada wyzwaniem, dwukrotnie event odwoływano, przeniesiono lokalizację z Krakowa na Gdańsk, zmieniał się i puchł line-up, aż do finalnego potwierdzenia realizacji imprezy w trybie: na bogato. Nie będzie przesadą, jeśli górnolotnie stwierdzę, że pokłosiem dwuletnich pandemicznych perturbacji dla nas wszystkich było wzmożone poczucie sceptycyzmu, może nawet wyhamowania ekscytacji chociażby kolejnymi ogłoszeniami koncertów i headlinerów, toteż emocje związane z festiwalem na zmianę opadały i rosły. Finalna mysticowa lista koncertowa na rok 2022 prezentowała się znakomicie i różnorodnie – Mastodon, Opeth, Judas Priest, Mercyful Fate, Katatonia, Mayhem to ledwie wierzchołek góry lodowej festiwalu, a poza nimi zaprezentowało się jeszcze…72 zespoły, w tym te dobrze znane i te zupełnie niszowe. Pięknie. Już przy pierwszych ogłoszeniach zainteresowani żartowali, że chyba zagrają wszyscy, i w końcu wyblakła w ciągu długiego czasu oczekiwania humoreska okazała się realnym wyczynem. Bez większego owijania w bawełnę – udało się wszystko! Od miejsca, czyli surowych terenów dawnej Stoczni Gdańskiej, po bogaty skład koncertowy, aż do świetnej, dopiętej na ostatni guzik organizacji. Zapraszam do mocno subiektywnej relacji z tego wyjątkowego wydarzenia.

Tom Warrior

Mystic Festiwal 2022 odbył się w dniach 1-4 czerwca. Na pierwszy ogień, na zachętę, festiwal rozpoczął się od tzw. warm-up day dla posiadaczy karnetów, z otwartymi dwiema scenami: Park Stage w plenerze i Shrine Stage w klubie B90. Kto nie ma pojęcia o czym rozprawiam, serdecznie zapraszam na ulicę Elektryków w Gdańsku. Tu, na terenie Stoczni, mieści się spora liczba barów i paru klubów w surowym, eleganckim, industrialnym anturażu. Genialne miejsce do przedsięwzięć typu impreza wielopoziomowa, na przykład festiwal muzyczny. W programie dnia zagrzewającego do festiwalowej walki samo gęste, m.in. Skeletal Remains, Decapitated, LIK, Carcass, Tom Warrior na kolację i na pożegnanie Gaerea. Rozpiska była świetnie ułożona, bowiem przemieszczanie się z jednego miejsca do drugiego nie wymagało większej aktywności fizycznej, w przeciwieństwie do dni następnych.

W oparach śmierć metalowych podmuchów z obu scen można było spokojnie zwiedzić teren festiwalu, zakupić specjalny kubek do napojów niskoprocentowych i sprawdzić ilu metali zmieści się do strefy gastronomicznej podczas upiornej burzy w połowie dnia. Odpowiadam: wielu. Najlepszym punktem dnia oprócz Carcass, do których czuję miętę, był oczywiście potrójny, trzygodzinny koncert pod szyldem Tom Warrior’s Legacy, czyli Hellhammer by Tom Gabriel Warrior’s Triumph of Death, z hitami Celtic Frost w wykonaniu Triptykon, i sam Triptykon z własnym materiałem. Długo, może aż nadto, ale w najlepszym wydaniu. Czy Warrior naprawdę wymyślił wszystkie riffy w metalu? Być może.

Dzień drugi, a tak naprawdę pierwszy, to już nie rurki z kremem. Tu się trzeba było przygotować – i mentalnie, i fizycznie. Na dzień dobry istotnym punktem do odhaczenia było zapoznanie się z infrastrukturą Mystic: najpierw część klubowa, czyli wspomniana Shrine Stage w B90; Sabbath Stage, czyli klub Drizzly Grizzly; doszła scena Desert prostopadle do klubów; część ulicy Narzędziowców zakwitła stoiskami z merchem; Park Stage, czyli scena średnia, oraz scena główna na końcu pod żurawiem M3 (czy to właściwa nazwa – nie wiem). Ten dzień w moim odczuciu należał bezsprzecznie do kobiet, choć wcale się na to nie zapowiadało.

Kvelertak

Przygodę zaczęłam od Kvelertaka, do których mam wyjątkową słabość, i którzy z miejsca rozbawili moje czarne serce. Występ na scenie średniej zebrał pokaźne grono wielbicieli black’n’rolla, niektórzy popłynęli na fali zabawy wraz z mocno nietrzeźwym wokalistą, za to wesolutkim i spełniającym oczekiwania. Musiałam skończyć się uśmiechać po 30 minutach, bowiem na scenie klubowej już przygniatał mroczny, duszny Dolch, a obok stonerki od Major Kong. Niespecjalnie interesowało mnie thrashowe Malevolence, więc kolejnym przystankiem był powrót w plener na Baroness. I tu pierwszy zawód, zupełnie nie skupiłam się na ich odmianie metalu, tym bardziej że szwankowało nagłośnienie i wokalista. Szkoda, natomiast moja ocena ma się niezbyt adekwatnie do całości, ponieważ z kwaśną miną zawróciłam na pięcie do B90 na koncert GGGOLDDD. I hop, pierwszy zachwyt! Ponuro, niemal intymnie, z mocnymi emocjonalnymi akcentami, w pięknych okolicznościach świateł klubowych, ten zespół w końcu zabrzmiał tak, że okulary mi spadły i na chwilę zapomniałam, gdzie jestem. Czas jednak biegł nieubłaganie, jednym okiem zahaczyłam więc o Sabbath Stage, gdzie rozpostarł się Mentor i 10 minut później krokiem szybkim, z lekkim podskokiem, pognałam na Mastodon, przy okazji pierwszy raz odwiedzając teren sceny głównej. Czy będzie przesadą, jeśli skomentuję ten koncert jako okej? Oczywiście, że nie, Mastodon mają gorsze i lepsze chwile, jednak są mistrzami riffowania i melodyjności, i tego nikt im nie odbierze.

Heilung

Wracając z Main Stage, oczom mym ukazał się las zdumionych twarzy, wgapiających się w gusła Heilung na scenie średniej. Wspaniale było obserwować szczególnie tych, którzy pierwszy raz zetknęli się transowym folkiem serwowanym przez 16 osób w szatach rodem z nordyckich opowieści. Koncert Heilung sprawdziłby się lepiej w klubie, lub przynajmniej w nieco późniejszych godzinach, jednak mimo wszystko udało im się skupić na sobie uwagę wyjątkowo gromkiego tłumu. Nie czekając na finał, udałam się na koncert Brutus do B90, po drodze zahaczając o scenę Desert, na której świrowali The Picturebooks – dwóch kolesi, perkusista i gitarzysta, którzy są chodzącą definicją muzyki gitarowej z amerykańskiego garażu. Nie dam rady słuchać ich wydawnictw studyjnych, ale w terenie to żywe srebro! 10 minut podrygiwania i długa do sceny Shrine. I hop, zachwyt kolejny! Belgów z Brutus poznałam przypadkiem, jako support Cult of Luna, i wpadłam po uszy. Na żywo to szaleństwo. Wokalistka i perkusistka w jednej postaci jest fantastycznie elektryzująca, absolutnie nie można oderwać od niej oczu. Wspaniałym doznaniem było obserwowanie jej reakcji szczególnie po skończonym numerze, kiedy zdyszana opadała na bębny, by za chwilę wstać i podziękować publice. Co za babka! Proszę mi podać nazwisko innej kobiety, która bez trudu i fałszów wchodzi w wysokie trudne rejestry wokalne i jednocześnie wali w perkusję jak zła. Dziękuję, nie mam pytań. Na koniec w moich planach pozostali tytani z Opeth i marudy z Katatonii. O ile pierwszy koncert był po prostu klasą samą w sobie, od linijki, bez zaskoczeń, ale i trochę za bardzo statyczny, tak drugiego nie przeżyłam zupełnie. Być może dopadło mnie zmęczenie, a może to już nie moja bajka. W pierwotnych założeniach miałam chęć na after z Nightrun87, ale nic z tego nie wyszło.

Dzień drugi, nie mniej bogaty, nie bardziej ekscytujący, rozpoczęłam od 15-minutowej rozgrzewki z Czernią na Sabbath Stage. Na pytanie czy to hardcore, black metal albo sludge, odpowiadam: tak.  Następnie spacerkiem udałam się w stronę sceny średniej na znanych i lubianych stonerowców Dopelord. Cieszy fakt, że w końcu mogłam zobaczyć ich na większej scenie w plenerze, zabrzmieli dobrze, i równie dobrze zostali przyjęci przez sporą publikę. Dalej balansowanie między Fleshworld w klubie i tuzami DM z Benediction na głównej scenie. Jednych i drugich obejrzałam po łebkach, przy czym Fleshworld właściwie łypnęłam jedynie okiem, sercem wcale. Szkoda, nie tym razem. Chwila oddechu i na scenie średniej zameldowali się Szwedzi z Tribulation. Kolejny koncert od linijki, przyzwoity.

Mgła

Jednak tym razem, cytując kolegę, bez tańca z firanką, czyli Jonathana Hulténa, który opuścił skład około 2 lata temu, ewidentnie zabrakło jakiejś eteryczności, która tak mnie przy tym zespole zatrzymywała. Wybory na kolację dla mnie okazały się dość oczywiste, dla kolegów towarzyszących mi w wędrówkach wręcz przeciwnie. Kompletnie darowałam sobie koncert Saxon (nie znoszę), podobnie Okkultokrati (trudno), za to z premedytacją udałam się na koncert Hangman’s Chair. I regret nothing. Doświadczyłam radości grania i interakcji z publiką, bardzo dobrego setu, doskonałego klimatu, słowem – kto ominął ten trąba. Chwila oddechu, i następnym przystankiem była niezawodna Mgła, potem punkowy, świetny The Stubs, 10 minut Azarath obok, jeszcze post hardcore od Deluge, i długa do sceny głównej na danie dnia, czyli Judas Priest.

Judas Priest

Jeśli lubujecie się w efektownych, niemal teatralnych sztukach, to Judasi weszli z drzwiami w ramy takich oczekiwań – wizuale, telebimy, obowiązkowy wjazd 71-letniego Halforda na scenę na Harleyu, dmuchany byk i ta energia słusznego wieku muzyków, były składnikami świetnej atmosfery na wszystkich levelach. Obchodząca 50-lecie istnienia brytyjska legenda zaprezentowała dość przekrojowy materiał od Rocka Rolla (1974) po Firepower (2018). Szaleństwo! Po tańcach i hulankach w doborowym towarzystwie na moim przystanku pozostały 2 koncerty – groove Raging Speedhorn w B90 i Mayhem na scenie średniej. Ten pierwszy z dość małą frekwencją doskonale spisał się w roli epilogu tego dnia. O tym drugim wolę jak najszybciej zapomnieć i nie tracić czasu na komentarze.

Ostatni dzień festiwalu z mojej perspektywy obfitował w najciekawsze skrajności line-upowe – od ładnych, uroczych, melodyjnych i naturalnie smutnych podmuchów po geometryczne wynalazki, przedziwne wrzaski, umiarkowane w emocje rozczarowanie i widowiskowy finał. Dzień rozpoczęłam spokojnie od koncertu smutasów z ROSK, którzy zaprezentowali set z drugiego albumu – ten stonowany, zimny i na siedząco. W tym samym czasie scenę główną rozgrzewała Materia, a już za chwilę w drodze na Truchło Strzygi do B90, można było zerknąć na scenę średnią z władającym wtedy Svalbard. Bez wielkich zaskoczeń i ciągle na spokojnie, zrobiłam kółeczko i zwrot na Igorrra. Pchnęła mnie ciekawość, a ponoć to pierwszy stopień do piekła i niestety wstąpiłam w niefajny krąg. Koncert Igorra wraz z całą sceniczną oprawą był przekombinowany, dziwnie przygotowany i dziwnie zagrany, nie podobało mi się nic, choć entuzjastów tu nie brakowało. Następnie prawie o tych samych godzinach planowałam zobaczyć trzy koncerty naraz, bo czemu nie. Najpierw chwila z Witchcraft, których uwielbiam za początkową działalność i nie przekonałam się do ostatnich dokonań. Bez wielkich wzruszeń szybko przeniosłam się na koncert ukochanych przeze mnie Arabrot na małej scenie plenerowej w części klubowej. Umiejscowienie norweskiego duetu akurat w tym miejscu wydało mi się pomyłką, tym bardziej że nadal świeciło słońce i nijak nie składało mi się to z klimatem ich muzyki. Nic to jednak, jak zwykle wkręciłam się w noise rockowe piosenki na całe 30 minut, bowiem chciałam zajrzeć i sprawdzić jednym uchem co tam wrzeszczy Wiegedood. Dobrze, że widziałam ich występ w innych okolicznościach i bez żalu po 5 minutach, opuszczając przybytek klubowy, zajrzałam na Hexvessel, by następnie bez wcześniejszych zamiarów pomaszerować na Vadera. Ileż razy można obchodzić to misterium – nie zapytał nikt, więc nie odpowiem, że można dużo i warto było również tym razem. Vader to machina nie do zatrzymania, w dalszym ciągu w super formie. Dalej w planie dnia koncert Solstafir, czyli dla mnie pogawędki i odpoczynek w innej części festiwalu. Nie mam nic do tego zespołu, przy czym nic jest być może słowem kluczowym. Na finał pozostały mi 2 z 3 kluczowych punktów – Amerykanie z Imperial Triumphant i demoniczny król, wiadomo. Najpierw więc najdziwniejszy i moim zdaniem zjawiskowy zespół, reprezentujący metal eksperymentalny we wszystkich odmianach tego słowa. Słuchając ich dokonań studyjnych, trudno sobie wręcz wyobrazić, że to może działać na żywo. A właśnie, że działa! Tam, gdzie wydawać by się mogło, że już bardziej nie można dokręcić śruby, oni wchodzą cali na biało i triumfalnie ze starcia tych swoich połamanych pomysłów z koncertową rzeczywistością wychodzą obronną ręką. Ich balansowanie na granicy strawności ciężkiej muzyki w ogóle jest dla mnie wielce pociągające.

Mercyful Fate

Odurzona ilością dziwactw z B90 udałam się na finał na scenie głównej z Mercyful Fate, formacji, która na Mystic 2022 zagrała swój drugi światowy koncert po reaktywacji w 2019 roku. Przyszedł czas na falsety i doły w oprawie metalowego horror show. Koncert z pewnością sprostał oczekiwaniom licznej publiczności, moim również, szczególnie forma wokalna Kinga Diamonda była godna podziwu. Czary mary z odwróconym krzyżem na scenie głównej pod względem wizualnym z miejsca robiły wrażenie, nie mniej demoniczny imidż mistrza ceremonii – full option makijaż, różne kreacje, korona czy rogi kozła na głowie, plus mikrofon w kształcie skrzyżowanych kości, dopełniały spektakl Mercyful Fate. Dużo dobra na koncercie w oprawie mroku i zła z założenia.

Ostatnim dla mnie niedoszłym koncertem miał być planowo Killing Joke, jednak już w trakcie festiwalu okazało się, że zespół wypada z listy, a na jego miejsce wskoczył nieoczekiwanie Leprous – muza typu modern metal. Trochę płacz, a trochę nie. Niedobitkom pozostał repertuar after party z Neon Haze na najmniejszej scenie – set Octopussy, Favorit89, Nightrun87, na którym panowie z Octopussy ostatni raz wystąpili pod tą nazwą, kończąc działalność. Koniec, finito, dobranoc.

Podsumowanie będzie krótkie. Mystic Festival 2022 wypadł znakomicie. Zróżnicowany line-up okazał się wyzwaniem dla tych, którzy jak ja łaknęli zarówno występów wielkich gwiazd, jak i tych mniejszego kalibru. Przemyślana i dopracowana organizacja samego festiwalu sprawiła, że atmosfera z dnia na dzień utrzymywała się na poziomie co najmniej bardzo dobrym, nie zabrakło koncertowych emocji, zaskoczeń, powiewów muzycznych świeżości i nostalgicznych wzruszeń – nie tylko ramion. Mystic 2022 okazał się czymś więcej niż piwko i metal, zatem nie pozostaje mi nic innego jak gratulacje i podziękowania dla Mystic Coallition oraz życzenia sobie podobnych wrażeń w przyszłym roku.

Do następnego!

Zdjęcia: Aleksander Honc

Joanna Pietrzak
Latest posts by Joanna Pietrzak (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)
This entry was posted in Relacje. Bookmark the permalink.