Mystic Festival 2025 – Gdańsk (4-7.06.2025)

Ależ to była bogata edycja! Po raz czwarty Mystic Festival 2025 zamienił klimatyczne tereny postoczniowe w Gdańsku w miasteczko festiwalowe z muzyką tak zwaną ciężką we wszystkich odcieniach. Cztery dni koncertów, pięć scen, światowej sławy gwiazdy na topie i odkurzone z odmętów tuzy, undergroundowe perełki i sprawdzone pewniaki – wszystko na najwyższych obrotach. Z jednej strony zasłużeni King Diamond, Opeth, Exodus, W.A.S.P. czy Pentagram, na drugim biegunie Whitechapel, Oranssi Pazuzu, The Bug albo Perturbator. Tym razem nieocenione tęgie głowy z Mystic Coalition zadbały też o rozrywkę pomiędzy koncertami z taką pompą, że klękajcie narody. Były wywiady i pogadanki w panelach Mystic Talks, wrestling dla spragnionych emocji trzaskania krzesłami nad głową, retro gejming w piwnicach, wystawa skarbów z działalności Vadera, kino VHS Hell, dajcie spokój. Nie było czasu na narzekanie na to, co się działo z pogodą – codzienny deszcz i błoto nie miały aż takiego znaczenia, czasem przeszkodziło urwanie chmury, innym razem urwanie ucha od nagłośnienia, ale to wszystko zeszło na daleki, mniej istotny plan. Miniona edycja Mystic Festival to trochę powrót do przeszłości, nie dało oprzeć się wrażeniu, że królowały ugruntowane w historii metalu składy, to też ukłon w stronę zagranicznych gwiazd, polskich akcentów było niewiele, zaledwie kilka sztuk wśród prawie 90 artystów, ale o tym za chwilę. Zapraszam do relacji, tym razem podwójnej!

Warm-up Day [red. Synu] Po latach przymierzania się do kolejnych edycji Mystic Festival, w tym roku udało mi się dopiąć kalendarz na tyle, by z początkiem czerwca wyruszyć do Gdańska na liczące cztery dni, festiwalowe zmagania. Chociaż pojawiało się wiele głosów wyrażających rozczarowanie skromniejszym niż w poprzednich latach line-upem, kilka nazw spokojnie wystarczyło, by namówić mnie do udziału w tegorocznej odsłonie. Po zainstalowaniu się na terenie gdańskiej Stoczni, pierwsze festiwalowe kroki skierowałem na Shrine Stage, gdzie na scenie swe wdzięki prezentowała już Martwa Aura. Mimo tego, że studyjnie bardzo sobie ten zespół cenię, koncert poznaniaków w B90 pozostawił niestety spory niedosyt. Zdecydowanie zbyt wczesna pora, nieco siermiężne wykonanie i kiepskie nagłośnienie (solówki gitarowe brzmiały jak żart) – wszystko to złożyło się na średnio udany efekt finalny. Dużo lepsze wrażenie zrobił na mnie, występujący na Park Stage’u Alcest. Co prawda momentami mogło wydawać się, że publika pod sceną przeżywa prezentowaną muzykę dużo bardziej niż sam zespół, jednak rzeczona skromność i stonowanie tylko dodawały występowi Francuzów szyku i elegancji. Po Alcest przyszedł czas na występ Midnight. Już przy tym koncercie dało sobie znać ciążące przez cały festiwal poczucie ciasnoty i prawdziwego trudu, który trzeba było ponieść, by dostać się do Shrine Stage na zespoły nieco większe od ligi średniej. Do samego występu trudno się było jednak przyczepić, mieszanina rock’n’rolla, chamskiego punka i speed/black metalu w duchu Motörhead i Venom to przepis na muzykę, której nie da się nie lubić. Po walce o oddech w B90 przyszedł czas na koncert dnia. Jerry Cantrell to prawdziwy król riffu, niezależnie od tego, czy wydaje swoje płyty pod szyldem Alice In Chains, czy marką własną. Majestatyczny lider, wspomagany wokalnie przez Grega Puciato (wyglądającego co prawda, jakby ostatni tydzień spędził na Podlasiu) spełnił moje oczekiwania w 120%. Cudowna sztuka, po której niczego już w zasadzie od Warm up Day nie oczekiwałem. No może trochę przesadzam, bo grający chwilę później na Shrine Stage Covenant/The Kovenant był również na mojej liście zespołów “must see”. Koncert był doskonałą próbą charakteru i umiejętności odbioru muzyki poprzez kontekst czasów, w których powstawała. Dając się namówić na muzyczną podróż w przeszłość, można było wraz z The Kovenant przeżyć naprawdę wspaniałe chwile. Kosmiczny trip na Nexus Polaris prowadzony przy akompaniamencie kanciastych klawiszy, kwadratowych partii sopranowych i pięknie niepasujących do całości solówek gitarowych może ocierał się momentami o pastisz i groteskę, ale takich doznań właśnie należało oczekiwać. A gdy poszły w eter zagrane na finał numery z Animatronic, to już w ogóle tańczyłem, jakby jutra miało nie być. Po powrocie na orbitę przyszedł czas na ponowny zwrot w stronę pleneru – jak gra się pełnokrwisty thrash metal pokazali na Park Stage weterani z Exodus. Słodki Jezu w morelach, ci goście przebili już granicę sześciu dych, a ognia i młodzieńczego wręcz entuzjazmu pozazdrościć mogliby im o połowę młodsi muzycy. Wszystko było tam na pełnej petardzie i z maksymalną siłą rażenia. Niesiony pozytywnymi wrażeniami wiele obiecywałem sobie po finałowym koncercie dnia, który na Shrine Stage grał Combichrist. Tym większy był mój zawód, gdy przekonałem się, że zespół nie ma do zaoferowania nic poza potwornie nudnym, generycznym i całkowicie nieprzekonującym nu/industrial metalem, zdradzającym cechy małowartościowego produktu. Do zaorania.

Jerry Cantrell

Moja rozgrzewka mysticowa zaczęła się również od Martwej Aury w klubie B90, czyli festiwalowej Shrine Stage. Wizytę zakończyłam szybko, przyjemny blecior, ale nagłośnienie zgrzytało, i niestety nie ostatni raz o tym napomknę. Przenosiny na Alcest na scenie plenerowej nie przyniosły również satysfakcji. Widziałam Francuzów wcześniej dwa razy i ten trzeci okazał się kropką nad i – nie polubimy się już wcale. Set, który miał być zdaje się klimatyczny, zupełnie mnie nie przekonał. Idziemy dalej, na wrestling! Jak emocje, to emocje! Taki czerstwy żarcik. Wróciłam na Whitechapel i tu pierwsze zaskoczenie dnia. To jest potwornie solidna machina, choć niekoniecznie w moich zainteresowaniach muzycznych. Ten amerykański deathcore, z podkreśleniem na core, zabrzmiał potężnie i równo, tu się wszystko musiało zgadzać. Brawo. W drodze na Midnight, chciałam ledwo zajrzeć na Castle Rat, a dzięki rekomendacji sympatycznego kolegi znowu się zatrzymałam. Doom metal, który nie zanudza na śmierć, jest wręcz świeży i pomysłowy? Niemożliwe! Mało tego, to było przemyślane do ostatniej nitki na bajecznej, mad-maxowej kreacji Królowej Szczurów, która przykuwała wzrok, słuch, może nawet hipnotyzowała. Zdecydowanie moje odkrycie dnia. Z małych wielkich spraw, na pewno na uwagę zasłużyły wiedźmy z Witch Club Satan. Tu okultystyczna teatralność zderzyła się z feministycznym przekazem, ale czy to było dobre? Mam mieszane uczucia. Oglądałam, mniej słuchałam. Biorę poprawkę jednak na miejsce koncertu, potworny ścisk i samą akustykę, na którą zrzucam swoje odczucia. Na pewno sprawdzę to trio w innych okolicznościach. Samo gęste – tyle mam do powiedzenia o Grekach z Zemial. Ot, może i black metal jakich wiele, ale przynajmniej tym razem było słychać, że jest wokal i są gitarki. O Midnight, Jerrym i Combichrist wyżej powiedziane zostało wszystko, podzielam wrażenia, za to o The Kovenant rzeknę natomiast tyle, że to wspaniałe jak z kolegą redaktorem pięknie się różnimy. Dla mnie to była parodia zespołu, który może kiedyś miał coś do powiedzenia. Rozumiem etosy i pompatyczność, ale cała otoczka, opóźnienie, kręcenie gałkami biednych technicznych, co i tak dało niewiele, zgasiło mnie i zniesmaczyło. Wrażenia zasypałam występem Exodus. Co za energia, ała! Słynna unia metalu z punkiem w postaci Inhuman Nature było moim ostatnim, wartym odnotowania punktem wieczoru. Fajna rzecz, dość młoda, jestem pewna, że to niedoceniony koncert Warm-up day.

Castle Rat

Dzień pierwszy [red. Synu] Czwartek rozpocząłem podobnie jak Warm Up Day od koncertu black metalowego, jednak tym razem była to dla odmiany sztuka z rodzaju TYCH koncertów black metalowych. Totenmesse dało na scenie B90 popis pełen jadu i brutalności, z wyraźnym błyskiem szaleństwa w oku (a jak się wkrótce okazało, także ranami ciętymi głowy i krwią rozsmarowaną na ciele wokalisty). Obowiązki socjalizacyjno-towarzyskie nie pozwoliły mi niestety na uczestnictwo w całości koncertu ABSU, jedynie kątem oka udało się też obejrzeć występ Włochów z Ufomammut (zespół widziałem w akcji podczas zeszłorocznego Summer Dying Loud, nie czułem więc silnej potrzeby aktywniejszego zaangażowania). Znacznie boleśniejsza była dla mnie za to absencja na Nile, jednak dostanie się na Shrine Stage podczas koncertu ekipy Karla Sandersa było misją z gatunku niewykonalnych. Miłym pocieszeniem był grany w tym samym czasie na Park Stage koncert Turbonegro, choć występ radosnych Norwegów też udało mi się obejrzeć wyłącznie fragmentarycznie. Więcej szczęścia miałem przy okazji Beherit, na który postanowiłem dostać się za wszelką cenę. Opłaciło się, bo stłoczony gdzieś w kącie sali byłem świadkiem prawdziwego sonicznego terroru. Jeżeli o jakimś koncercie tegorocznej edycji Mystica można powiedzieć, że zdradzał swoim klimatem cechy nietzscheańskiej odchłani, to był to właśnie koncert Finów. Zadymiona Shrine Stage, przypominająca przebłyski z sennego koszmaru i mrożące krew w żyłach odgłosy wydobywające się zza uchylonych wrót Tartaru. Jeden z koncertów dnia. Odkopawszy się z gruzów B90, postanowiłem przełożyć wajchę w tryb zabawy i skoczyłem na pierwszy koncert pod Main Stage. Walijczycy z Bullet For My Valentine celebrowali podczas swojego występu jubileusz wydania debiutanckiego The Poison, była więc okazja do przypomnienia sobie czasów ogrywania Need for Speed i oglądania teledysków w jakości 240p na raczkującym jeszcze wówczas Youtubie. Obserwując poczynania sceniczne BFMV, naszła mnie też smutna refleksja, że skoro już nawet te “młodociane” i grające “nowoczesny metal” kapele obchodzą swoje dwudziestolecia, to chyba czas najwyższy, by poważnie pomyśleć o zapisaniu się do osiedlowego klubu seniora. Prawdziwie sentymentalny trip nadszedł jednak dopiero po koncercie Brytyjczyków. In Flames to jeden z zespołów, które wprowadzały mnie w świat cięższego grania i choć na przestrzeni lat mój stosunek do kapeli można określić mianem przerywanego, ostatnia płyta studyjna przywróciła mi wiarę w możliwości sympatycznych rezydentów Goteborga. Szwedzi postanowili uraczyć fanów prawdziwymi the greatest hits, dzięki którym uśmiech nawet na moment nie schodził z mojej twarzy. Pewnie i znalazłoby się kilka powodów do narzekania, pozytywna energia i świetne show wynagrodziły mi tego wieczoru wszelkie mankamenty. Podczas powrotu z głównej sceny postanowiłem zahaczyć jeszcze o Shrine Stage na część koncertu Oranssi Pazuzu. Nie będę zbyt odkrywczy, jeśli powiem, że muzyka zespołu wymaga znacznie większej uwagi (i trochę lepszych okoliczności niż festiwalowe), by w pełni docenić jej walory, obiecałem sobie więc poczekać na dogodniejszą okazję, by skorzystać z zaproszenia do przedziwnego, muzycznego świata Finów. Specjalnej okazji na pewno nie potrzebował za to James Kent, który na finałowym koncercie Park Stage roztaczał przed słuchaczami wizję dystopijnego świata przyszłości, skąpanego w mroku, kwaśnym deszczu i nieprzepuszczającej promieni światła toksycznej mgle. Ciągnące się po horyzont betonowe pustynie, olbrzymie stalowe konstrukcje budynków, oświetlonych przez tlące się świetliste neony i soundtrack do przegranej wojny z humanoidalnymi maszynami. Godne zakończenie drugiego dnia festiwalu.

In Flames

Dzień pierwszy Mystic Festival 2025 to był mój dzień! Nic nie poszło zgodnie z planem, zostałam tam, gdzie miałam być na chwilę, a innych planów wcale nie zrealizowałam. Najpierw odwiedziny na Main Stage, na której rozpostarli się metalcorowcy ze skrzypcami w postaci Imminence. To nie dla mnie, nie zamierzam komentować szerzej. To samo odnośnie Kanadyjczyków z Dopethrone, to jest ten doom, na którym nie jestem w stanie się skupić. Kolejny punkt programu to sprawdzić Polaris (oj, znów pudło), odwiedzić ciemny, zgniły las z Absu i zajrzeć na Thaw. O ile Absu mnie nieco utwierdziło w przekonaniu, że zaczynam się starzeć i coraz mniej przemawiają do mnie te wszystkie bulgotania, tak Thaw przykuł mnie do barierki w Sabbath Stage (dziękuję sobie, że się dopchałam i panu, który mnie „przestawił” do przodu) na całość. Świetny koncert, Haldor brylował, wyłaził do publiki, cały set miał ręce i nogi i tułowie. Ostatni promowany album Fading Backwards zasługuje na większy rozgłos i niniejszym uznaję koncert Thaw za topkę dnia. W drodze na Eagles of Death Metal przystałam na chwilę obejrzeć świetnych Ufomammut na najmniejszej scenie plenerowej, jednak podobnie jak mój redakcyjny kolega – widziałam ich na ubiegłym Summer Dying Loud, więc tym razem odpuściłam, choć z lekkim żalem. EoDM za to dali doskonały koncert! Żywiołowy, na luzie, z uśmiechami, nóżka chodziła! Ciekawostką był cover Davida Bowiego na finał, Moonage Daydream. Tym samym spóźniłam się na Nile i nie żałuję. Ponieważ lało jak z cebra, sporo festiwalowiczów zagnieździło się w budynkach klubowych, było duszno, lepko i tłoczno. Szkoda. Zwrot więc na Turbonegro i tu nie było przeproś. Deszcz? Atam. Ścisk? No i co. Wszyscy, w tym piękne panie śpiewające gromko I have erection? No pewnie. Wszak metale też lubią pląsy. Doskonały koncert. Zajrzałam na Elder i miałam tylko zerknąć, tymczasem zostałam i kiwałam głową do numerów m.in. z Omens w fajnych impro. Suicidal Tendecies mieli świetne przyjęcie publiki. Pionierzy crossoveru z Ameryki tak się bawili, że zaprosili na scenę fanów podczas hitu Possessed to Skate, i fajnie. Zawsze miło popatrzeć na takie gesty i naturalną radość występujących i uczestniczących. Zupełna zmiana klimatu przyszła w trakcie Beherit. Co tu się zadziało, to przerosło moje oczekiwania razy pięć. Ponura (żadna) oprawa sceniczna idealnie pasowała do brudnego, surowego brzmienia Finlandczyków. Ambientowe intra, ohydny wokal, wstrętność ponad wstrętność. Nie dało się wyjść, to był rytuał, z którego aż trzeba było się otrząsnąć. O Bullet For My Valnetine i In Flames nie mam za wiele do powiedzenia. Ten pierwszy to kopalnia ich hitów, a drugi negatywnie zaskoczył – w obu przypadkach liczyłam na jakieś własne sentymenty, niestety nie udało się wcale. Na finał zostawiłam sobie Drab Majesty, Oranssi Pazuzu i Perturbatora. Bardzo lubię zimny synth z darkwavem w wykonaniu Drab Majesty, ale z płyt. Koncertowo wypadli blado, dosłownie i w przenośni. Nie będę się pastwić, choć mogłabym wyliczać czego nie dowieźli. Skrajnie inne wrażenia zapewnili Oranssi Pazuzu. Hipnotyczne, widowiskowe (fajne światełka), niemal teatralne show, doskonale dobrany repertuar – pojawiła się psychoza z Mestarin kynsi i dziwactwa z Muuntautuja. To był najlepszy koncert dnia pierwszego w moim odczuciu, tym samym odpuściłam Perturbatora zupełnie.

Eagles of Death Metal

Dzień drugi [red. Synu] Line-up kolejnego dnia festiwalu zapowiadał się na tyle interesująco, że mojego dobrego humoru nie były w stanie zmącić nawet obfite opady deszczu i coraz trudniejsza walka z przemieszczaniem się po zabłoconym terenie Stoczni. Życie festiwalowicza to w końcu nie rurki z kremem! Dzień zacząłem od wizyty na Sabbath Stage i Thantifaxath, jednak podobnie jak w przypadku Oranssi Pazuzu dla pełnego zaangażowania w proponowane przez Kanadyjczyków klimaty potrzebowałbym nieco bardziej sprzyjających warunków. To co zobaczyłem, utwierdziło mnie jednak w przekonaniu, że przy następnej okazji złapiemy się na dłuższe posiedzenie. Na Jinjer zaszedłem jedynie po to, by usłyszeć na żywo ich flagowe Pieces, co w temacie tego zespołu w zupełności mi wystarczy. Podobnie szybki przelot zafundowałem sobie z Hatebreed, lecz nie powiem, bym się nie uśmiechnął, widząc krążącą nad publiką olbrzymią Ball of Death – pomysł znakomity w swojej prostocie, rozweselający i angażujący publikę. Znacznie więcej czasu poświęciłem za to kolejnemu występującemu na Park Stage Cradle of Filth. Zespół widziałem co prawda podczas wrocławskiej odsłony zeszłorocznej trasy koncertowej, byłem jednak bardzo ciekaw jak band zaprezentuje się w warunkach festiwalowych. Łatwo nie było, zarówno ze względu na bardzo wczesną porę, jak i niezbyt fortunnie nagłośnienie. Mankamenty przysłonił jednak swoim bezpretensjonalnym urokiem Dani Filth, cechujący się wyraźną autoironią i zabawą formą. Bawiłem się znakomicie. Chciałbym powiedzieć to samo o W.A.S.P, który był jednym z zespołów, jakie przesądziły o mojej tegorocznej obecności w Gdańsku. Wszystko byłoby w jak najlepszym porządku: forma fizyczna Blackiego, zaraźliwa energia sceniczna, odegrany w całości debiut, pięknie brzmiące i zaprezentowane z prawdziwą pasją partie gitarowe – w tej kwestii naprawdę trudno byłoby wycisnąć więcej. Smak życia odbierał mi jednak skutecznie półplayback, którym przez cały koncert nieudolnie posiłkowała się kalifornijska załoga. Pod tym względem spory zawód i odczuwalnie zmącona przyjemność. Autentyczności nie zabrakło na szczęście podczas dwóch kolejnych koncertów. Występ Kinga Diamonda na głównej scenie godny był miana flagowego wydarzenia festiwalu. Dowiódł też przy okazji, jak w niczego nieujmujący sposób radzić sobie z przychodzącą z wiekiem niemocą (mam tu na myśli wokalistkę asystującą Petersenowi w jego najtrudniejszych partiach głosowych). Właściwy rozmach, przepiękna scenografia, cudna setlista, wspaniałe brzmienie. I czysta radość z oglądania Króla w akcji. Z miłością do prezentowanej twórczości, zupełnie wbrew upływowi czasu, swój koncert zagrał też Arthur Brown. Finałowy występ dnia był sztuką z rodzaju tych, na które przychodzi się raczej z ciekawości, by z miejsca zostać wciągniętym w wielobarwną krainę, przed którą kolana uginają się z wrażenia.

King Diamond

Dzień drugi to trzy zaskoczenia, trzy pewniaki i król, ten jeden król. Najpierw Main Stage i nie moje bajki. Zarówno stonerowcy z Green Lung, jak i metalcore’owe (?) Jinjer nie zatrzymali mnie na dłużej niż parę minut, choć na pewno tym drugim nie można odmówić kunsztu. Fajne wrażenie zrobili Kanadyjczycy z Thantifaxath – nie wiadomo kim są i nie wiadomo co właściwie grają, więc super. Hellripper bez zaskoczeń, prawdopodobnie samo dobro w dobrym znaczeniu – niestety nie dało się wytrzymać pięciu minut w ścisku Sabbath Stage vel Sauna Stage. Zaskoczeniem okazał się skład Hatebreed – nigdy ich nie brałam na poważnie, a tu solidna sztuka z odbijaniem balona w publice. Pewniakiem, ale i niejako zaskoczeniem był oczywiście Opeth – widziałam ich może siedem razy i z każdym kolejnym razem upewniam się, że tu będzie zawsze dobrze, swetry trzeba nosić. Fajnie było usłyszeć pierwszy raz na żywo nowości z ostatniego wydawnictwa The Last Will and Testament. I  oczywiście sztandarowe Deliverance, które ponoć było zagrane 1001 raz. Tym samym niezamierzenie przepadło mi Eyehategod i Graphic Nature. Trudno. Cradle of Filth przemilczę, o matko, i klasyfikuję ich jako zaskoczenie, że mogło być aż tak groteskowo. Zupełnie inaczej poszło z W.A.S.P. Chyba znakomita większość mysticowej braci wybrała się na Park Stage w tym slocie czasowym. Ledwo można było się ruszyć w tym tłumie, a musiałam wyjść, bo za punkt honoru obrałam sobie koncert polskiego składu Her i to był strzał w dziesiątkę. Jazzy w taki dzień, w kompletnie innym, w jakiś sposób kojącym repertuarze zadziałały jak plaster. Potem król horroru. Powiedzieć, że był rozmach, to nic nie powiedzieć. Zmieniające się sceny, performance i scenki rodzajowe, wysokie charakterystyczne amplitudy wokalne, złowieszcze maski i miny, jakież to było angażujące! Dacie wiarę, że potężny Duńczyk ma już 69 lat? King Diamond to headliner całego Mystica 2025 i kropka. Nie obejrzałam jednak całości, bo podreptałam pooglądać Blindead23. Publika dorodnie dopisała mimo nieco trudnego czasu koncertu, a ja gratuluję sobie, że zdążyłam na większość setu. Panowie rozkręcili koncert tak jak potrafią najlepiej, brzmiało to i hulało potężnie, bez zbędnych tej nocy ozdobników. Były nowości z Vanising, były sztandarowe podstawy z Affliction, niski, ostry wokal, miód na moje uszy i czarne serce. Na koniec jeszcze Arthur Brown i jego płonąca głowa. Nie mam pojęcia, czy to było przedstawienie, czy cyrk, czy czary-mary, nic z tego nie zrozumiałam i chyba o to chodziło. Świetna rzecz, jak dożyję 83 lat, też będę nosić takie ciuchy i ogram wszystkie zasady, na przykład czasówkę występów. W drodze do wyjścia jeszcze final look na The Bug, i choć większość moich pięknych znajomych zachwycała się dronującym dźwiękiem wiertarki, moja głowa już była na poduszce w domu.

Arthur Brown

Dzień trzeci [red. Synu] Ostatni dzień festiwalu można było z powodzeniem nazwać dniem cover bandów, line-up zakładał bowiem występy m.in. Apocalyptiki, Sepultury, I Am Morbid i Blood Fire Death. Swój jubileuszowy set dla Litany zaprezentował Vader, w kategorii “łzy dla cieniów minionych” można było też rozpatrywać koncert Tiamat. Ale od początku. Dzień zacząłem od wycieczki na główną scenę i koncertu Dark Tranquillity. Choć twórczości Szwedów po 2007 roku nie znam niemal wcale, nic nie poradzę to, że lubię Mikaela Stanne w każdym wydaniu, dzięki czemu nawet nie rozpoznając większości granych numerów, bawiłem się na koncercie goteborczyków bardzo przyzwoicie. Podobne wrażenie zrobiły na mnie dwie thrash metalowe załogi, prezentujące tego dnia swoje wdzięki w B90. Zarówno Death Angel, jak i Municipal Waste dały znakomite występy, zaspokajając tego dnia moje zapotrzebowanie na pełnokrwisty amerykański thrash. Synonimem jakości był też oczywiście Vader – choć czasy świetności i największych triumfów zespół Petera ma już za sobą, to uporu, konsekwencji i zachowania przyzwoitego poziomu nikt nie jest w stanie mu odebrać. Podczas koncertu na Park Stage szczególnie radował mnie widok Mausera, który po latach odpoczynku od grania, powrócił w szeregi pancernej dywizji. To może tak jeszcze reaktywacja Dies Irae? Nikt w końcu nie zabroni marzyć. Pentagram jest dziś w powszechnym internetowym odbiorze znany z memów i filmików prezentujących pocieszne poczynania sceniczne Bobbiego Lieblinga, nikogo nie powinien jednak zmylić ten ironiczny sznyt. Zespół pozostaje bandem pełnokrwistym, rasowym i bardzo wyrazistym. W Gdańsku udowodnił przy okazji, że do odwieszenia rękawic na kołkach jest w jego przypadku jeszcze daleko. Po kwasowym tripie przyszedł czas na zanurzeniu się w rozgrzanej do temperatury wrzenia smole wraz z Blood Fire Death. Przyznam, że trochę bałem się tego występu, bo porywanie się na kult, jakim jest Bathory (nawet w wykonaniu tak znamienitych postaci skandynawskiej sceny bm, jak stojący za tym projektem) wciąż było bardzo ryzykowne. No i pozwoliłem pozytywnie się zaskoczyć, bo okazało się, że muzycy doskonale czują diabelską równowagę między rock’n’rollowym feelingiem, a black metalową sugestywnością, które zawsze charakteryzowały muzykę QuorthonaBlood Fire Death (może poza epizodem z udziałem Nergala, który wyraźnie przeszarżował swój występ) dostarczył mi dokładnie tego, czego zabrakło mi podczas jubileuszowego koncertu Mayhem na zeszłorocznym Summer Dying Loud. Znakomite ożywienie historii i wspaniały hołd złożony ikonicznej postaci okresu, gatunku i sceny. Na drugim biegunie sinusoidy wrażeń znalazły się za to koncerty Apocalyptiki i Sepultury. W przypadku tej pierwszej, znacznie bardziej leżą mi autorskie kompozycje Finów, przez co koncert złożony wyłącznie z utworów Metalliki nie zrobił na mnie większego wrażenia. Sepultura natomiast jest dziś zespołem, który nie jest nawet swoim najlepszym cover bandem. W końcu przyszedł też czas na finał festiwalu, jakim był dla mnie koncert Tiamat. Chociaż zespół wydawał się  w nieco lepszej formie (o ile można mówić w przypadku Johana Edlunda o “lepszej formie”) niż podczas Summer Dying Loud 2022, w występie Szwedów próżno było szukać tej magii i klimatu, namiastkę których udało się wytworzyć w Aleksandrowie Łódzkim. Niezależnie od tego i tak miło było odśpiewać największe hity z okresu Clouds i Wildhoney.

Blood Fire Death

Ostatni dzień Mystica 2025 był dla mnie najbardziej luźny. Oprócz Blood Fire Death Tribute to Bathory nie liczyłam na kołatanie przedsionków i odwiedzałam sceny mniejszymi kroczkami (tym bardziej, że czułam te kroczki bardziej). Na pewno mogę już podsumować, że w tegorocznej edycji nie miałam szczęścia do metalcorów. Landmvrks na scenie głównej, a wcześniej Grove Street na Shrine Stage zlały mi się w jedno. Marna to rekomendacja, więc powstrzymam się od szczegółów. Paleface Swiss i ich deathcore ponownie nie wyrwał mnie z kapci i ponownie pozostawię sobie krytykę na inną okazję. Dopiero Vader sprawił, że kiwnęłam głową raz czy dwa, ale tu nie mogło być inaczej, choć nigdy nie zostanę die hardem tej – jakby nie patrzeć – legendy. Kompletnie odbiłam się od Apocalyptki. Nie wiem co tam chciałam znaleźć, może znajomych, którzy zawinęli się ze mną, krocząc na Pentagram. Oczywiście, że chciałam zobaczyć faceta w cekinach i na obcasach, zachowującego się jak postać z kreskówki, niemniej doszukałam się nawet muzyki, która może nie potargała mi włosów, ale warto było chwilę przystanąć. I zmoknąć. Punktem programu był dla mnie wspomniany Blood Fire Death Tribute to Bathory, który obejrzałam od A do Z, lokując się przypadkiem wśród sympatycznej grupy Szwedów, którzy z namaszczeniem odśpiewywali cały set. Klimat piękny, oprawa fajna, etos w ramkach. Goście, m.in. basista Bathory, Frederick Mellander, Nergal czy Attila Csihar to też miłe akcenty, lubimy takie. Bardzo ciekawie natomiast rysuje się niemal skrajne zróżnicowanie w odbiorze koncertu Sepultury  z setem pożegnalnym. Nie nastawiałam się na nie wiadomo co, a jednak znalazłam się w tej grupie, która daje kciuk w górę. Beneath the Remains, Kairos czy Desperate Cry to strzały prosto w lico i w moim odczuciu „ten nowy”, czyli Derrick Green godnie wypełnił swoją energią główną scenę. Dynamika nie ustawała, to wszystko zadziałało. A może czas się pogodzić, że niektóre czasy przeminęły z wiatrem? Na koniec, mając na uwadze opuszczenie festiwalu na dobre, pokulałam się na kolektyw Johna Cxnnora i tam już zostałam. Sci-fi synth z ejtisowym vibem to wszystko, czego mi było trzeba na finał. Trzech różnych wokalistów, fajne połączenie elektroniki z trapem, techenko w międzyczasie i dziwaczne postacie, snujące się po scenie. I koniec. Finito. Siły ustały.

Sepultura

Na podsumowanie słów kilka o samym festiwalu. Niezależnie od kapryśnej pogody cztery dni Mystic Festival 2025 wypełniły się dobrą, czasem nawet wzniosłą atmosferą. To już stałe miejsce spotkań dobrych znajomych, nowych znajomych, morze wrażeń i pozytywnych emocji. Jak to bywa w przypadku tego typu imprez, nadmiar treści nigdy nie pozwoli odhaczyć wszystkich dostępnych atrakcji, wiele rzeczy chciałoby się też zobaczyć w innej kolejności i na innych scenach, wiadomo jednak, że to już kwestie czysto indywidualne, którymi trudno obarczać organizatorów.

Chociaż powrót do rzeczywistości po tak angażującym emocjonalnie wydarzeniu zawsze jest nie lada sztuką, za pewne pocieszenie można uznać fakt, że na kolejny festiwal o podobnym poziomie nie przyjdzie czekać zbyt długo. Summer Dying Loud, to do ciebie!

Zdjęcia: Dariusz Gracki (wszystkie galerie obejrzycie tutaj)

Joanna Pietrzak
Latest posts by Joanna Pietrzak (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .