Mystic Festival 2024 (Gdańsk)

Dokonało się, Mystic Festival 2024 przeszedł do historii. Po raz trzeci tereny postoczniowe w Gdańsku gościły fanów ciężkich brzmień, zamieniając to wyjątkowo klimatyczne miejsce w bogate miasteczko festiwalowe. Z roku na rok mysticowe centrum nabiera barw, niektóre elementy jak rozkład pięciu scen pozostały stałe, inne lekko się zmieniły, przy czym organizacja Mystic Coalition coraz wyżej stawia poprzeczkę innym wydarzeniom w podobnym anturażu. Cztery dni koncertów, plenerowe superprodukcje światowych sław, undergroundowe niespodzianki, panele dyskusyjne, wystawa zinów, parę stref gastro, hamaki, leżaki, załamanie pogodowe, faceci na biało, baby z brodą – było wszystko. Ten rok w moim odczuciu był bardziej zróżnicowany line-upowo niż poprzednie edycje, w paru miejscach niemal skrajnie, z akcentem na pierwszą część tego zdania. Od ogłoszenia headlinerów – Machine Head, Megadeth, Bring Me The Horizon – do ostatnich minut rozpoczęcia koncertów trwały dyskusje, kto zasłużył na miejsce na głównej, a kto wręcz przeciwnie, kto się wysypie, a kogo ego nie pomieści żadna scena. Ile głów, tyleż opinii, a pomiędzy tym wszystkim zapraszam do mojej skromnej subiektywnej relacji z wydarzenia. Zaczynamy.

Warm-up day, czyli gratka dla beneficjentów karnetów festiwalowych, to w planach dla mnie przede wszystkim koncert Body CountFear Factory na scenie średniej, tj. Park Stage. Dzień na rozgrzewkę to też pierwsza okazja do spotkań z dawno niewidzianymi znajomymi, ogląd sytuacji terenowej, zakup artefaktów festiwalowych i… Nieudanych ucieczek przed deszczem. Oberwanie chmury ledwo po rozpoczęciu koncertów zapędziło spore grono festiwalowiczów na sceny klubowe i fajnie, bo najpierw speed metalowy Hellfuck na Shrine Stage, a potem rodzimi blackmetalowcy z Totenmesse dali popis możliwości w wypełnionych po brzegi salach – ci drudzy niestety ledwo do połowy, bowiem z powodu awarii sieci energetycznej (w całej dzielnicy) na około dwie godziny w klubach zapadła ciemność. Czy był to powód wysokiej frekwencji na Fear Factory? Któż to wie, niemniej sama zostałam tu dłużej niż planowałam. Milo Silvestro, czyli nowy na wokalu, okazał się świetnym, zagrzewającym do ruchu frontmanem. Było sporo kultowego gruzu, jak Replica, Demanufacture, Slave Labour, za to niewiele świeższego materiału. Szaleństwo trwało w najlepsze aż do wycieczki na najmniejszą scenę, gdzie Crystal Lake dwoili się i troili ze swoim metalcorem, interesującym, ale na krótko. Powrót na Park Stage w podskokach, znów w deszczu, był moim punktem honoru, aby w końcu zobaczyć Body Count, których zawsze gdzieś traktowałam jako rozrywkową ciekawostkę. Od slayerowego Raining Blood po hitowy Cop Killer panowie absolutnie zawładnęli sceną i publiką. Czy było równo, czy nagłośnienie nie do końca sprawowało się najlepiej – zostawiam te kwestie tym, którzy szukali na koncercie czegoś innego niż dobrej, porządnej rap-metalowej hulanki. Ice-T nadal TO ma!

Następni w kolejce dla mnie to Suffocation na jednym końcu i Vio-lence na skrajnie drugim. Nigdy nie przepadałam za Suffocation, tymczasem ich set na Dessert Stage został uznany wśród moich towarzyszy za jeden ze zwrotów akcji Warm-up’owego dnia. I nie mam kontrargumentów. Zaś o Vio-lence spod znaku starej szkoły thrashu mogę rzec równie niewiele – było poprawnie. Robb Flynn jako gość w World in a world to miła niespodzianka, serca mi jednak nie skradli. Przemoczona do suchej nitki rzuciłam uchem na Kreatora, zaniecham jednak opisu wrażeń, bo nigdy takowych na mnie nie zrobili, nawet ogromną produkcją koncertu jak na standardy średniej sceny plenerowej. Tym samym pominęłam Villagers of Ioannina City, których parę razy widzieć mi było dane, i bez żalu zakończyłam dzień zerowy.

Dzień pierwszy Mystic Festival 2024 zaczęłam od trójmiejskich space-czarodziejów Ampacity. Panowie ciągle promują ostatni materiał, ale łezka przy Asimov’s Sideburns z ukochanego albumu Encounter One musiała spaść. Jak kontrastowe wrażenia zdołali za to wywrzeć Czesi z Gutalax – łatwo się domyśleć. Z jednej strony cały ich (fekalny) pomysł na siebie jest, powiedzmy, mocno jasny i spójny, i może trudno się nie uśmiechnąć, widząc na scenie pistolet na rolki papieru toaletowego, z drugiej zaś dobrze, że było to krótkie i aż nadto treściwe w tej formule. Choć muszę nadmienić, że spodziewałam się dużo gorszej jakości cepelii. Fajnie wypadł niemiecki rockowy Kadavar, niepotrzebnie zaś zajrzałam na rodzimy Wij, pozostanę jednak bez rozwinięcia tej myśli, to nie dla mnie. Potwornie zanudził Thy Art is Murder (szkoda, naprawdę mi szkoda), aż przyszedł czas na niemiecką machinę Sodom. Punkt po punkcie panowie udowodnili, że nadal mają czym zawstydzić dużo młodszych kolegów. Skromna oprawa, minimum umizgów w stronę publiki, samo gęste i świetnie nagłośnione – tym razem nic mi nie zgrzytało. Żal było mi opuszczać końcówkę, aby zdążyć obejrzeć Dool na Shrine Stage i tu muszę się zatrzymać. Koncert przerósł kompletnie moje oczekiwania. Z płyt – przeciętnie, na żywo – rozjechali emocjonalnie moje czarne serce na kawałki. Wspaniały, doskonale wyważony set, piękne wokale, nawet cover Killing Joke, który zwyczajnie studyjnie mi się nie podobał, odebrałam zupełnie inaczej. Dla mnie to była tzw. topka dnia. Po tak dobrym występie przyszedł czas na pierwsze odwiedzenie sceny głównej, na której już szalał Bruce Dickinson. Istniało ryzyko, że gwiazda z powodu choroby może nie pojawić się na festiwalu, ale koncert doszedł szczęśliwie do skutku, a odziany w swetry, szaliki od stóp do głów Bruce dał z siebie maksimum. Bardzo dobry koncert, trochę nowego z The Mandrake Project, trochę starego z Balls to Picasso, bogaty zespół z przykuwającą oko basistką, drum solo, wszystko się zgadzało. Zmiana optyki na Biohazard za to bardzo mile (znów) zaskoczyła. Zespół wystąpił na Park Stage i zebrał taki tłum, że nie sposób było się ruszyć w żadną stronę. To samo zadziało się podczas Meshuggah czy Heilung w poprzednich edycjach – zupełnie zakorkowane przejście na ponad godzinę. A co się działo na scenie, to już bajka. Biohazard nie posiada najmilszej historii w szeregach grupy, jednak czasy się zmieniają, powroty do korzeni bywają udane i jak się dało odczuć, stara szkoła nowojorskiego HC w oparach rapu ma jeszcze rację bytu. Świetna zabawa i bardzo dobrze poprowadzone show. Następnie marszobieg/przepychanka do Dessert Stage, aby zdążyć rzucić okiem na sludge’owy High on Fire. Coś tu się nie zgadzało technicznie, na scenie chaos, ale może taki miał być. Nie udało mi się zaczepić tu na dłużej, więc pięć kroków obok ruszyłam na islandzki Skálmöld, na który nie udało mi się bliżej dostać, a potem dwa kroki obok rzut ucha na wkurzone dziewczyny z Witch Fever. Skrzeczący kobiecy krzyk na niezbyt szczęśliwych riffach naprawdę się podoba? Jasne, ma to swój urok. Na krótko. Chwila oddechu i wycieczka na głównego bohatera dnia dla mnie, czyli Machine Head. Nie będę się chwalić swoją historią z tym zespołem, mam do nich ogromny sentyment i to się nie zmieni. Tak jak przewidywałam kalkulacja była prosta – numery z debiutu, The Blackening czy Through the Ashes of Empires jak zwykle zrobiły robotę i nawet przaśna konferansjerka Flynna nie zdołała niczego zachwiać. W drugiej połowie setu para trochę opadła, jednak nie można odmówić MH ani technicznej najwyższej jakości, ani utrzymania statusu jednej z największych metalowych legend. Tylko już przestań gadać, Flynn.  Na deser została niespodzianka w postaci Japonek z Hanabie. Wpadłam na Shrine Stage na chwilę, a nie mogłam oderwać wzroku od tych kolorowych, żywcem wyjętych z anime dziewczyn, mimo że ich metalcore(?) jest dla mnie asłuchalny. W czasie zbierania się do powrotu zostali jeszcze Zeal & Ardor, tak zwany pewniaczek. Słyszałam ich już za bramą mysticowego miasteczka.

Drugi dzień festiwalu, to mój dzień! Liczyłam na sprawdzone duże nazwy i zawiodłam się tylko raz, więc bilans uznaję dodatni. Najpierw czołówka polskiego BM, czyli Mānbryne. Z racji wiadomej zespół występuje dość rzadko, więc radzę odwiedzać ich występy, kiedy jest okazja, bo jakość ciągle nie zawodzi. Niechcący pominęłam norweskie Blood Command, które zebrało mnóstwo pozytywnego odbioru, szkoda. W kolejce już czekali Crowbar i Vltimas po drugiej stronie. O ile ten pierwszy wprawił mnie w dobry nastrój, zagrali ten swój niski sludge elegancko, ale i bez zaskoczeń, tak drugi pozostawił mieszane uczucia. Niby wszystko się zgadzało, David Vincent w imażu stracha na wróble dobrze się sprawiał, technicznie bez zarzutu, to jednak zupełnie nie mogłam wejść w klimat, nic a nic. Dalej moje crème de la crème, czyli Life of Agony na głównej. Jak już wszyscy zdążyli orzec, LOA może nie musieli występować na największej scenie i może fajniej wypadliby w klubie, to jednak żaden powód do marudzenia. Mina Caputo entuzjastycznie zarządzała sceną, popłynęło kultowe River Runs Red albo moje ukochane This Time, do końca dynamicznie, w bardzo dobrej formie. Zupełnie nie mogę tego powiedzieć o Leprous, którzy dość niezrozumiale dla mnie zaczęli singlem Have You Ever?, zupełnie wybijającym z metalowego festiwalu. W porządku, można i tak, po to są te różnorodności, jednak znów – w klubie może odebrałabym wszystko lepiej, tymczasem po tak niemrawym początku nie miałam ochoty na więcej i ruszyłam na Mysticum. Ała, industrial black metal? A może techno metal? Tu nie było miejsca na melancholię, a właściwie tu na nic nie było miejsca. Po takich uderzeniach dźwiękiem (skróciłam to sobie celowo) została mi chwila na stonerowe PIGSx7 – słońce, piwko, mozolne riffy – i długa na główną, obejrzeć Paradise Lost. Niestety tu się zadziało niedobrze. Nie wdając się w szczegóły, PL mieli wyraźne problemy techniczne, nie słyszeli się nawzajem(?), Nick Holmes próbował trzymać fason, ale jego miny kierowane do zespołu wiele zdradzały i to nie były raczej ciepłe uczucia. Żal, wielki żal, tym bardziej że kolejny raz miałam pecha widzieć jeden z ulubionych zespołów w tak kiepskim wydaniu. Dalej już samo dobro!

Na Accept z racji sentymentów rodzinnych czekałam z duszą na ramieniu, bowiem nie odwiedzałam takich rejonów muzycznych od lat. Tymczasem nie to, że popłynęły hity (Balls to the Wall na koniec!), które jak się okazało dobrze pamiętam, to jeszcze całość w zaskakująco świetnej jakości – i znów: czemu nie na głównej? Terrorizer pominęłam na rzecz skandynawskiego rocka Graveyard i nie wiem, czy to był najlepszy pomysł, ale ostatecznie nie najgorszy w ogólnikowym znaczeniu – tempo dnia powoli zaczęło dawać o sobie znać. Wycieczka na Megadeth była już wolniejsza niż pozostałe, a w planach były jeszcze dwa pewniaki i kowboje. Rudy bez niespodzianek, a to w tym przypadku plus. Dodatkowe punkty za brak zbędnego zagrzewania publiki do wspólnych harców (halo, Flynn) – atmosfera była wystarczająco podniosła, choć od strony produkcji sam koncert prezentował się dość minimalistycznie. Następnie Furia na Park Stage i tu już ufność, że musi być dobrze. Co ten Nihil wyprawia i jak to się wszystko klei, ach doskonała forma! Na Wayfarer oczywiście mocno się spóźniłam i niestety jestem w stanie powiedzieć aż tyle, że było ładnie. Jeśli Furia to synonim black metalu po polsku, to Wayfarer jako black metal po amerykańsku chyba będzie dostatecznym określeniem. Na ostatki Zamilska, oczywiście świetna. Patrzyłam z zazdrością na jej pełen energii(!) set za konsoletą.

O ostatnim dniu Mystica mam do powiedzenia najmniej. Warto na początek wspomnieć o najszybszej wymianie zespołu na głównej, o jakiej świat nie słyszał. Zamiast Wargasm w ostatniej chwili wskoczyli trójmiejskie łobuzy z Mùlk. Ze smaczków tej wymiany najciekawsze było to, że panowie nie mieli prób od półtora miesiąca, a koncert zagrali jakby przygotowywali się co najmniej codziennie. Brawo! I dziękuję pan Wargasm. Zróżnicowanie repertuarowe, o którym wspominałam na początku, najbardziej dało się wyczuć właśnie w sobotę. Tego dnia wystąpiło sporo zespołów reprezentujących nowsze fale metalu, te bardziej skierowane do wielbicieli młodszego pokolenia, choć pewnie nie tylko. Wrzucam więc na oddzielną półkę Ghostkid, Until I Wake, Enter Shikari oraz Bring Me The Horizon, nad którymi nie wydam żadnej opinii z racji kompletnie innych upodobań. Nie mogę jednak nie wspomnieć o jeszcze jednym zespole, który cieszy się ogromną popularnością w naszym kraju, a którego fenomenu nie mogę zrozumieć. Na Lord of the Lost specjalnie poświęciłam minuty życia, żeby boleśnie na własnej skórze przekonać się, że nic z tej relacji nie będzie. Mało tego, będę uciekać na samą wieść o tym zespole. Po drugiej stronie barykady wystąpiły zaś tuzy, z Kerrym Kingem na czele. Ciosy nie ustawały, pojawiły się nowości z Idle hands i Where I Reign (nowa płyta wyszła ledwo 17 maja br.), ale też slayerowe Disciple, Raining BloodBlack Magic. Zgoła inne wrażenia miałam po 5 minutach Dark Funeral, którego nie byłam w stanie zdzierżyć z różnych powodów. Na kompletnie innym biegunie znaleźli się brytole z High-Vis na najmniejszej scenie, którzy dosłownie i w przenośni roznieśli ją na strzępy. Przyznam szczerze, że do tego koncertu uważałam ich za biedniejszą wersję Franka Cartera, a tymczasem energia, ogromna wrażliwość i zwyczajnie fajne, chwytliwe piosenki sprawiły, że mały zespół na małej scenie okazał się jednym z najlepszych w całej edycji tegorocznego Mystica. Nie zawiódł również Satyricon, na którym sporo młodzieży mogło lekko dziwić, a jednak widok był bardzo miły. Ostatnim punktem honorowym dla mnie były Blasphemy oraz Chelsea Wolfie. Ekstremalny metal w ciemnym klubie na koniec to wspaniały pomysł, niemniej dark-folkowo-gotycka królowa, która wystąpiła w pięknej oprawie w strugach deszczu. I w ten sposób moja przygoda z festiwalem dobiegła końca.

W przeciwieństwie do początku, podsumowanie będzie krótkie i treściwe: było doskonale! Mystic Festival wyrósł na pięknie zorganizowaną, sprawną i chyba już obowiązkową coroczną ucztę muzyczną dla młodszych i starszych. Chciałabym powiedzieć, że nie wiem, w której grupie uplasuję siebie, jednak powstrzymam się od takowych prób. Co dla mnie miłe, mimo iż spora część trve metalowej braci w licznych internetowych komentarzach nie mogła przeboleć, że są na świecie różne odmiany metalu, przyjemnie mi było obserwować ich zaglądanie na sceny, które wcześniej deklarowali omijać szerokim łukiem. I może o to też chodzi – o radość z możliwości spróbowania czegoś innego. Najwyżej można się uśmiechnąć.

Do następnego!

Zdjęcia: Wiktoria Wójcik

Joanna Pietrzak
Latest posts by Joanna Pietrzak (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)
This entry was posted in Relacje. Bookmark the permalink.