P.O.D. – Warszawa (18.04.2025)

Wyobrażacie sobie lepszy dzień na występ amerykańskiej gwiazdy chrześcijańskiego nu metalu niż Wielki Piątek? Ja też nie. Niemniej bez obaw; wszystkich już teraz obawiających się o ewentualne obranie przeze mnie wysoce nieodpowiedniej dla „prawdziwego metalowca” opcji religijnej grzecznie uspokajam dzień wcześniej oglądałem na żywo sety Moonspell i Dark Tranquillity. Niniejszym zabezpieczyłem się przed ekspozycją na szkodliwy katolicki przekaz, zaś w ostatecznym rozrachunku dwudniowe starcie dobra ze złem, odbywające się wtedy w mojej duszy, zakończyło się raczej przewidywanym rozejmem. Wróćmy jednak do P.O.D. Pochodząca z San Diego grupa zagrała w ciepły kwietniowy wieczór w warszawskiej Progresji, zaś organizatorem kompletnie wyprzedanego koncertu było Winiary Bookings.

Zacznę przewrotnie, bo od omówienia naelektryzowanej atmosfery panującej tego dnia w budynku. Trudno było zauważyć kogoś wyraźnie niepodekscytowanego wizytą muzyków w naszym kraju. Na twarzach nabywców biletów rysowało się utęsknienie spowodowane zapewne wieloletnim omijaniem Polski na europejskich trasach Amerykanów. Cóż, nareszcie nadszedł czas, by dotrzeć do kraju nad Wisłą.

Mimo że kwartet nie próżnuje, promując koncertami wydany ponad rok temu album Veritas, nie oszukujmy się P.O.D. największe triumfy święciło w czasach, gdy MTV pokazywała klipy zachodnich artystów, czyli czasach z punktu widzenia szeroko pojmowanej muzyki rozrywkowej zamierzchłych. Przełożyło się to bezpośrednio na przekrój wiekowy warszawskich widzów. Zero zaskoczeń; przeważali ludzie grubo po trzydziestce, którzy reprezentantami pokolenia kojarzonego z Youth of the Nation przestali być co najmniej półtorej dekady temu. Mierne to pocieszenie, ale sam również jestem millenialsem.

Z powodu ogłoszonego na kilka dni przed wydarzeniem sold outu, w sali panowała niemal tropikalna – duszna i gorąca – atmosfera, i zlane potem były zapewne także osoby oglądające show daleko od sceny, czyli tam, gdzie zazwyczaj bywa nieco luźniej. Wraz ze znajomymi nie wyobrażałem sobie jednak stania w miejscu podczas bangerów takich jak Boom, Satellite czy Southtown, więc ostatecznie udało się nam przecisnąć na odległość kilku rzędów z boku podestu, a konkretniej w okolice wzmacniaczy basowych słynnego Traa Danielsa. O dziwo, oddychać dało się względnie bezproblemowo. Mocarna klubowa klimatyzacja, jak zwykle zresztą, ponownie spisała się na medal.

Jak przebiegł sam występ P.O.D.? Najpierw za bębnami zasiadł Zachary Christopher, muzyk sesyjny wspierający kapelę na żywo odkąd Wuv Bernardo zdecydował się na przerwę od grania w 2021 roku. Wówczas powoli zaczęły przygasać światła, po czym z głośników popłynęło krótkie intro. Chwilę później, w towarzystwie gromkich owacji, na deski Progresji wtargnęli gitarzysta Marcos Curiel oraz wspomniany wyżej Traa. Gdy nareszcie dołączył do nich legendarny Sonny Sandoval, zgromadzeni usłyszeli pierwsze dźwięki rozpoczynające fantastyczne Boom. Dałem się porwać muzyce i tak jak wielu innych fanów amerykańskiej kapeli, natychmiast zacząłem podskakiwać w rytm utworu. Ku memu zaskoczeniu mnóstwo innych osób od razu powyciągało smartfony, nagrywając ekipę w akcji. Podobny widok niezmiennie wywołuje we mnie pewien niesmak, szczególnie gdy mowa o bardzo żywiołowym koncercie, odbywającym się w lokalu pełnym spoconych ludzi. Nie zmienia to faktu, że Polacy dobrze znali słowa refrenu, co wywołało wyraźny uśmiech Sonny’ego do bębniarza.

Zaraz później w Progresji zrobiło się jeszcze głośniej od grupowego skandowania świetnego Satellite. I tym razem nie obyło się bez wszechobecnych smartfonów, ale nie spodziewałem się innego scenariusza. Niemniej stołeczna publiczność nieprzerwanie „dawała radę”, gdyż oprócz skakania oraz śpiewania, co jakiś czas na środku sali formował się regularny moshpit. Jak się później okazało, Sandoval między innymi z tego powodu uraczył nas miłym komplementem, mówiąc o najlepszej publiczności na trasie.

Po Amerykanach kompletnie nie widać żadnego upływu czasu. Sonny wciąż pozostaje w godnej podziwu kondycji. Frontman dawał z siebie 100%, często nie przerywając headbangingu wyjątkowo długimi dredami, nieco wycofany Daniels bujał się do groove’ów swojego basu, zaś Marcos bezbłędnie egzekwował kolejne riffy. To wszystko przez ponad półtoragodzinny set, przerywany jedynie krótkimi przerwami pozwalającymi na złapanie oddechu i bezpośredni kontakt z fanami. Muzycy kilkakrotnie zagrzewali zgromadzonych do wspólnego ole, ole, ole, ole, P.O.D., POD., a nawet dosłownie przekomarzali się z publicznością, informując, że po to grają nowe piosenki, żebyśmy wrócili do domu i ich sobie posłuchali, a także dopytując, czy damy im zagrać koncert do końca wtedy, gdy fani sami zaczynali kolejną rundkę z pociesznym ole na ustach.

Przekrojowy set skrojono w taki sposób, by nowsze kompozycje nie psuły odbioru słynnych klasyków, i na odwrót. Nie mogło zabraknąć bowiem porywającego Sleeping Awake, poruszającego Will You, skocznego Southtown, melodyjnego Afraid to Die z samplami wokalu Tatiany Shmayluk z Jinjer, zaśpiewanego niemalże w całości przez Polaków (!) Youth of the Nation oraz podniosłego Alive połączonego z modlitwą Sonny’ego na sam koniec występu. Znalazło się również miejsce na nieco mniej znane (acz wciąż popularne) perełki, takie jak Addiction czy nawiązujące do muzyki ragga Circles. Trudno mi wyobrazić sobie czyjeś rozczarowanie TAKIM doborem numerów. Dorzucę jeszcze, iż w Set it Off za bębny wskoczył Justice Sandoval, syn frontmana, pełniący na europejskiej trasie zespołu rolę technicznego Zachary’ego Christophera. Nastolatek zachęcony został gorącym dopingiem ze strony publiki, natomiast wspomniany utwór zagrał bezbłędnie, co wokalista skwitował uroczym proud daddy moment, proud daddy moment.

Nie mam wątpliwości, że P.O.D. zapewniło nam iście magiczny, niezapomniany wieczór. Osobiście nie przepadam za Wielkanocą (aczkolwiek uwielbiam tych kilka dni urlopu), jednak niniejszy Wielki Piątek zapamiętam prawdopodobnie do końca moich dni. Ciężko mi rokować, kiedy grupa ponownie odwiedzi nasz kraj, ale z całą pewnością obejrzę ją w akcji jeszcze nieraz. Uwielbiam bowiem, gdy widzę po zespołach uważanych za nieco przebrzmiałe ten sam błysk, który dotychczas przyszło mi oglądać jedynie na skrzętnie wyreżyserowanych wideoklipach. Sonny, Marcos, Traa oraz Zachary zagrali w Warszawie jak głodny, debiutujący zespół, który niczego się nie boi. A ja mimowolnie właśnie takiego głodu poszukuję u muzyków znanych między innymi z tego, że przez lata przyszło im zarobić miliony dolarów plus zjechać świat wzdłuż i wszerz.

Setlista:
Boom
Satellite
Murdered Love
Rock the Party (Off the Hook)
Sleeping Awake
Drop
I Got That
Soundboy Killa
Circles
Addicted
Lost in Forever
I Won’t Bow Down
Beautiful
Will You
Southtown
Afraid to Die
Set It Off (z Justice’m Sandovalem, synem Sonny’ego na perkusji)
When Angels & Serpents Dance
Youth of the Nation
Alive

 

Hubert Pomykała
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , .