Site icon KVLT

Papa Roach: Rise of the Roach Tour – Warszawa (27.01.2025)

Jeśli – podobnie jak ja – należycie do osób, które zapytane o czasy sprzed ćwierćwiecza, w pierwszej chwili myślą o latach 80-tych, ta relacja powstała z dedykacją dla was. Właśnie o tym, jak szybko i nieubłaganie płynie czas, przypomniał mi w ostatni poniedziałek zespół Papa Roach, który zawitał do Warszawy w ramach jubileuszowej trasy Rise of the Roach Tour, celebrując 25-lecie(!) wydania swojej najbardziej znanej (i znaczącej) płyty – Infest. Co warto zaznaczyć, zainteresowanie eventem było na tyle duże, że impreza zaliczyła sold out jeszcze kilka miesięcy przed terminem.

Płyta Infest, która uczyniła z zespołu jedną z największych ówcześnie nazw amerykańskiej sceny nu-metalowej, nierozerwalnie kojarzy mi się z latami pacholęcymi. Okresem, gdy na MTV można było jeszcze posłuchać muzyki, kino rewolucjonizowała trylogia Matrixa, a popołudnia poza kopaniem piłki na osiedlowym klepisku, spędzało się na graniu w Fifę, Tony’ego Hawka, GTA 2 i trzecie Heroesy.

Nie mogłem odmówić sobie przyjemności wzięcia udziału w tak nostalgicznym tripie, nawet kosztem braku znajomości większej części planowanej setlisty, o supporcie z grzeczności nawet nie wspominając.

Poniedziałkową imprezę otworzył set DJski. Dużo o występie Body Jarre’a powiedzieć się nie da, równie dobrze zaprezentowane numery (wśród których poza Metalliką i Slipknotem, wyłowiłem jakieś Panic! at the Disco, Bullet for My Valentine, AFI i 30 Seconds to Mars) mogłyby zostać odegrane ze Spotify’a (bądź – bardziej w klimatach imprezy – Winampa), ale przynajmniej gromadząca się coraz liczniej w Torwarze publiczność miała się do czego pobujać.

Ze zdecydowanie większą pompą odbył się koncert „gościa specjalnego” trasy, którym była grupa Wage War. Występ pochodzącego z Florydy bandu był doskonałym przykładem tego, jak pod kątem wizualnym i nagłośnieniowym powinno się traktować supporty. Imponujące i w pełni zsynchronizowane z muzyką oświetlenie i potężny sound pozwoliły zespołowi zaprezentować swoje atuty w pełnej krasie. O ile oprawa występu wzbudzała uzasadniony podziw, w  kwestii zaprezentowanej stylistyki miałem już nieco bardziej ambiwalentne odczucia. Mimo całkiem skocznej i energetycznej dawki nowoczesnego metalu, pieczone przez Amerykanów ciasto miało, jak na mój gust, trochę za dużo rodzynek. Nieustanne mieszanie i zmiany akcentów między groove metalem, melodyjnym metalcorem, djentem, elektroniką, rapcorem i nowoczesnym heavy metalem z licznymi pokrewnymi, może i miało dowodzić szerokich horyzontów muzycznych grupy, jednak w praktyce, poza efekciarstwem, przynosiło lekko chaotyczny i kanciasty efekt. Sam pewnie szybko nie sięgnę po studyjne dokonania Wage War, ale rezygnując z niepotrzebnego malkontenctwa, mogę uznać, że zespół spisał się w roli supportu wystarczająco skutecznie, by zaostrzyć apetyt na występ gwiazdy wieczoru.

Ta pojawiła się na scenie przy akompaniamencie okrzyków i braw wypełnionej sali Torwaru, rozpoczynając koncert od szybkiego rzucenia dwoma asami w postaci Blood Brothers i Dead Cell (z celebrowanej podczas trasy Infest).

Prędko okazało się, że zespół nie ma zamiaru wyłącznie nurzać się tego wieczoru w przeszłości. Grupa sypała hojnie także nowszymi numerami, wśród których prym wiodły kawałki z  wydanej przed trzema laty Ego Trip. W set liście pojawiły się też numery z Getting Away With Murder (na której poprzestałem regularne śledzenie poczynań bandu), The Paramour Sessions, F.E.A.R i Crooked Teeth.

Przez mieszanie znajomych mi numerów, z tymi kompletnie nieznanymi, karuzela moich wrażeń co rusz kołysała się w przeciwne strony. Niezależnie od tego z uznaniem patrzyłem zarówno na zaangażowanie muzyków, ich formę i świetną dyspozycję, jak i pełną entuzjazmu synergię z publicznością.

Fani oddawali zespołowi z nawiązką, niemal przez cały koncert rozkręcając radosny mosh pit, zderzając się w prowokowanych nieustannie ze sceny ścianach śmierci, czy wynosząc chętnych na rękach w tradycyjnym crowd surfingu. Jacoby Shaddix, jakby nieco zaskoczony entuzjazmem polskich fanów, nie szczędził publice komplementów, z uśmiechem angażując się we wspólną zabawę. Poza przebojową i energiczną twarzą, band zaprezentował w Warszawie także to bardziej emocjonalne i wrażliwe oblicze, jak choćby w tej części występu, gdy na telebimie pojawił się apel, poruszający temat depresji i problemów psychicznych wśród młodych ludzi (połączony z deklaracją przeznaczenia części zysków z trasy na działalność lokalnych stowarzyszeń pomocowych).

Wprawdzie już zasadnicza część koncertu skutecznie zagrała na strunie sentymentu, właściwy powrót do przeszłości grupa pozostawiła dopiero na koniec. Bis złożony w całości z numerów z Infest, prezentowanych na tle fragmentów teledysków i archiwalnych materiałów sprzed ćwierćwiecza, był wyraźnym oczkiem puszczonym w stronę obecnych w hali Torwaru millenialsów. Podczas wspominkowej podróży zespół postanowił uhonorować także inne nu-metalowe składy, odgrywając m.in. fragmenty Blind Korna, My Own Summer Deftones, Break Stuff Limp Bizkit i Chop Suey System of a Down.

I to właśnie ta część występu Papa Roach w pełni wynagrodziła mi poniedziałkową podróż do Warszawy. Odegrane na żywo Between Angels and Insects, Infest, Broken Home i Last Resort uderzyły mnie siłą sentymentu, pozwalając na chwilę ponownie znaleźć się w skórze podrostka. Niezwykle miłe uczucie.


I choć dziś odnajdujemy się w odmiennych muzycznych światach, bardzo miło było przekonać się, że Papa Roach wciąż cieszy się niezwykle dobrą formą, siłą i wytrwałością. Na moje zainteresowanie obecną twórczością zespołu nie ma szans, jednak nie skłamię, jeśli powiem, że poniedziałkowy koncert na powrót zaskarbił im moją szczerą życzliwość i sympatię. Znakomity występ.

Organizatorem wydarzenia było Live Nation.
Autorem zdjęć jest karpiu (pełną fotorelację z koncertu znajdziecie tutaj).

Exit mobile version