Saor, In The Woods…, Imperium Dekadenz, Can Bardd – Poznań (22.04.2025)

Wtorkowy wieczór spod znaku black metalu w poznańskim klubie 2Progi zapowiadał się naprawdę interesująco. W roli głównej Can Bardd, Imperium Dekadenz, In The Woods… oraz danie główne w postaci Saor. „Skład zacny, ale czy oczekiwania będą miały swoje potwierdzenie w koncertowym secie?” – właśnie z taką niewiadomą i nieświadomością wchodziłem do klubu. A na koniec wyszedłem z niego w stu procentach zadowolony.

Nieznany mi dotąd Can Bardd pozytywnie nastroił mnie na danie główne wieczoru. Chłopcy zagrali atmosferyczną wersję black metalu, znakomicie dopasowaną klimatem do Saor. Żeby nie wyjść na kompletnego ignoranta i wczuć się w atmosferę występu, posłuchałem wcześniej kilku nagrań Szwajcarów. Duet na scenie wspomagany był przez doświadczonych muzyków, gitarzystę Nicolasa Bise (występującego również jako koncertowy gitarzysta Saor) oraz drugiego gitarzystę Matthieu Favre i tak naprawdę to dzięki nim ten koncert był udany. Muzycznie nie było jakichś niespodzianek. Ot, rzetelnie odegrane utwory w wersji live. Podczas niemal godzinnego setu Can Bardd zagrali sześć utworów, będących retrospekcją trzech wydanych dotąd albumów. Pojawił się A Gift for Nature z debiutu, pełen ptasich treli, które nastroiły poznańską publiczność na leśne klimaty. Był też m.in. Celestial Horizon, który skutecznie poruszył zebranych.

Kontakt publiczności z muzykami zasługuje na szczególną wzmiankę. Nie było szerokiej fosy, a jedynie bliska i stosunkowo niska scena oraz mizerne barierki, wytyczające granicę. Dzięki temu dialog z publicznością okazał się niezwykle okazały.

Po krótkiej przerwie na scenie zainstalował się zespół, na który ja osobiście czekałem – niemiecki Imperium Dekadenz. Pięcioosobowy skład ledwo się tam mieścił, ale zdecydowanie pozamiatał poznańską publicznością. Mroczne intro, a po nim jazda bez trzymanki. Zaczęli ostro od Bis ich Bin z niesamowitej When We Are Forgotten i to był doskonały początek destrukcji, jaką zaserwowali nam niemieccy blackmetalowcy. Wściekłe riffy, potężna perkusja i niestety ginące w tle klawisze, które miały być podkładem, a były jedynie ledwie słyszalne, i ktoś, kto nie znał do tej pory muzyki Imperium Dekadenz, mógł się tylko domyślać, że w wolniejszych momentach “to coś w tle” to także element muzyki. Niestety, takie są uroki muzycznych podkładów, które kompletnie nie zdają egzaminu w wersji live. Po krótkim wypadzie w stronę przedostatniej płyty zespół zaserwował Awekened Beyond Dreams oraz Aurora z ostatniej najwyżej cenionej przeze mnie Into Sorrow Evermore. W międzyczasie wokalista szalejący na scenie przywitał polską publiczność i z ekscytacją oznajmił, że to ich pierwszy koncert w Polsce, i że nie spodziewał się tak ciepłego przyjęcia. Na koniec Imperium Dekadenz zaserwowali nam Memories… A Raging River oraz kapitalny starszy kawałek Schwarze Walder, a następnie żegnani gromkimi brawami i okrzykami radości zeszli ze sceny, obiecując szybki powrót do Polski. Moim skromnym zdaniem był to najlepszy występ wieczoru i sądząc po reakcji publiczności, nie tylko ja tak uważałem.

In The Woods… to jedni z prekursorów norweskiego black metalu, którzy do formy tej muzyki dorzucili swego czasu niejedną cegiełkę. Jednak tego wieczoru nie spodziewałem się po nich black metalu. Anders Kobro i spółka to starzy sceniczni wyjadacze i doskonale już znają polską publiczność, dlatego nie zdziwił nikogo fakt, że zaczęli mocno od Heart of the Ages z debiutu sprzed 30 lat. To tylko podkręciło atmosferę i publiczność zebraną pod sceną. Na szczególną uwagę zasługiwał wokalista Bernt Fjellestad, który znakomicie dyrygował tłumem zebranym w klubie. Poza tym czyste wokale wychodziły mu zacnie i nie miałem prawa się do niczego przyczepić. Później zespół powrócił na chwilę do albumu Diversum i z niego mogliśmy usłyszeć A Wonderful Crisis oraz magiczny Moments. Resztę występu zajęła promocja ostatniej płyty Otra, z której nad wyraz świeżo zabrzmiały singlowy A Misrepresentation of I i The Crimson Crown. Występ zwieńczył powrót do przeszłości i sprawdzający się niemal zawsze …in the Woods. I tak godzinne przedstawienie dobiegło końca. Czas zatem przyszedł na danie główne – Saor.

Mimo ciepłego przyjęcia, miałem wrażenie, że to nie Andy Marshall z zespołem byli gwiazdą wieczoru. Nie zmienia to jednak faktu, że koncert był naprawdę dobry, bardzo energetyczny i pełen znakomitych smaczków. Piewcy szkockiej natury rozpoczęli mocno, tytułowym utworem z ostatniej Amidst the Ruins, podczas którego pojawiła się zjawiskowa Ella Zlotos z anielskim wokalem i figlarnym fletem. Znakomicie współgrało to z ciężkimi riffami i pulsem bębnów. Pierwszy kawałek łagodnie przeszedł w Echoes of the Ancient Lands i Glen of Sorrow. Magia koncertu trwała w najlepsze, a muzycy dwoili się i troili, by zadowolić polską publiczność. I z pewnością im się udało. Na zakończenie udanego wieczoru Saor zaserwował nam swój klasyk Aura, a ja, zmęczony i wypruty z emocji, opuściłem klub.

zdjęcia Adam Pilachowski

Adam Pilachowski
Latest posts by Adam Pilachowski (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , .