Soulstone Gathering Festival 2023 – Kraków (18-20.05.2023)

Po trzyletniej przerwie, w nieco zmienionej formie i innej lokalizacji (choć wciąż w Krakowie), powrócił Soulstone Gathering Festival. Przez te trzy lata kilka osób notorycznie uświadamiało mnie, jak wielkim błędem była moja nieobecność na poprzednich edycjach organizowanej przez Soulstone Gathering (w tym roku z pomocą Knock Out Productions) imprezy oraz jak bardzo bym się na niej odnalazł. Mając wszystkie te słowa w pamięci, a mocarny lineup tegorocznej edycji przed oczami, uznałem, że czas najwyższy dołączyć do kręgu i po raz pierwszy wziąć udział w tym feście.

Klub Zet Pe Te już nie istnieje, imprezę siłą rzeczy trzeba więc było przenieść gdzieś indziej, a wybór padł, jak łatwo się spodziewać, na sprawdzone koncertowo tereny Hype Parku, czyli Kamienną12. Zastosowano podział na dwie sceny – główną, w miejscu, gdzie odbywają się tu wszystkie większe koncerty, oraz Vintage w mniejszej salce. Na podwórzu na uczestników festiwalu czekały trzy food trucki oraz stoisko z kawą – tak, co by nikomu nie zabrakło siły.

18.05.2023

Soulstone Gathering Festival 2023 otworzyła olsztyńska Krzta, i choć bardzo chciałem w końcu zobaczyć chłopaków na żywo, to wypadek na przeklętej autostradzie A4 i wiążący się z nim dwugodzinny postój uniemożliwił mi dotarcie na chociażby minutę ich występu. Z innymi problemami borykali się Japończycy z Church of Misery, których start został przesunięty na godzinę 1:30. Zacząłem więc od sceny Vintage i otwierającego ją koncertu AcidSitter. Był to pierwszy z zespołów, które dzięki udziałowi w tegorocznej edycji Soulstone Gathering miałem okazję poznać i muszę przyznać, że kwartet wypadł dość obiecująco, choć trochę nierówno. Na plus zaliczyłbym na pewno spokojniejsze i pełne chwytliwych melodii partie, w momentach hałaśliwych było nieco gorzej, choć całościowo i tak był to występ udany. Moją uwagę przykuł również umiejscowiony za plecami członków zespołu ekran z klimatyczną wizualizacją. Niestety nie zostałem pod małą sceną do końca, gdyż chciałem jeszcze dostroić się do koncertu King Buffalo, który miał się rozpocząć na głównej scenie tuż po AcidSitterze.

Niby wiedziałem, jak Amerykanie grają, bo znam dwa ich albumy, ale… czapki z głów – tyle miałem do powiedzenia tuż po tym, jak nowojorczycy skończyli swój set. Tego, co wydarzyło się na Main Stage w ciągu godziny, jaką dostali King Buffalo, nie nazwałbym nawet koncertem. To było niesamowite, niepodrabialne doświadczenie, soniczny wystrzał w kosmos. Trio absolutnie zaczarowało i zahipnotyzowało publiczność, a doskonałe nagłośnienie ich koncertu tylko i wyłącznie ułatwiło wsiąknięcie w płynące z głośników dźwięki. Dołóżcie do tego świetne, psychodeliczne animacje wyświetlane na panelu za perkusistą oraz klimatyczne „soulstone’owe” dekoracje tu i ówdzie – magia, prawdziwa magia. Amerykanie w czwartkowy wieczór rozdali karty i dali zdecydowanie najlepszy występ pierwszego dnia festiwalu (a w zasadzie to nawet całych trzech dni) i wielka szkoda, że w ogóle się skończył. Jedyny minus (oczywiście z przymrużeniem oka) jest taki, że chciałbym, aby grali codziennie gdzieś w Katowicach, tak aby móc codziennie doświadczać ich muzyki na żywo.

Setlista:
Ecliptic (z taśmy)
Silverfish
Hebetation
Loam
Eye of the Storm
Mammoth
The Knocks
Firmament
Cerberus

Czasu na rozpaczanie jednak nie było, bo gdzie indziej trwał już show Sum of R, który z powodu przedłużenia występu Corrosion of Conformity udało mi się jedynie liznąć. Było to jednak ciekawe doświadczenie, mroczna muzyka Szwajcarów (ciężarem budząca we mnie skojarzenia z Amenrą czy Absent in Body) w połączeniu z adekwatną oprawą świetlną była nader intrygująca, niestety tak jak wspomniałem – nie mogłem poświęcić jej zbyt wiele czasu, gdyż nie chciałem przegapić ani chwili z czwartkowym headlinerem. Jeśli o CoC chodzi, to panowie wciąż są w formie i pełni pasji, więc o żadnym odcinaniu kuponów nie ma tutaj mowy. Jak burza przeszli przez setlistę złożoną z największych hiciorów nagranych z Pepperem Keenanem na wokalu, więc ciężko było nie bawić się przy tych utworach przednio (sporych rozmiarów młyn, który szybko uformował się pod sceną zapewne chętnie temu poświadczy). Na dodatek te wszystkie wzmacniacze wtaszczone na scenę spisały się na medal, gdyż głośność koncertu CoC urywała łeb – momentami dosłownie. Miało to jednak swoje mankamenty, bo niestety nie brakowało fragmentów, w których z głośników płynął jeden wielki hałas, z którego trudno było mi cokolwiek wyłowić. Niemniej, jeśli miało być pierdolnięcie (a miało), to było – to się ceni.

Corrosion of Conformity

Setlista:
Bottom Feeder
Paranoid Opioid
Shake Like You
Seven Days
Diablo Blvd.
Senor Limpio
Wiseblood
Who’s Got the Fire
Stonebreaker
13 Angels
Vote With a Bullet
Born Again for the Last Time
Albatross
Clean My Wounds

Wyatt E.

Po krótkiej przerwie na utemperowanie żądzy jedzenia dotarłem pod scenę Vintage, gdzie za sprawą belgijskiego Wyatt E. działa się prawdziwa magia – po raz drugi tego wieczoru. Muzycznie – petarda, niesamowicie transowe, hipnotyzujące drone/doomowe granie, które dzięki orientalnym elementom przeniosło mnie w inny wymiar i nie puściło aż do końca. Sprawdzałem Belgów dość pobieżnie przed festiwalem i są oni kolejnym przykładem grupy, której muzyka zyskuje naprawdę wiele na żywo. Tutaj do ogólnego wrażenia sporą cegiełkę dołożyły również aspekty wizualne ich występu – klimatyczne stroje, mroczne oświetlenie i „tradycyjnie” psychodeliczne animacje na tyłach sceny. Klimat dało się ciąć nożem. W tej kategorii na wysokim poziomie stał również pierwotnie mający zamykać pierwszy dzień eventu występ włoskiej Messy, która na Soulstone Gathering Festival przyjechała w nieco rozszerzonym składzie. Skłamałbym, gdybym napisał, że Włosi przekonali mnie do siebie w stu procentach, choć było w nich coś przyciągającego. Wprawdzie momentami ich show wydawało mi się nieco nazbyt rozwlekłe, jednak momenty takie, jak chociażby zagrany na bis fantastyczny Dark Horse czy możliwość obserwowania zjawiskowej Sary Bianchin, wynagrodziły to na tyle wystarczająco, abym na koniec ich czasu scenicznego miał banana na twarzy.

Setlista:
Blood
Orphalese
0=2
Hollow
Pilgrim
Rubedo
Dark Horse

W międzyczasie wszelkie moje próby załatwienia sobie alternatywnego transportu do domu związane z przełożeniem koncertu Church of Misery zawiodły, finalnie musiałem sobie więc odpuścić zamykających wieczór Japończyków. Ubolewam bardzo, ale może jeszcze kiedyś będzie okazja zobaczyć ich na żywo. Nie zostałem więc również na afterze, podczas którego prezentował się Havaya.

 

19.05.2023

Mając na uwadze czwartkowe perypetie z dojazdem, w piątek dograłem wszystko tak, aby w Krakowie być o wiele wcześniej, niż zakładała to festiwalowa czasówka. Dzięki temu udało mi się bezproblemowo dotrzeć do Kamiennej12 na długo przed otwierającym dzień Spaceslugiem. Wrocławianie rozpoczęli z prawdziwą pompą, zabierając słuchaczy w godzinną, satysfakcjonującą kosmiczną podróż, której dodatkowego sznytu dodawały cuda wyświetlane na ekranie. Cóż – wsiąkłem od pierwszych dźwięków. Smaczkiem był tu też na pewno mash up Grand Orbitera z Supermassive wykonany z gościnnym udziałem Radka Burego z Soulstone Gathering. Ma gardło, oj ma…

Setlista:
Proton Lander
Athmosphere
The Great Pylon Collider
Parahorizon
Grand Orbiter/Supermassive
Half-Moon Burns

 

Stonerror

Następnie nadeszła pora na kolejną nowość (przynajmniej dla mnie) w rozkładówce, czyli szwedzką Gaupę. To znowu znakomity wybór organizatorów – zespół błyskawicznie podbił serca publiczności i spotkał się z niezwykle ciepłym przyjęciem. Szwedzi rozpoczęli od bardzo psychodelicznego intra, po czym zaprezentowali energiczną mieszankę stonera, doomu i heavy psych, której nieobce było mocne przyłożenie. Ogień ten spotkał się z wielkim entuzjazmem uczestników festiwalu – tak wielkim, że chyba nawet członkowie zespołu nie do końca się go spodziewali. Czasu na kontemplowanie show Gaupy jednak nie było, a przynajmniej nie od razu, bo ledwo skończyli, a tu już na scenie Vintage czadu daje lokalny Stonerror. Choć albumy tego składu nie zachęciły mnie do sprawdzenia ich więcej niż raz, to na żywo panowie naprawdę dają radę i słuchanie ich jest prawdziwą przyjemnością – nawet biorąc pod uwagę nieudolną, aczkolwiek na swój sposób urokliwą konferansjerkę Łukasza Mazura. Gratką dla fanów były dwa nowe utwory. Nieobecnych uspokajam – trzymają poziom, poniżej którego Stonerror nie schodzi.

Poziom trzymali również kolejni artyści występujący na głównej scenie, czyli The Devil and the Almighty Blues, którzy w swojej sztuce, jak nazwa wskazuje, odchodzą w nieco bardziej bluesowe rejony. Pod Main Stage spędziłem jednak tylko jakieś dziesięć minut, gdyż rzut oka na festiwalową czasówkę sprawił, że występ Norwegów wytypowałem jako idealny moment na odwiedzenie food trucka z zapiekankami (Funky Zapiekanky, polecam w opór) – niestety z niektórymi potrzebami wygrać się nie da. Z Norwegią było mi na Soulstone Gathering ewidentnie nie po drodze, gdyż odpuściłem również występ eksperymentalnego duetu braci Dagsland, a do chłonięcia muzyki wróciłem dopiero w momencie, gdy na Main Stage wchodzić miało wyczekiwane przeze mnie Blood Ceremony.

Trzeba przyznać, że Kanadyjczycy od momentu wejścia na scenę mieli nas wszystkich w garści, dołączyli również do grona zespołów oczarowanych przyjęciem przez krakowską publiczność. Centralna persona w zespole, czyli  Alia O’Brien była doprawdy znakomita – rewelacyjna wokalnie i znakomicie operująca fletem, co zresztą zostało nagrodzone przez kilka osób dziko pogujących do jej “solówek”. Poderwanie publiki do ruchu przyszło zresztą Blood Ceremony bardzo łatwo, co nie powinno szczególnie dziwić, biorąc pod uwagę świetną setlistę, pełną chwytliwych numerów. Nacisk położono przede wszystkim na trzy ostatnie krążki (z naciskiem na rewelacyjny The Eldritch Dark, z którego usłyszeliśmy aż pięć kompozycji), lecz formacja nie zapomniała również o dwóch pierwszych wydawnictwach. Jak dla mnie był to najlepszy z piątkowych występów i jest to naprawdę spory komplement, gdyż każdy show, w którym tego dnia uczestniczyłem określiłbym jako rewelacyjny.

Blood Ceremony

Setlista:
Old Fires
Goodbye Gemini
Witchwood
Drawing Down the Moon
Ipsissimus
Half Moon Street
Lord of Misrule
Lord Summerisle
Powers of Darkness
Lolly Willows
Oliver Haddo
I’m Coming With You
The Magician

Błyskawiczne przetransportowanie się pod scenę Vintage nie umożliwiło mi zaliczenia całego występu Moonstone, którzy to zaczęli odrobinę przed czasem. Dzień przed rozpoczęciem Soulstone Gathering Festival kwartet wydał swój drugi album, Growth, a ich zamykający mniejszą scenę koncert był dla mnie pierwszą okazją do sprawdzenia nowego materiału na żywo. Niestety ominął mnie świetny Night, gdyż to właśnie nim zaczynali, mogę za to z pełnym przekonaniem powiedzieć, że zaśpiewane wspólnie przez Jana Maniewskiego i Wiktora Kozaka Emerald i Sun na żywo sprawdziły się świetnie. Oprócz tych wałków, do wprowadzenia publiki w trans panowie tradycyjnie użyli Mushroom King oraz Magmy, pomocna okazała się też tematyczna wizualizacja księżyca towarzysząca muzykom, którzy po raz kolejny stanęli na wysokości zadania i zagrali świetny koncert. Cieszy również to, że Panowie nie odgrywają po prostu swoich utworów, ale, jak zauważyłem w kilku momentach, dodają do nich jakieś drobne udziwnienia i nowości.

Setlista:
Night
Mushroom King
Magma
Emerald
Sun

Tyle wrażeń, a to wciąż nie był koniec – został przecież jeszcze headliner drugiego dnia, czyli Uncle Acid and The Deadbeats. Było to moje trzecie spotkanie z Wujkiem Kwasem i zarazem zdecydowanie najlepsze, być może dlatego, że po raz pierwszy Anglicy nie pełnili roli supportu. Mając do dyspozycji pełny wymiar czasowy, zagrali hiciory z każdego ze swoich pięciu albumów i choć tradycyjnie największe szaleństwo ogarnęło tłum podczas nieśmiertelnego I’ll Cut You Down, to doskonale było również na nieco odkurzonym Dead Eyes of London. Sporą cegiełkę do moich wrażeń dołożył zapewne fakt, że całkiem nieźle wokalnie wypadł Kevin Starrs – muszę przyznać, że o ile na płytach Uncle Acid wokal frontmana mi odpowiada, tak na przykład w ubiegłym roku przed Ghost w Pradze mnie drażnił. W piątek w Krakowie wszystko kliknęło tak jak powinno, dzięki czemu mogłem dać się ponieść niczym nieskrępowanej zabawie.

Setlista:
Mt. Abraxas
Mind Crawler
Shockwave City
Death’s Door
Pusher Man
13 Candles
Ritual Knife
Dead Eyes of London
Crystal Spiders
Melody Lane
I’ll Cut You Down
No Return

Jeśli komuś było jeszcze mało zabawy, organizatorzy ponownie zadbali o przygotowanie odpowiedniego afterparty, tym razem prowadzonego przez Favorit89.

20.05.2023

Trzeci dzień tegorocznego Soulstone Gathering Festival odbywał się w nieco innej formule niż dwa poprzednie. Ochrzczono go Showcase – dla kilku polskich zespołów, zasługujących zdaniem organizatorów na więcej uwagi, stanowił okazję do zaprezentowania się szerszej publiczności. Do udziału wytypowano cztery formacje, a całość miał kończyć występ trzeciego headlinera, którym w wyniku problemów z uzyskaniem zgody na wyjazd z kraju muzyków Somali Yacht Club finalnie został francuski Mars Red Sky. Koncerty odbywały się wyłącznie na głównej scenie, co poskutkowało większym luzem w postaci dwudziestominutowych przerw między artystami.

Angrrsth

Na pierwszy ogień wleciał Kryształ, czyli warszawski kwartet, który trudno mi przyporządkować do konkretnej szufladki. Czego tam nie było… post punk, noise rock, shoegaze, zimna fala – wszystko to zmieszane razem i podlane sporym ładunkiem emocji. Brzmi jak coś szalonego i takie właśnie było, a co najciekawsze – słuchało się tego naprawdę nieźle i w wolnym czasie chyba sprawdzę ubiegłoroczny debiut tego składu. Warszawiacy stanowili dla mnie jednak tylko przystawkę (przyjemną, no ale…) przed toruńskim Angrrsth, którego ogłoszenie na trzeci dzień festiwalu przyjąłem z lekkim niedowierzaniem – no bo jak to tak, black metal na Soulstone Gathering? Ano black metal, i to nie byle jaki. Myślę, że podopieczni Godz ov War Productions pokazali coraz liczniej gromadzącej się pod sceną publiczności (na Krysztale frekwencja była… kiepska) dlaczego, jeśli o polski black chodzi, ich miejsce jest na górnej półce. Imponujące możliwości wokalne Hermanna, świetna sekcja rytmiczna i wwiercająca się w czaszkę gitara Grischa na żywo robią jeszcze lepszą robotę niż w studio, a jeśli ktoś lubuje się w nieco podniosłej atmosferze (choć patosu na szczęście się tu nie uświadczy), to podczas występu Angrrsth powinien poczuć się jak w domu. Świetna rzecz!

Setlista:
Krew i trans
A czego tu się bać?
Niebiański pogrzeb
Ciało me wyklęte
Niebyt zmyślony
Pętla
Ostatni akt

Ketha

Jako trzecia na scenę wkroczyła Ketha. Wielkie było moje zdziwienie, kiedy w momencie ogłoszenia udziału zespołu w trzecim dniu festiwalu okazało się, że to ta sama Ketha, którą widziałem w 2018 roku na Metalmanii, ta sama, która wkrótce później zakończyła działalność. Okazuje się, że panowie jakiś czas temu się zeszli, mało tego, zdążyli nawet wydać kolejny album – jakim cudem te wieści mnie ominęły? Nie wiem, ale bardzo mnie to ucieszyło, gdyż wspominałem zespół bardzo dobrze. Na Soulstonie również dali radę – momentami wypadli bardzo transowo, kiedy indziej brutalnie, zawsze świetnie technicznie. Na dodatek numery z wydanego w ubiegłym roku Wendigo ani odrobinę nie ustępują starszym kompozycjom. Mniej entuzjastycznie przyjąłem za to występ Sautrus, choć wydaje mi się, że byłem w znacznej mniejszości, o ile nie jedyny taki. Po kilkunastu minutach spędzonych pod sceną w trakcie ich koncertu jeszcze mocniej podtrzymuję swoją opinię z recenzji ich ostatniego pełnego wydawnictwa – instrumentalnie wypadają zdecydowanie na plus, ale wokal Weno Wintera na żywo okazał się dla mnie jeszcze trudniejszym doświadczeniem niż podczas odsłuchu płyty.

Zaszczyt zakończenia festiwalu (nie liczę tutaj prowadzonego przez ekipę od Red Smoke Festival aftera) przypadł w udziale francuskiemu Mars Red Sky, którzy mimo problemów technicznych w początkowej części występu (ledwo słyszalna gitara Juliena Prasa) dali prawdziwie “soulstone’owy” koncert. Czyli innymi słowy – prawdziwy odlot i całkowite odpłynięcie w dźwięki, jakie Francuzi potrafią wykreować, których kulminacją był oczywiście Strong Reflection. Od momentu, w którym gitara pięknie śpiewającego Prasa wróciła do optymalnej dyspozycji, koncert Mars Red Sky wskoczył na wyższy poziom doznań. Poziom, który porównałbym jedynie z ekstazą, jakiej dostarczyli mi panowie z King Buffalo. Co ważne, mniej więcej w połowie, grupa zaprezentowała publiczności nowy utwór – wygląda więc na to, że z obozu Francuzów nadchodzi więcej nowości, po wydanej w kwietniu EPce.

Setlista:
Collector
Alien Grounds/Apex III
Crazy Heart
Reacts
Maps of Inferno
nowy utwór
Marble Sky
Hollow King
Strong Reflection

Ach, cudowny był to festiwal. Teraz, po jego zakończeniu, jeszcze bardziej żałuję, że nie było mi dane wziąć udziału w poprzednich edycjach. Nie wiem, jak organizatorzy to zrobili, ale układając lineup podjęli tylko i wyłącznie słuszne wybory, czyniąc tegoroczną edycję tej zacnej imprezy pozbawioną jakichkolwiek słabych punktów. Niech za ostateczną rekomendację posłuży fakt, że już pierwszego dnia zdecydowałem o udziale w każdej kolejnej. No bo, czy mając w jednym miejscu świetnych ludzi, fajny klimat i tony znakomitej muzyki można chcieć od życia czegoś więcej?


Zdjęcia autorstwa Wiktorii Wójcik. Po więcej zdjęć zapraszamy już wkrótce do naszej galerii.
 

 

 

Łukasz W.
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .