Już od 10 lat lato umiera głośno w Aleksandrowie Łódzkim, niewielkiej mieścinie, która na początku września zamienia się w siedlisko wielbicieli muzyki różnej, z przewagą brzmień ciężkich. Festiwal Summer Dying Loud to niemal obowiązkowy przystanek dla fanów metalu i gatunków pobocznych, który stanowi idealne zwieńczenie festiwalowego okresu letniego, wakacji, urlopu, i tym podobnych punktów docelowych najlepszego okresu w roku, jakim jest schyłek lata. Dla naszej redakcji to również najlepsza i jedna z ciekawszych w ofercie okazja na konfrontację muzycznych gustów, wspólne świętowanie i spotkanie przyjaciół polskiej sceny najróżniejszej maści. Zapraszamy do relacji z kolejnej, świetnie zorganizowanej imprezy Summer Dying Loud 2019!
Dzień I, 6 września – PIĄTEK
15:00 – 15:30 – Tankograd
16:00 – 16:30 – House of Death
17:00 – 17:45 – Entropia
18:15 – 19:00 – Materia
19:30 – 20:30 – Onslaught
21:00 – 22:00 – Aborted
22:30 – 23:45 – Paradise Lost
00:15 – 01:15 – Blindead
red. Łukasz
Ciepłe piątkowe festiwalowe popołudnie rozpoczął warszawski Tankograd. Ci, którzy na występie doomowej załogi postanowili się nie zjawiać (lub z jakichś przyczyn nie mogli) mogą żałować – choć wystylizowany na wojennych żołdaków kwartet spędził na scenie jedynie pół godziny, to w zupełności wystarczyło, aby ich debiutancki Totalitarian trafił na moją listę „do sprawdzenia”. Wprawdzie rozpoczęcie festiwalu powolnymi, doomowymi brzmieniami mogło być odrobinę kontrowersyjne, wszak nie jest to zbyt żywiołowa odmiana metalu, jednak moim zdaniem kapela wyszła z tej sytuacji obronną ręką, za swój występ zbierając oklaski od niestety niewielkiego zbiorowiska spod sceny.
red. Piotr
Entropia mnie zaskoczyła. Dlaczego? Myślę, że przede wszystkim dzięki urozmaiconej setliście. Usłyszałem chyba najlepsze kawałki z wszystkich trzech płyt. Dostaliśmy i typowy post-black, bardziej psychodeliczną odmianę black metalu, jak i totalnie odjechany krautrock. Takie zestawienie prezentowało się wyśmienicie, bowiem widząc na żywo wcześniejszą odsłonę Entropii nie pałałem takim entuzjazmem. A tutaj popadłem w trans i „obudziłem się” po zakończeniu setu dolnośląskiego kwintetu. I tego pozytywnego odbioru nie popsuła nawet pora koncertu, a wszyscy wiemy, że taka muzyka najlepiej „wchodzi” w totalnym mroku.
Onslaught przeszedł bez echa nie wiedzieć czemu, choć powodów może być całkiem sporo – jednym z nich była konsumpcja, kilka spotkań, a następnie gaszenie pragnienia w strefie gastronomicznej.
red. Łukasz
Belgowie z Aborted to już marka, której nikomu siedzącemu w świecie death metalu nie trzeba przedstawiać. Ich studyjne dokonania są brutalne i bezkompromisowe – dokładnie tak jak sceniczne występy. Od pierwszych dźwięków TerrorVision aż do końca mashupu Threading on Vermilion Deception z The Saw and the Carnage Done festiwalowy teren ogarnęła straszliwa jatka. Zespół przechodził przez wszystkie grane utwory jak taran, nie zatrzymując się ani na moment, nie biorąc jeńców, i pozostawiając po sobie jedynie zniszczenie. I wiecie co – podobało się! Belgom w godzinę udało się jeszcze bardziej podsycić mój apetyt na ich październikowy koncert w warszawskiej Proximie.
red. Synu
Ech, Paradise Lost. Nakręcałem się na ten koncert niemożebnie. Dość powiedzieć, że był to dla mnie (pod względem oczekiwań) jeden z najważniejszych występów całego festu. Liczyłem na godny set z numerami z moich ukochanych Icon i Draconian Times na czele, słowem – chciałem zobaczyć Brytoli w formie i dobrej kondycji. Rzeczywistości jednak nie zaklnę i choć jestem w stosunku do tego zespołu mocno nieobiektywny, nie ukryję faktu, że wyszło raczej na pół gwizdka. Szczególnie na początku, który Holmes położył wokalnie dość spektakularnie. Później było na szczęście nieco lepiej, choć do końca raczej zachowawczo i z rezerwą. Szkoda, bo setlista przy lepszym wykonaniu dawała szansę na naprawdę cudny gig. No nic, może następnym razem.
Dzień II, 7 września – SOBOTA
13:00 – 13:30 – Wostok
14:00 – 14:30 – Shodan
15:00 – 15:45 – Red Scalp
16:15 – 17:00 – Major Kong
17:30 – 18:15 – Voidhanger
18:45 – 19:30 – Imperator
20:00 – 21:00 – Lucifer
21:30 – 22:30 – Tribulation
23:00 – 00:30 – Triptykon
01:00 – 01:45 – ROSK
Sobotę rozpoczęliśmy od solidnej dawki rodzimej sceny. Na początek szybkie przetasowanie spod znaku HC od lublińskiego Wostok, który zebrał dość mierną publikę, ale umówmy się – i tak było nie najgorzej, zważywszy na godzinę rozpoczęcia koncertowego dnia. Kolejno na scenę wkroczyli Shodan i ich death metalowa aura w każdym możliwym tego słowa znaczeniu. Poprawnie, ale czy coś więcej? Niekoniecznie na tyle, aby zatrzymać się pod sceną na dłużej. Następnie stonery i rockery w wykonaniu Red Scalp i Major Kong. O ile pierwszy zespół wpadł w fajny trans i zainteresował przede wszystkim dobrymi melodiami, tak drugi odpuściliśmy ze względu na logistyczne zobowiązania.
red. Łukasz
red. Joanna
No właśnie, trzeba było siły i trochę uwagi. O łódzkim Imperatorze może wypada mówić w kategoriach polskiej legendy, znamiona takowej zespół posiada, albo weteranów sceny. Album The Time Before Time (który powstał 28 lat temu!) przez niektórych fanów do tej pory cieszy się uznaniem w śmierć metalowej historii. I jak się okazało publika doskonale wiedziała z czym należy zjadać taki kawał solidnej łupanki. Nie zabrakło więc znanych Eternal Might czy Abhorrence, które otwierają ich jedyny studyjny krążek. Następnie wycieczka przez utwory z ww. albumu i numer Święta wojna na finał. Forma była, pomrukiwania i złowieszcze komentarze ze sceny były, zainteresowania z mojej strony na dłuższą metę brak. Z sentymentu jednak sprawdziłam i nie żałuję, raczej pominę kolejnym razem z premedytacją, mimo że mnie się podobają melodie, które już raz słyszałam.
red. Annika
Ci, którzy przegapili tegoroczną trasę zespołu z przystankami w Poznaniu i Warszawie, mogli nadrobić zaległości na SDL i przekonać się, jak spektakularnie wypada na żywo. Tribulation pokazali, że swobodnie czują się zarówno na deskach klubu, jak i festiwalowej scenie, i na powitanie zagrali Lady Death ze swojego najnowszego albumu. Już podczas pierwszego utworu można się było wsłuchać w charakterystyczne dla Tribulation połączenie przebojowości z dramatyzmem oraz gotyckim klimatem. W dodatku przekrojowa setlista, na której zagościły między innymi rewelacyjna Melancholia, instrumentalne Ultra Silvam oraz wprawiające w zachwyt The Lament zdecydowanie sprawdziła się na żywo. Fantastyczny występ, z którym mogło konkurować jedynie mistrzostwo, jakim na scenie popisała się gwiazda drugiego dnia festiwalu, czyli Triptykon.
Na zakończenie sobotnich wojaży pozostały w zanadrzu stołeczne łobuzy z ansamblu ROSK, którzy zdążyli poważnie namieszać na scenie metalowej w ostatnim czasie. Widać ich dosyć często, a słychać coraz lepiej i za każdym razem z innym polotem. ROSKi zwyczajnie postawili na nogi najbardziej wytrwały tłum pod sceną i zrobili to z właściwą sobie klasą. Kto nie słyszał post black metalu w wykonaniu tychże, musi się pospieszyć i łapać ostatnie koncerty, bo Panowie w takim anturażu i z takim repertuarem (debiutancką Miasmą) występowali przedostatni raz. Za chwilę wychodzi nowa płyta w totalnie innym stylu, ale z podobnym vibem – zimno, smutno, klimatycznie i z wielkim wyczuciem. SDL w sobotę zakończył się tymczasem w oparach wrzasków i trzasków, z iście szatańską energią w pięknej oprawie z wizualami. Było bardzo dobrze! I bardzo zimno!
13:00 – 13:30 – Dante
14:00 – 14:30 – The Dog
15:00 – 15:45 – Tenebris
16:15 – 17:00 – LIK
17:30-18:15 – Belzebong
18:45 – 19:45 – Gold
20:15 – 21:15 – Mustasch
21:45 – 23:00 – Bloodbath
red. Piotr
Po pierwszych niedzielnych występach oczekiwałem sporo. Może aż za dużo. Choć bardzo wyczekiwałem koncertu supergrupy Dante (w skład której wchodzą Łukasz (Antigama), Daray (Dimmu Borgir), Yony (ex-Obscure Sphinx) oraz Majk (PLAN, Noko), i postawiłem sobie za punkt honoru dotarcie pod scenę o 13.00 rano, ostatecznie ta progresywna dawka riffów wymieszana z groovem nie wywołała aż takiego wrażenia, na jakie liczyłem. Zabrakło jakiegoś szaleństwa, przecież wszystko się zgadzało. Może to kwestia tego, iż był to debiutancki występ? Trudno mi jednoznacznie powiedzieć. Nie pozostaje mi nic innego jak poczekać na nowy album, który ma się ukazać jeszcze w tym roku i sprawdzić formę chłopaków podczas klubowego koncertu. Kibicuję!
Z różnych względów, logistycznych, gastronomicznych i organizacyjnych, nie udało mi się skupić na koncercie wrocławskiej formacji The Dog w klimacie HC, choć jako tło nieźle się prezentowali. Niestety zupełnie zawiodłem się podczas koncertu death metalowego zespołu Tenebris. Anonsowany jako legendarny zespół z lat 90. dawał nadzieję na coś ciekawego, do tego nie znałem zupełnie studyjnych dokonań formacji. I chyba już nie poznam. Totalnie nie moja bajka, pora koncertu też dość trudna. Było to dyskusyjne muzyczne doświadczenie od początku, więc po drugim numerze postanowiłem czas spędzić w strefie gastronomicznej.
red. Synu
SDL to nie tylko duże nazwy i sprawdzone załogi. Najlepszym tego dowodem okazali Szwedzi z Lik. Grupa młoda, choć brzmiąca jakby szwedzki dm wyssała z mlekiem matki. Środek dnia, pod sceną raczej luźno, a koncert swoim ogniem i powerem mógł zawstydzić niejednego headlinera. Poznałem ich przy okazji zeszłorocznej premiery Carnage, a koncert w ramach festu tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że warto się tym chłopakom bacznie przyglądać.
red. Łukasz
W to zimne niedzielne popołudnie zdecydowanie potrzeba było przeżyć duchowych i właśnie o tę kwestię zadbał kielecki BelzebonG. Ich występ był dla publiki głodnej stonerowych rytmów (albo po prostu już odczuwającej głód) czymś, powiedzmy, mistycznym. W sunących powoli, jakby leniwo dźwiękach (z RE-WE-LA-CYJ-NYM Pot Fiend na czele) można było zarówno zatracić się, jak i zrelaksować… Po prostu totalny odlot. Panowie przez swoje trzy kwadranse zrobili niezły dym (gra słów zamierzona) i wiem już, że kolejnej okazji na doświadczenie ich koncertu w mojej okolicy na pewno nie przepuszczę. Tym bardziej że wydaje się, iż w ciemnym klubie wrażenia z obcowania z kieleckim walcem będą jeszcze lepsze.
red. Annika
W składzie imprezy zagościły zespoły, których twórczości nie sposób przyporządkować jednemu, ściśle określonemu gatunkowi. Jednym z przykładów był wymykający się normom i utartym schematom Gold. Artyści flirtowali bowiem z przystępnym rockiem, by w następnej chwili przenieść się w oniryczne, hipnotyzujące klimaty i eksperymentować z godną podziwu fantazją. Grupie z Holandii bezbłędnie wyszło zbudowanie intrygującego pejzażu dźwięku, który urzekał podszytym melancholią klimatem. Gęsta ściana dźwięku pomagała zbudować dramatyzm, co po mistrzowsku oddał utwór Taken by Storm, a powtarzające się motywy muzyczne sprawiły, że Please Tell Me You’re Not the Future brzmiało niczym litania przepełniona niepokojem o tytułową przyszłość. Znakomity występ Gold pokazał, że przekazywaniu silnych emocji w muzyce niekoniecznie musi służyć „nawalanka” w postaci growlu przebijającego się przez natłok agresywnych dźwięków. Rozgoryczenie, uczucie pustki i samotność równie dobrze można oddać dzięki oszczędniejszym, bardziej stonowanym środkom i Gold udowodnili, że w tej kwestii mają wiele do powiedzenia. Mimo pewnych niedostatków technicznych, warto było zobaczyć koncert do końca.
red. Synu
Mustasch – choć studyjnie nie śledzę dokonań zespołu od dobrych 10 lat (w pewnym momencie Szwedzi skręcili w zbyt wymuskane i stadionowe jak dla mnie klimaty) na koncercie bawiłem się świetnie. Luzackie podejście, bezkompromisowa zabawa, cudne wykonanie, umiejętność przekazania towarzyszącego zespołowi entuzjazmu – to wszystko zadecydowało o rewelacyjnym gigu. Było tam wszystko, z pianinkiem wtaszczonym na scenę i bourbonem lanym na publikę przez rozzuchwalonego Ralfa Gyllenhammara. Śmiech, taniec, rock’n’roll!
red. Annika
Skoro nadeszła śmierć lata, na koniec musiał wybrzmieć śmierć metal. A żeby godnie uczcić zakończenie festiwalu, scena podczas finału SDL należała do Bloodbath. Wybór zespołu na headlinera trzeciego dnia imprezy okazał się strzałem w dziesiątkę po nostalgicznym niedosycie Paradise Lost oraz ciężkim i smoliście czarnym metalu prezentowanym przez Triptykon. Bloodbath wraz ze swoim bezkompromisowym death metalem świetnie wpasowali się jako ostatni zespół tegorocznej edycji SDL. Widownia szalała już na dobre podczas rozpoczynającego set Fleischmann, a młyn pod sceną rozrastał się w niesamowitym tempie. Kolejne grane z zaciekłością kawałki Chainsaw Lullaby i mocne, singlowe Bloodicide były dodatkowym potwierdzeniem, że zespół świetnie promował swoje zeszłoroczne wydawnictwo i siał spustoszenie najnowszym materiałem. Nie zabrakło również obowiązkowych klasyków, z których szczególne ożywienie wywołały Cancer of the Soul oraz So You Die. Występ Bloodbath zakończyła (dla wielu zbyt wcześnie) kompozycja, w której, jak dla mnie, skomasowała się miażdżąca brutalność death metalu najwyższej próby, czyli niezastąpione Eaten. Refren ochoczo podchwyciła widownia wykrzykująca tekst wraz z Nickiem Holmesem, którego wokal był zdaje się w lepszej formie niż podczas piątkowego występu Paradise Lost. Ostatni niezmordowani fani nie odmawiali sobie zdzierania gardeł, intensywnego headbangowania i uczestniczenia w iście piekielnym pogo, i z pewnością mieliby energię na kilka bisów. Jeśli lato w 2020 ma dogorywać przy takich właśnie dźwiękach, to w moim koncertowym kalendarzu z pewnością znajdzie się kolejny wyjazd na Summer Dying Loud!
Do następnego!
Autorem zdjęć jest Aleksander Honc – Photocoder.pl
- Podsumowanie roku 2025 wg redakcji KVLT - 6 stycznia 2026
- Bryan Adams – Kraków (31.07.2025) - 25 sierpnia 2025
- Mystic Festival 2025 – Gdańsk (4-7.06.2025) - 23 czerwca 2025

