Summer Dying Loud 2022 – Aleksandrów Łódzki (8-10.09.2022)

Jesień nastała w pełnej krasie. Po letnich beztroskach i festiwalowym szale nie pozostał nawet kurz, ale za to wspomnienia nadal są żywe! Pożegnanie lata w roku 2022 kvltowa redakcyjna zgraja tradycyjnie świętowała w Aleksandrowie Łódzkim na kolejnej, XIII już edycji Summer Dying Loud. Organizatorzy festiwalu i tym razem zadbali o wspaniałą atmosferę, bogaty line-up, tegorocznie urozmaicony o dwie sceny, oraz wydarzenia towarzyszące w postaci fireshow, wystawy prac aż siedmiu artystów, tattoo zone, oraz rodeo dla śmiałków. Trzy dni metalowego święta w plenerze to nigdy nie są rurki z kremem i tak być powinno. Pogoda jak zwykle o tej porze roku była do przewidzenia – słońce, ulewy, mżawki, zimno, ciepło, extra. Organizacja i przygotowanie festiwalu ponownie stawiają SDL na podium najlepszych wydarzeń roku, nie pozostaje nam więc nic innego jak tylko chwalić i nostalgicznie wzdychać. Zapraszamy do relacji z kilku perspektyw, w różnych podejściach i z trzema podobnymi wnioskami: woda w butach, piski w uszach, metal w sercu!


Red. Synu: 

Summer Dying Loud od lat znajduje się w topce moich muzycznych festiwali. O mej sympatii do tego eventu decyduje szereg rzeczy, począwszy od  kameralnego charakteru, przez organizację imprezy, po ciągły rozwój i szukanie dodatkowych form dogodzenia przybyłym do Aleksandrowa słuchaczom. Wyświechtane często frazy „DIY”, „od fanów dla fanów”, „z miłości do muzyki”, akurat w przypadku tej imprezy zdają się prawdziwe i aktualne.
W tym roku organizatorzy postanowili odkuć sobie covidowe ograniczenia lat poprzednich i wjechali na pełnej z trzema dniami koncertów na dużej scenie, kilkunastoma koncertami w sali budynku MOSiR (The Crypt), kinem plenerowym i szeregiem mniejszych imprez.

O moich przygodach w trasie do Aleksandrowa mógłbym napisać sporą nowelę, przejdźmy jednak do najbardziej pozostających w pamięci koncertów, bo to przecież najistotniejsze. Do nich z pewnością zaliczę czwartkowy koncert DVNE, który zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Nie osłabiło go nawet kiepskie nagłośnienie wokali, które ginęły w morzu dźwięków instrumentów i były w zasadzie tylko tłem dla muzycznej podróży Brytyjczyków. Mimo wszystko, wizualnie i dźwiękowo zespół obronił się bardzo dobrze, a sam koncert był dla mnie jednym z dwóch najlepszych (poza Napalm Death, bo te diabły w czwartek rozdały definitywnie) wykonów dnia pierwszego. Z występów w The Crypt warto wspomnieć o Taxi Caveman, który w warunkach i temperaturze bliskiej saunie, dzielnie rzeźbił swój surowy i brudny stoner, gromadząc przy tym pełną salę ludzi. Szacuneczek.

DVNE

Dzień drugi (na szczęście w dużo lepszych warunkach pogodowych niż czwartek) to przede wszystkim mniejsze sztuki, dowodzące, że klasyczny, hołdujący tradycji metal to wciąż prawda i piekło. Myślę tu głównie o Ragehammer, który mimo wczesnej pory zawodowo porozstawiał po kątach, do pieca dołożył pięknie Night Demon, a na poprawkę w drugą skroń cios wyprowadził Grand Magus. Obejrzany z oddali In the Woods.. nie porwał, pełną pulę zgarnął za to Tiamat, serwujac klasyczne kawałki z Clouds i Wildhoney (choć nie powiem, przy Vote for Love też było godnie pląsane). Po występie nie obyło się oczywiście bez miauczenia malkontentów, że to już nie to samo, że Johan Edlund to już cień dawnej chwały i tym podobne kocopoły, jednak prawda jest taka, że Szwedzi wyszli z tej konfrontacji obronną ręką i (nie oszukując oczywiście upływu czasu) zagrali naprawdę na solidnym poziomie. Rozczarowaniem (choć spodziewanym) okazał się natomiast finałowy koncert Tides From Nebula. Próbowałem już kilkukrotnie przywyknąć do nich w formie trio, jednak granie najważniejszych partii gitar z podkładu jest dla mnie kastracją tej muzyki i całkowitym zaprzeczeniem sensowności oglądania ich występów na żywo.

Grand Magus

Trzeci dzień zaczął się od niewesołej absencji, bo Motorowl był jednym z zespołów, na który mocno czekałem. Gdybym jednak wcześniej miał wytypować skład, który choć w części byłby w stanie zrekompensować mi tę nieobecność, to byłaby właśnie pleszewska Hydra. Mimo występu w niewdzięcznej roli zastępstwa, o dość wczesnej porze i w powracającym nad Aleksandrów deszczu, który wygonił spod sceny część słuchaczy, chłopaki poradzili sobie (a jakże) koncertowo. Tańce i śpiewy o miłości i diable w każdych warunkach robią mi znakomicie. Z pozostałych koncertów poprawnie Wij, super poprawnie (nie no, tak naprawdę to znakomicie) Conan i Wolfbrigade, dla urozmaicenia St. John na małej scenie i w końcu powrót na headlinera festiwalu. Z Watain nigdy nie romansowałem jakoś przesadnie, bo zespół od zawsze był dla mnie raczej produktem niż przekaźnikiem wzniosłych treści, i pewnie dlatego sobotni koncert Szwedów nie wiązał się u mnie z przesadną potrzebą zmiany bielizny. Warsztatowo i wizualnie super, jednak poza teatrem i pokazem pirotechniki na pełnej, nie znalazłem niczego, co zmieniłoby mój stosunek do tej grupy. Może kiedyś, choć nie sądzę.

Obejrzanych i zasłyszanych koncertów było oczywiście więcej, nie chcę jednak psuć dzielenia się wrażeniami pozostałym redom. Czy był to najlepszy dotychczasowy SDL? Tak. Czy mimo niełaskawej pogody i kilku mniejszych i większych mankamentów dałbym mu maksymalną notę? Jeszcze jak. Czy widzimy się w przyszłym roku? To chyba oczywiste.


Red. Marcel:

Była to druga edycja SDL, w której dane mi było wziąć udział i z pewnością zapamiętam ją na długo. Festiwal ten bowiem ewoluuje w dobrym kierunku, każdorazowo goszcząc ciekawe (dla mnie) zespoły na deskach swoich scen. Pomimo dużej przeszkody w postaci pandemii koronawirusa, festiwal nie stracił na zainteresowaniu i wciąż przyciąga spragnionych ciężkiej muzyki fanów. Niepodrabialna atmosfera i pewna swojskość SDLa, plus doskonała praca organizatorów, sprawiają, że tam się chce po prostu wracać. Tym razem kilka kapel wyjątkowo wybiło się ponad inne. Do konkretów.

Już po raz piąty miałem okazję widzieć Brytyjczyków z Napalm Death w akcji, a jak dobry jest to zespół na żywo, to wie chyba każdy. Barney Greenway i spółka nigdy nie biorą jeńców, a ich energia sceniczna stoi na najwyższym poziomie. Oparty w większości na ostatnim wydawnictwie grupy set był dość ciekawy, a najbardziej cieszyłem się ze świetnie zagranych klasyków w postaci I Abstain i wieńczącego gig Siege of Power.

Napalm Death

Gruzja to kapela, która nie jest dla każdego, ale na żywo zawsze robi duże wrażenie. Te gałgany wyprawiają na scenie co chcą, mają swój styl, i nic nikomu do tego. Wokaliści to żywioł, nie boją się interakcji z publiką, żartują po swojemu i w swojej konwencji. Kto wie, ten wie. Może minus koncertu na SDL jest taki, że Panowie zagrali dość przewidywalny set, oparty wyłącznie na pierwszych dwóch longplayach. Brakowało materiału z ostatnich wydawnictw grupy. Szkoda.

Holendrzy z Asphyx to prawdopodobnie najwięksi pechowcy tej edycji, jako że przyszło im grać w ogromnej ulewie, przez którą znaczna część fanów skryła się pod parasolami w strefie gastro. Szkoda, bo ich występ był kapitalny, a wokal Martina van Drunena brzmiał tego wieczoru fantastycznie. Najnowsza płyta, Necroceros, wypada na żywo bardzo dobrze i już nie mogę doczekać się kolejnego występu tej kapeli w naszym kraju.

Szwedzi z Grand Magus po raz kolejny skradli moje serce swoimi heavy metalowymi peanami do nordyckich bogów. Wokal JB Christofferssona potężnie rozbrzmiewał pośród tłumu zebranego pod sceną. Jedyną kwestią, do której mogę się przyczepić to znów set – Szwedzi praktycznie nie zmieniają utworów na swoich koncertach, przez co po raz czwarty słyszałem praktycznie te same kawałki. Niemniej jednak zabawa była przednia!

Główny headliner tegorocznej edycji SDLa, Tiamat, zaserwował nam występ naprawdę solidny. I choć nieraz dało się słyszeć w tłumie głosy, że to już nie ten zespół co kiedyś, uważam koncert Szwedów za udany. Johan Edlund co prawda sprawia wrażenie, jakby każda piosenka, którą odśpiewuje mogła być jego ostatnią, to wokalnie dawał jednak radę. Po jego wybrykach z festiwalu Brutal Assault parę lat temu moje oczekiwania nie były wysokie, ale momentami hipnotyczna atmosfera tego misterium udzielała się nawet największym sceptykom. Świetnie prezentowały się utwory z legendarnych Wildhoney i Clouds, a fajnym dodatkiem do setu okazał się kawałek Vote for Love. Dobrze było zobaczyć Tiamat na żywo w niezłej formie.

Oprócz opisanych przeze mnie powyżej zespołów do gustu przypadły mi również występy Conan, Lasu Trumien, Taxi Caveman, a także Jadu. Największym rozczarowaniem okazał się Watain, podczas którego szwankowało nagłośnienie – gitary praktycznie nie istniały, a wokal Erika Danielssona był zbyt głośny. Niemniej zawód koncertem Watain nie jest w stanie przyćmić świetnej zabawy, jaka miała miejsce na terenie festiwalu. Aleksandrów Łódzki opuściłem w świetnym nastroju. Z niecierpliwością czekam na to, co przyniesie przyszłoroczna edycja!

Watain


Red. Łukasz:

Aby nie powtarzać podobnych zachwytów kolegów powyżej, rzeknę o tych, których pominęli. Pierwszym, czwartkowym zespołem, który zapewnił mi prawdziwy zastrzyk energii był warszawski JAD. Kwartet para się hardcore punkiem i mimo tego, że stara się swoją muzykę urozmaicać wplecionymi tu i ówdzie zwolnieniami, to doskonale wiadomo, czego się spodziewać po ich występach. Zagrali szybko i agresywnie, co pobudziło do ruchu część zgromadzonej pod sceną publiki. Na dodatek uczestnicy Summer Dying Loud jako jedni z pierwszych mogli sprawdzić na żywo materiał z drugiego pełnego albumu zespołu.

Drugi dzień tegorocznego Summer Dying Loud rozpocząłem koncertem krakowskiego Only Sons. Było to moje drugie spotkanie z tym składem, pierwsze po zmianie wokalisty i choć ta mała roszada personalna wyszła zespołowi na dobre (nowy frontman daje radę), to muzyka Krakowian nadal nie jest w stanie mnie porwać. Koniec końców był to występ bez historii, o którym przy okazji kolejnej edycji festiwalu nie będę już pamiętał.

Najbardziej interesujący moim zdaniem piątkowy występ odbył się w tak zwanym The Crypt i był dziełem Doli. Image zespołu znacznie zmienił się odkąd widziałem ich na żywo po raz pierwszy, nie zmieniły się za to fenomenalne wrażenia płynące z ich muzyki. Spore zgromadzenie ludu zebrane przy małej scenie zostało absolutnie zaczarowane na niecałe trzy kwadranse, jakie trio spędziło na scenie – i to pomimo drobnych problemów technicznych. Dla zaznajomionych z twórczością zespołu niemałą gratką okazał się zagrany na koniec nowy (lub po prostu dotąd niepublikowany) utwór pogłębiający wrażenie uczestniczenia w szalonej improwizacji muzyków. Zapowiedź nowego wydawnictwa? Jeśli tak, to się jaram.

Występ Moonstone był po Watain moim drugim najbardziej oczekiwanym koncertem na tegorocznym SDLu. Krakowianie są bezbłędni w tym, co robią, zarówno na płytach, jak i na żywo. Szkoda, że dostali tylko trzydzieści minut, co wystarczyło na zaprezentowanie jedynie trzech utworów (Magma, Mushroom King, SulphurEye), jednak podejrzewam, że to niewielkie okienko czasowe okazało się wystarczające, aby grono fanów tej stoner-doomowej formacji się zwiększyło. Również szkoda, że uciekli z merchu szybciej niż na niego przyszedłem. No cóż, nie można mieć wszystkiego.

Pod scenę wróciłem, słysząc wydobywającego się z głośników całkiem przyjemnego hard rocka. Okazało się, że właśnie gra stołeczny Wij, postanowiłem więc dać zespołowi szansę. Pożałowałem tego dość szybko, bo w momencie, kiedy usłyszałem drażniący moje ucho śpiew wokalistki kapeli. Wytrzymałem trzy utwory i udałem się na polowanie na stoiska z merchem, a Wijowi mógłbym dać okejkę, gdyby byli zespołem wyłącznie instrumentalnym.

Wij

Kolejnym wielkim sobotnim wydarzeniem, na które czekałem, był koncert Conan. Anglicy nie zawiedli i absolutnie zgnietli ciężarem swoich doomowo-sludge’owych riffów wszystkich zgromadzonych pod dużą sceną. Udało się to też za sprawą bardzo dobrego nagłośnienia, dzięki któremu gitarowe uderzenie z Liverpoolu można było odczuć z całą jego mocą i intensywnością. Żałuję jedynie tego, że moja znajomość ich dyskografii jest póki co biedna. Na szczęście Panowie dali multum powodów do tego, abym jak najszybciej zaczął to zmieniać.

Tuż po zejściu Conan ze sceny pobiegłem w stronę The Crypt, gdzie swój występ powoli kończył frontowany przez Wojtka Kałużę Las Trumien. Liczyłem na Synod Trupi i ku mojemu wielkiemu zadowoleniu przyszedłem akurat na ten utwór, który w sobotni wieczór zamykał ich seta. Fanem tego składu specjalnie nie jestem, rzeczony utwór jest w zasadzie jedynym chlubnym odstępstwem od tej reguły, dlatego też z mojego punktu widzenia te 8 minut było perfekcyjne.

Niestety w tym roku największe oczekiwania przyniosły największe rozczarowanie, przynajmniej dla mnie. W klubowych warunkach Watain to prawdziwa petarda, niestety w sobotni wieczór i na otwartym powietrzu Szwedzi nie zrobili aż takiego wrażenia, choć nie uważam, aby cała odpowiedzialność za ten rozczarowujący show spoczywała na ich barkach. Niestety zawiodła mnie setlista przygotowana na SDL – brakowało reprezentantów Casus Luciferi, a zbyt wiele czasu poświęcono na utwory z najsłabszej w ich dorobku ostatniej płyty The Agony & Ecstasy of Watain. W dodatku słabo wypadło nagłośnienie – perkusja brzmiała niezwykle kartonowo, a gitary często były za bardzo schowane (na czym bardzo ucierpiał chociażby Malfeitor). Najjaśniejszym punktem (oprócz standardowego ognia na scenie oraz płonącej pochodni rzuconej w tłum zebrany pod nią) występu sobotniego headlinera okazał się świetny Erik Danielsson, lecz sam frontman Watain nie był w stanie wyciągnąć tego koncertu na taki poziom, jakiego należało oczekiwać.


Uzupełniając pofestiwalowe wrażenia kolegów, dodam swoje skromne muzyczne wyróżnienia koncertowe, do których zaliczam kapele o mniejszym zasięgu, niemniej dla mnie najciekawsze. Bez wątpienia podobał mi się koncert Taxi Caveman w czwartek, choć kompletnie odeszłam od stonerów long time ago i to bez żalu. Tu jest jednak pomysł, talent i umiejętności, powtarzając po kolegach po fachu: „najlepszy zespół Rutkosia!”. Okejka idzie też do Fleshworld, tu była nawet krew! …z czoła wokalisty, który katował się mikrofonem, i co raczej nie do końca zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Co kto lubi. Ja lubię ich połamane riffy i technicznie świetną perkę, plus też za fajną oprawę (na pewno robiłaby wrażenie wieczorem). Niemniej miło i sympatycznie poczułam się na koncercie Krzty, którą media niemiłosiernie określają mianem polskiego Dillinger Escape Plan. A dajcie spokój z tymi polskimi odpowiednikami, Panowie umieją po swojemu i dobrze im to wychodzi. Ostatni ukłon z mojej strony idzie do trójmiejskiego St. John i ich melancholii w wyborowym klimacie z ponurym, depresyjnym wokalem Janka Galbasa na czele. Headlinersko bardzo ładnie, ale bez oniemienia – biegałam wzrokiem za biegającym Barneyem Greenwayem z Napalm Death, wynudziłam się na Tiamacie, i trochę zawiodłam na Watain, ale potańczone było.

Fleshworld


Red. Piotr o organizacji:

Cóż, to kolejna pięknie i doskonale zorganizowana edycja SDLa. Nie zabrakło stoisk z merchem, strefa gastro i alko w pełni satysfakcjonująca. Konferansjerka jak zwykle należała do Remigiusza Mielczarka (Sacriversum), były konkursy, nagrody, wizytacja władz miasta. Bardzo fajnym pomysłem było podzielenie line-upu na małą i główną scenę oraz dobrze wypadły tak zwane sety zamykające poszczególne dni, czyli ostatnie odpowiednio dobrane koncerty albo dla wyciszenia, albo już tylko dla wytrwałych. Działało również kino plenerowe, przy czym frekwencja podczas niezbyt już ciepłych wieczornych posiedzeń była całkiem nie najgorsza. Wszystko działało bez większych zarzutów, a przesunięć czasowych czy poważniejszych dźwiękowych problemów na koncertach nie zarejestrowano. Trzeba kolejny raz przyznać, że mamy w Polsce świetny i w pełni profesjonalny festiwal muzyki metalowej.

Tiamat


I to by było na tyle. Do następnego!

Zdjęcia: Aleksander Honc

Joanna Pietrzak
Latest posts by Joanna Pietrzak (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .