Summer Dying Loud 2023 – Aleksandrów Łódzki (8-10.09.2023)

Lato umarło głośno po raz czternasty! Aleksandrów Łódzki ponownie zgromadził wielbicieli muzyki ciężkiej, czyli prościej rzecz ujmując – metalu w znakomitej większości, odmienianego przez wszystkie przypadki. Ponownie Summer Dying Loud trwał 3 dni, na dwóch scenach (główna w plenerze oraz The Crypt w budynku MOSiR-u) wystąpiło około 50 wykonawców, dzielnie stawili się wystawcy z bogatym merchem, funkcjonowała strefa sztuki, było miejsce na tatuaż, kultowe rodeo, a nawet palmy. Niezgorsze jedzenie i różne napitki w części z gastronomią oraz wyjątkowo słoneczna pogoda dopełniły rewelacyjną atmosferę festiwalu. Jesień za rogiem, powoli przenosimy się koncertowo do klubów, ale z pewnością z łezką w oku będziemy wspominać najbardziej godne zakończenie lata, jakie można sobie zorganizować. W całościowym podsumowaniu niemal zgodnie pokiwaliśmy głowami, że rodzime podwórko w reprezentacji Hostii, Furii, Manbyrne czy Blindead23 ma się lepiej niż świetnie, a mniej oblegani przez publikę Czerń, Mag, Ketha dali fantastyczne koncerty. Pospieraliśmy się o Katatonię i Dismember, pląsaliśmy na Grave Pleasures, tłumnie obejrzeliśmy My Dying Bride oraz Candlemass, a zaskoczeniem festiwalu okazała się reprezentacja Francji na czele z Seth i Fange. Zapraszamy do obszernej relacji z wydarzenia!

DZIEŃ I

Pierwszy dzień plenerowych festiwalów muzycznych to zawsze zderzenie euforii łamane na entuzjazm z oczekiwaniami na spędzenie najlepszego czasu w znajomym gronie. Od kilku lat odwiedzanie Summer Dying Loud stało się moją świecką tradycją i ukoronowaniem letniej beztroski. Oglądanie koncertów z przyjaciółmi i przeżywanie, tudzież przekomarzanie się, co wyszło lepiej lub gorzej, na SDLu smakuje zawsze wybornie. Ale dość rzewnego wstępu, szybkie konkrety godne zapamiętania z dnia pierwszego z mojego punktu widzenia są dość oczywiste: Blindead23, długo nic, Ampacity, Grave Pleasures, Coroner i E-L-R. Ten pierwszy to dla mnie główny punkt nie tyle dnia, co festiwalu. Reaktywowana do nowego kształtu ekipa, dowodzona przez Mateusza Havoca Śmierzchalskiego, zagrała jedyny w tym roku i premierowy koncert w nowym składzie z nowymi numerami, przeplatanymi tymi dobrze znanymi fanom, ze wszystkich płyt z udziałem Patryka Zwolińskiego. Zaskakujący początek z klimatycznym a7bsence był swego rodzaju inauguracją albo nawet „lekkim” intro do smoły, zafundowanej przez resztę setu, aż do rewelacyjnego finału w postaci Phaze I: Abyss z kultowej już Autoscopii. Były wizuale, były aż trzy gitary, w tym swoisty taniec Havoca, były świetne, depresyjne, mocne wokale Zwolińskiego i kontrastujący miękki śpiew Rogera Öjerssona (Katatonia). Z nową odsłoną zespołu musimy się jeszcze trochę oswoić, ale core pozostał, z pewnością się polubimy. Z rodzimej sceny na pewno warto było sobie przypomnieć, czemu Ampacity mają to „coś”, czego brak innym space rockowym kolektywom, trudzącym się w utrzymaniu uwagi na utworach. Zupełnie z innej bajki Czerń miała zaś strasznego pecha – zagrali 3 numery i na scenie głównej padł prąd. Nic to jednak, jak się potem okazało organizator zapewnił im czas sceniczny w sobotę o 12.00. I tak to się robi! O ile doskonale się poczułam na Coronerze (było nowe, a i akcenty z Grin), tak odbiłam się zupełnie od fatalnie nagłośnionego Enslaved. Tak się nie robi.

Red. Synu

Pisząc ten tekst, czuję się jak trendsetter, którego powtarzany od lat postulat uznania Summer Dying Loud za najlepszy letni festiwal muzyczny w Polsce, słyszany jest w coraz głośniej i w coraz szerszych kręgach odbiorców. Z tą różnicą, że to nie moja działalność promocyjna, a sam event sumiennie buduje z roku na rok swoją markę, przeskakując każdorazowo poprzednio zawieszoną przez siebie poprzeczkę. W tym roku line-up mógł z powodzeniem konkurować z niejednym większym i bardziej dochodowym wydarzeniem, nie tracąc jednocześnie nic ze swojskiego, kameralnego i rodzinnego charakteru.

Pierwszy dzień rozpoczął się dla mnie dopiero wraz z występem Entropii. Muzycznie (mimo wczesnej pory) super, wizualnie już jednak trochę gorzej. Łapię i rozumiem wyłamywanie się ze standardów, ale stylówka na black metalowy Top One wyszła trochę try hardowo. Dokładnie odwrotnie było za to na Grave Pleasures. Piękni Finowie (na których bardzo liczyłem) wizualnie prezentowali się jak należy, muzycznie było jednak max na 50% możliwości. Nie zagrało do końca nagłośnienie, forma dnia też nie była najwyższa, przez co dopiero w okolicach drugiej części seta zaczęły się prawdziwe tańce – Death Reflects Us miało już właściwy wygar, podobnie jak wykrzyczane beztrosko Joy Through Death na finał. Deficyt wrażeń po Grave Pleasures zrekompensowała na szczęście Linnéa Olsson, której Maggot Heart zagrał świetną sztukę w Krypcie. Choć jestem szalikowcem Szwedki raczej z okresu Beastmilk i (szczególnie) The Oath, jej mniej occult/bardziej rock’n’rollową odsłonę też kupuję w pakiecie. Zmontowany na szybko powrót na gwiazdy wieczoru nie pozwolił niestety na utrzymanie poziomu adrenaliny – Enslaved i Coroner padły ofiarami przewalonego nagłośnienia i spowodowanej nim ściany dźwięku, przez którą lepiej słuchało się ich w okolicach gastro niż pod samą sceną. Powracający na scenę Blindead 23 bez efektu zmiany bielizny, na emocjonalnym instrumencie dużo skuteczniej pograł za to kończący dzień w Krypcie E-L-R. Najlepsze koncerty miały jeszcze nadejść.

Red. Piotr

Tegoroczną edycję SDLa inaugurował dla mnie koncert nieświętej kapeli Hostia (mieszanka death metalu z grindcorem), której dowodzi Pachu – jeden z najbardziej utalentowanych grafików/ilustratorów w naszym kraju. Nagłośnienie było bezbłędne, energia wylewała się ze sceny wprost na zgromadzoną publikę, pośród której znalazł się jeden die hard fan, częstujący zgromadzonych….hostią. Jedyne do czego mógłbym się doczepić to do setlisty. Finalnie koncert zdecydowanie na plus. Następnym wykonawcą, który zameldował się na dużej scenie była Entropia.  Nie będę ukrywał, z nową płytą się nie polubiłem, ale kawałki z poprzednich wydawnictw robią taką robotę, tak wprowadzają w muzyczny trans, że człowiek momentalnie odpływa, aczkolwiek nie pozbyłem się wrażenia, że zespół w kilku miejscach przeciągnął aranż i sztucznie wydłużył set. Pierwszym podejściem do małej sceny miał być występ grupy Trup. Jednak panujący ukrop oscylujący w okolicach 66,6°C spowodował, że w Krypcie wytrzymałem całe 6 sekund. Grindziarzy ze Squash Bowels grających „na dużej” widziałem kilkukrotnie, i tym razem zawieść nie mogli. I nie zawiedli. Enslaved lubię, więc ich występ był jednym z ważniejszych punktów tego festu. Co prawda zabrzmieli dobrze, ale setlista oparta głównie o ostatni album Heimdal (2023) i Below The Lights (2003) była trochę biedna. Finalnie to był dobry występ ze sporym niedosytem. ORM, duński hord, który na ostatniej przedfestiwalowej prostej wskoczył w miejsce Messy, okazał się strzałem w black metalową dziesiątkę. Nie zdążyłem sprawdzić ich twórczości, ale dałem się ponieść fali zachwytów kolegów i teraz mogę powiedzieć, że czasem warto posłuchać rekomendacji. To co się działo na scenie, jest niemalże trudne do opisania. Bardzo intensywny, melodyjny i nieco rytualny black metal na pełnej. Ich muzyka pochłania i nie puszcza. Będąc pod turbo wpływem emocji ORM, postanowiłem sprawdzić E-L-R, który występował w Krypcie. Muzycznie to mieszanka atmo doom metalu z post-metalem. Rewelacyjny wstęp na zbliżający się koncert Blindead23? Tak było!

Red. Marcel

Zespołem, na który czekałem w czwartek z niecierpliwością był fiński Grave Pleasures, w którym się zakochałem po wydaniu płyty Motherblood. Kawałki z tego właśnie albumu wypadały świetnie i niesamowity był ewidentny kontrast, gdy grupa odgrywała jego utwory, a zaraz po nich materiał z najnowszego, dość średnio przyjętego wydawnictwa Plagueboys. Niemniej jednak energiczny występ przypadł do gustu publiczności, która podczas bardziej żywiołowych kawałków nawet rozpoczynała cold waveowy mosh. Bardzo przyjemny koncert, który stanowił wytchnienie dla spoconych i zmęczonych metalowców. Tak zwany „breather” wśród zespołów grających na głównej scenie tegorocznego Summer Dying Loud, przywodzący na myśl jedyny akustyczny kawałek na którymkolwiek z albumów jakiejkolwiek death metalowej ekipy.

Największym wygranym piątku i w ogóle tegorocznej edycji SDL-a była dla mnie natomiast nasza polska Hostia, która weszła na scenę, wywołała niemałą kontrowersję od pierwszej sekundy pojawienia się na niej z powodu swojego – lekko mówiąc – antyklerykalnego image’u, zaprezentowała około 40-minut nieustająco atakującego ucho wewnętrzne każdego zebranego pod sceną fana grindcore’a (pojawił się nawet singalong, w którym publiczność niezwykle chętnie dała się ponieść swoim emocjom – utwór Zajebię cię) i zeszli z niej jako wygrani. Naprawdę fenomenalny występ chłopaków ze stolicy, czapki z głów – zyskaliście nowego fana na długie lata. Wielki plus za dystans i wyróżniający się styl.

Red. Łukasz

Za prawdziwy początek festiwalu uznaję koncert Hostii, której występ koniec końców stał się dla mnie highlightem całej imprezy. Pewna część tego ładunku energetycznego przelanego przez nich ze sceny niestety wyparowała podczas wyczekiwanego przeze mnie z powodu pozytywnych wspomnień z przeszłości koncertu Entropii. Generalnie chłopaki wszystko fajnie, niemniej robotę robiły głównie numery z trzech pierwszych albumów, a skłonność zespołu do zbytniego wałkowania danych motywów skutkowała raczej znużeniem niż odlotem. Złego słowa nie powiem za to o przebojowych Finach z Grave Pleasures. Pozytywne wrażenie pozostawił po sobie również thrashowy Coroner (choć szufladka zobowiązuje i nie zaskoczyli kompletnie niczym) oraz prowadzona przez Mateusza Havoca Śmierzchalskiego nowa inkarnacja Blindead, czyli Blindead 23.

DZIEŃ II

Co to była za pogoda w SDL-owy piątek, ludzie. Oglądanie eleganckiego MAGa na głównej scenie wymagało dużej determinacji, ale opłaciło się, zaś pomysł obejrzenia Datury spełzł na niczym wobec temperatury panującej w Krypcie. Punktem dnia miała być Katatonia, a okazała się nim rewelacyjna Furia (i jaka frekwencja!), zaś totalnym punktem zwrotnym został Fange. Niby z opisu wynikało wszystko: sludge metal, death metal i industrial, widziałam takie rzeczy w różnych konfiguracjach wielokrotnie. Jednak w praktyce Fange to absolutnie czarny koń tego dnia i śmiem powiedzieć, że festiwalu! Dynamika, klimat, ciężar, nawet stage look (te krótkie portki wokalisty!) zagrały doskonale i niespodziewanie zatrzymały mnie na cały set. Później królowała mała scena, na której wybiła się przede wszystkim w świetnej połamanej formie Ketha, nadal promująca ostatnie wydawnictwo. Za to Rome z delikatnym akustycznym setem przyciągnął tyle narodu, że nie dało się do Krypty dostać. Autophagy i Sedimentum zasługują na wyróżnienia, niemniej to tylko dobre koncerty na tle innych tego dnia.

Red. Synu

Piątek miał dla mnie tylko jednego pierwszoplanowego bohatera. Powracająca na scenę po kilku latach niebytu Furia zaprowadziła mnie za rękę do lasu (gdzie zostałem poczęstowany  gorącym wywarem z grzybów i mchu) i na zadymione śląskie hałdy. Nihil i c.o. wciąż mają to coś, a sprezentowany publice w Aleksandrowie koncert życzeń nie tylko pozwolił zedrzeć gardło, ale (podobnie jak nowe utwory) niesamowicie zaostrzył apetyt na listopadową trasę klubową. Wbrew obiegowej opinii, świetny koncert (mimo tylko jednej gitary i z formą wokalną na 3+) zagrała Katatonia. Set zdominowany był co prawda nowszymi rzeczami, ale i tak wybawiłem się dzięki niemu wybornie. My Twin i July na żywo zawsze z serduszkiem na dłoni. W końcu tak jak powinno nagłośniony był koncert gwiazdy wieczoru, czyli Dismember. Była dobra forma, był luz, były żarty o zasiekanych sąsiadkach, było Override of the Overture, Casket Garden i Dreaming in Red – była więc i satysfakcja.

Red. Piotr

Piątkowe zmagania z umierającym latem rozpoczęliśmy od dobrego MAGa i Planet Hell w pełnym słońcu (żar lał się z nieba), a na dobre razem z Motorowl, który miksuje hard rock ze stonerem. Niby całość poprawna, ale bez większego szału, muzyczne konfrontacja z tym zespołem siłą rzeczy zakończyłem szybko kierując się do Krypty. A tam….kolejna pozycja z efektem wow w postaci nieznanej mi dotychczas dolnośląskiej formacji MiR grającej post-black metal. Występ oceniam bardzo wysoko, dzięki czemu „zmuszony byłem” do zakupu ich jedynej w dyskografii, debiutanckiej płyty. Polecam mocno z czarnego serca.

Red. Marcel

Dismember na scenie SDL-a prawdopodobnie zagrali jeden z dłuższych koncertów w swojej karierze. Około godziny i dwudziestu minut bezpardonowego death metalu, just in your face. Zaczęli niesamowicie mocno, ponieważ wielbionym przez wielu i bardzo ważnym w kontekście całego gatunku muzycznego walcem w postaci Override of the Overture, po którym wybrzmiały kolejno wszystkie utwory z legendarnego debiutu Like an Everflowing Stream. Był to koncert, podczas którego grało wszystko – niski, brzęczący bas, niesamowicie agresywne, przesterowane do maksa gitary i niemilknący, gardłowy wokal Mattiego Kärki. Świetnie bawiłem się oglądając Szwedów na scenie, którzy jakby cofnęli się o trzy dekady i spędzali ten wieczór równie dobrze co oglądający ich tłum. I choć wydawało się, że trwało to wszystko zbyt długo, był to zdecydowanie jeden z lepszych koncertów festiwalu. Zakończenie w postaci Dreaming in Red to było naprawdę coś, co będę długo wspominać.

Nie zachwycił mnie występ ich dobrych znajomych z Katatonii. Abstrahując od faktu, że nieobecny był lider szwedzkiej ekipy, Anders Nyström, muzycy – w moim odczuciu – nie potrafili złapać równego tempa, przez co w Aleksandrowie Łódzkim nie pokazali się z najlepszej strony. Mimo że jestem dość dużym fanem tej grupy, był to już kolejny raz, gdy zawiodłem się na nich na żywo – nie oczekuję od Katatonii jakiegoś niesamowitego przypływu energii na scenie, ale ani wokal Jonasa Renkse nie brzmiał tak, jak nas do tego przyzwyczaił, to jeszcze ich set (oparty w głównej mierze na najnowszej płycie, Sky Void of Stars) wypadał bardzo średnio przy tym jak zaprezentowali się następnego dnia muzycy MDB czy Candlemass. I o ile najnowszego dzieła Szwedów w domowych warunkach słucha się przyjemnie, to na żywo ten materiał przynudzał, a monotonne linie wokalne Renkse sprawiły, że liczność tłumu pod sceną na tym koncercie nie powalała. Brakowało klasyków, hitów i bardziej energicznych utworów, poza oczywistym My Twin i wieńczącym występ July z globalnie wielbionego krążka The Great Cold Distance. Piszę to z niemałym smutkiem, ale był to naprawdę średni gig. Cóż, ewidentnie Katatonia to nie jest zespół do festiwalowego grania.

Red. Łukasz

Piątek to oczywiście Kaelan Mikla, Furia i Katatonia, choć trochę czasu poświęciłem również na całkiem przyzwoity sludge’owo-industrialny Fange. Daniem głównym dnia, poza tak zwanymi przechadzkami od sceny do sceny, były dla mnie przede wszystkim trzy zjawiskowe Islandki, które czarowały na The Crypt i choć czarowały jak zwykle pięknie i intrygująco, to jednak nie były w stanie wyczarować cyrkulacji powietrza w przepełnionym pomieszczeniu, przez co po czterech kawałkach, mokry jak szmata do podłogi dałem sobie spokój. Mam nadzieję, że szybko zobaczymy się ponownie w jakimś klubie, w którym będzie się dało oddychać. Na dużej scenie z ciekawości obczaiłem Furię, której wielkim fanem nigdy nie byłem (choć starsze nagrania doceniam), i mimo że nie dołączę po tym występie do grona oddanej Nihilowej armii fanów, to zostałem na całości. Kilka nowych kompozycji z nadchodzącego albumu Huta Luna zwiastowało powrót do korzeni, co jest świetną wiadomością (oby to nie były jedyne takie kompozycje na krążku…), a wirujący wraz z Sarmatami frontman zespołu wywinął (a może raczej wywirował) na scenie przynajmniej jednego pięknego orła, który jednak nie przeszkodził mu w kontynuowaniu maltretowania gitary – no i fajnie! Na pewno fajniej niż na lekko rozczarowującej Katatonii, która zagrała po prostu poprawnie i bez szału – ten ostatni musiałem wygenerować sobie sam, szalejąc przy My Twin. Wynudził mnie za to Dismember, choć do poziomu wykonawczego Szwedów przyczepić się nie mogę, bo po prostu nie ma do czego. Odnosiłem jednak wrażenie, jak gdyby ich koncert trwał grubo ponad dwie godziny, podczas gdy w rzeczywistości była to ledwie połowa tego czasu.

DZIEŃ III

SDL dnia trzeciego to mocne polskie akcenty. O.D.R.A, Gorycz, a potem ARRM, Wieże Fabryk i Mānbryne słuchane zza drzwi przez frekwencyjne piekiełko w Krypcie. Przerwa na oddech wyszła sama. Najpierw Year of the Cobra przypomnieli mi, dlaczego po stokroć wolę Messę, a potem wybrałam się z ciekawości na Attic i niestety nie mogłam wytrzymać 10 minut. Niby-King-Diamond-wannabe śmigało, ale dla mnie po prostu nie. Oj nie. Fajnie wypadli Owls Woods Graves, metal+punk w miłej dla oka i ucha odsłonie, choć chętnie zobaczyłabym ich w klubie lub pod osłoną nocy. Dalej już samo gęste.

Red. Piotr

Lata temu słuchałem Benediction więc z pewną dozą ciekawości podchodziłem do tego koncertu. Niestety się trochę przeliczyłem. Ze sceny wiało nudą, nie polecam ekipy Ingrama na żywo. Diametralnie inne doznania zapewniły pewniaki z My Dying Bride i Candlemass. Na finał zaś powędrowałem do Krytpy, żeby zobaczyć Dödsrit, który wyrwał mnie z kapci. Szkoda, że to był ostatni koncert, po takim soczystym występie mogłoby się jeszcze zadziać, ale to już za rok!

Red. Marcel

Nie będę ukrywać, że do Aleksandrowa Łódzkiego pojechałem w tym roku głównie po to, by po raz pierwszy w życiu zobaczyć majestatycznych Brytyjczyków z My Dying Bride w akcji. I o ile przed koncertem MDB mogłem mieć pewne wątpliwości do tego, czy dadzą sobie radę na żywo, doom metalowcy z Halifax bardzo szybko – ku mojej uciesze – je rozwiali. Ten koncert zdecydowanie pretenduje do miana top 3 całego festiwalu, z dużym wskazaniem na stopień lidera. MDB byli po prostu bezbłędni, zaczynając od brzmienia, atmosfery i na wokalu Aarona Stainthorpe’a kończąc. Kapitalny, przekrojowy i hipnotyzujący set oparty w dużej mierze na klasycznych kawałkach z Turn Loose the Swans, The Angel and the Dark River i Like Gods of the Sun wywarł na mnie ogromne wrażenie – po prostu top! Doom metal w wykonaniu tej grupy po prostu się nie może nudzić pomimo długiego czasu trwania utworów, do czego przyzwyczaili nas Anglicy.

Red. Łukasz

Ostatni dzień festiwalu należał bezsprzecznie do świetnego Candlemass i jeszcze lepszego Manbryne. W przypadku tych drugich strzałem w stopę było jednak umiejscowienie ich w The Sauna… to znaczy The Crypt. Mnóstwo chętnych na zobaczenie tej rzadko koncertującej formacji poskutkowało walką o powietrze oraz ponownie przepoconymi ubraniami. Myślę, że lepszą opcją byłoby wrzucenie ich na dużą scenę na zasadzie podmiany z Owls Woods Graves, po których za sprawą wszelakich polskich mediów muzycznych błędnie obiecywałem sobie całkiem sporo, a w końcu po kwadransie postanowiłem opuścić rejony głównej sceny. Bardzo żałuję również, że naśladujący wokal Kinga Diamonda frontman niemieckiego Attic był tak dobrze nagłośniony.

Red. Synu

Sobotnie historie warte odnotowania zacznę od Attic. Muzycznie i wizualnie bardzo sprawnie, wciąż jednak nie przekonałem się do Kinga Diamonda z wypożyczalni Kingów Diamondów i zabawy Meister Cagliostro w „Twoja twarz brzmi znajomo”. Gdyby frontman kapeli został wyłącznie przy własnych heavy/blackowych wokalach, byłoby na dużo większej petardzie. Przebieżka do Krypty (a raczej sauny) na szybką partię szachów ze śmiercią i najważniejszy klubowy koncert soboty – Mānbryne. Mimo spartańskich warunków, jakościowo, brzmieniowo, muzycznie i wykonawczo – samo dobro. I tylko szkoda tych, którzy nie zdołali wejść do środka, moim zdaniem był to spokojnie koncert na dużą scenę. Na niej za to banda chuliganów z Owls Woods Graves. Blackowo/punkowy poczęstunek siarczystym liściem był dla twarzy jak dobry masaż, sam koncert dowiódł natomiast, że właściwe pokłady energii i żywiołowości, w przypadku tego zespołu uwalniają się dopiero na scenie (tak, tak, listopad czeka). No i chapeau bas za pomysł z merchem – powiewające pod sceną szaliki z charakterystycznym logiem i zapożyczonym od Bruno Schulza mottem kapeli robiły cudną robotę. Kumulacja wrażeń przypadła na My Dying Bride (obiektywnie najlepszy koncert „festiwalowej gwiazdy”, przy The Cry of Mankind i Turn Loose the Swans leżałem emocjonalnie przyciśnięty do gleby) i Candlemass (Epicus Doomicus Metallicus z oryginalnym wokalem to jednak once in a lifetime experience).  Mało? No pewnie, dlatego skoczyłem na poprawiny do Krypty, gdzie francuski Seth dał niespodziewanie jeden z najbardziej kapitalnych koncertów sobotniej sceny festu. Wynosili mnie na noszach.

Trzy dni koncertów, pogaduch, relaksu przemieszanego z wysiłkiem fizycznym, endorfin, satysfakcji i całej palety muzycznych emocji pod nazwą Summer Dying Loud 2023 dobiegły końca przy dźwiękach fińskiego …And Oceans. I tak jak co roku wyjeżdżamy z Aleksandrowa z przekonaniem, że lepiej się już nie da, organizatorzy odpowiadają nonszalanckim „potrzymaj nam piwo”. Jeszcze trochę i pojawią się nowe zajawki co nas czeka za rok. Czekamy i już zaczynamy tęsknić za sezonem letnim!

Do następnego!

Zdjęcia: Aleksander Photocoder Honc & Natalia Krymska (pełne fotorelacje z poszczególnych koncertów wkrótce!)

Joanna Pietrzak
Latest posts by Joanna Pietrzak (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: .