Nie wiem, jak Wam, ale mi w listopad udało się wkroczyć w najlepszy możliwy sposób – koncertowym maratonem w Progresji, na deskach której zdzierałem gardło w ramach trzech muzycznych wieczorów w ciągu czterech dni. Finalnym akcentem tego wspaniałego i zróżnicowanego warszawskiego długiego weekendu był występ folkowej rewelacji ostatnich lat i chyba obecnie najbardziej rozpoznawalnego „towaru eksportowego” Mongolii, oktetu The Hu. Przyznaję, że z twórczością grupy zapoznany byłem bardzo powierzchownie i do czasu koncertu bliżej znanych było mi jedynie kilka utworów, klipami do których Azjaci przebili się do mainstreamu. Na podstawie tego materiału nie byłem nawet do końca pewien, czy szufladka opatrzona inskrypcją „metal folk”, w którą najchętniej pakowani są muzycy z Ułan Bator jest tą najwłaściwszą (dla mnie reprezentowali oni bardziej rock niż metal). Tym bardziej niezwykle ciekaw byłem, na czym polega fenomen grupy, która w ostatnim czasie dokonuje prawdziwie pomyślnego remake’u Wielkiego Najazdu Mongołów na Europę, podbijając festiwal za festiwalem oraz wyprzedając klub za klubem – podczas bieżącej trasy „los” ten spotkał m.in. warszawską Progresję i gdański B90. Warto dodać, że od czasu zaistnienia na Youtube, dorobek The Hu rozszerzył się o dwa pełne albumy, z których ten świeższy – Rumble of Thunder, ukazał się zaledwie dwa miesiące temu. Licznie zgromadzona i osłuchana z repertuarem grupy publika mogła więc oczekiwać prezentacji zupełnie nowego materiału.
Zanim jednak Mongołowie mieli mnie zaskoczyć swoją muzyką, uprzedził ich organizator, który doborem supportu – co tu dużo mówić – rozczarował. W roli rozgrzewacza wystąpił bowiem… dj, a konkretnie – niejaki Dj.Squal. Gdyby ktoś jeszcze się łudził, że była to tylko przykrywka jakiegoś bardziej interesującego projektu, rozczarowałby się podwójnie wraz z pierwszym strumieniem elektroniki wyplutym z głośników. Nikt nie mówił, że będzie łatwo dobrać support do dość specyficznej i ekstrawaganckiej muzyki, jaką wykonują The Hu, jednak zadanie na pewno nie było niewykonalne. Co więcej, odważyłbym się rzec, że sporo kapel folkowych z krajowego podwórka z pocałowaniem ręki przyjęłoby ofertę wystąpienia na tak dużym wydarzeniu, nawet nieodpłatnie, choćby tylko w ramach autopromocji. Szkoda zaprzepaszczonej przez organizatora szansy, a najbardziej szkoda perfidnego i nie wiadomo czym podyktowanego pójścia na skróty, które poskutkowało głównie tym, że sala zaczęła się zapełniać dopiero w przerwie przed występem głównej gwiazdy wieczoru. Jak widać, odbiór wśród bardzo zresztą zróżnicowanych subkulturowo słuchaczy był podobny i nie byłem jedynym, który poczuł się jakby w dobrej restauracji zaserwowano mu pizzę z kartonu.
Punktualnie o 21 wszelkie kontrowersje puścić jednak można było w niepamięć, bowiem na scenie pojawiła się ósemka muzyków z Mongolii. Już choćby ich prezencja – połączenie azjatyckich wojowników i wyznawców rock’n’rolla, a przede wszystkim rozbudowane instrumentarium wskazywały, że będziemy świadkami wyjątkowego widowiska. Potwierdziło się to w kompozycjach, które elektryzującą energią i niesamowitym klimatem przeniosły mnie na szerokie przestrzenie mongolskiego stepu. Należały do nich choćby The Gereg, Shireg Shireg oraz majestatyczny i ciekawie rozwijający się The Great Chinggis Khaan. Bardzo szybko też zrewidowałem swoje przekonania co do przynależności gatunkowej muzyki prezentowanej przez The Hu. Uwierzcie, że chłopakom mocy naprawdę nie brakuje i nazywanie ich zespołem metalowym z pewnością nie jest nadużyciem, co udowodnili, m.in. już w otwierającym set Shihi Hutu, Black Thunder, This is Mongol, a zwłaszcza najmocniejszym w ich repertuarze, doomowym, a wręcz lawirującym na pograniczu black metalu Tatar Warrior, w rytm którego wprowadził słuchaczy tętent koni z głośników i drapieżne okrzyki wokalistów. Oczywiście nie zabrakło też bliższych rockowemu graniu piosenek, takich jak Shoog shoog, Huhchu Zairan, czy najbardziej rozpoznawalne i entuzjastycznie przyjęte przez publikę numery – Yuve Yuve Yu i Wolf Totem, od których zaczynała się wielka muzyczna przygoda The Hu. Z kolei utwory takie jak Triangle czy Bii Biyelgee z powodzeniem mogłyby podbijać stylistycznie bardziej neutralne i spokojne radiowe listy przebojów. Milczeniem nie sposób pominąć „gratisowego” utworu, w ramach którego wybrzmiał cover zespołu Metallica – Sad But True, jednak… z mongolskim tekstem i w rewelacyjnym anturażu rdzennych instrumentów. Cytując słowa maharadży Kaburu z polskiej komedii Hydrozagadka, wybrzmiałe po kultowej scenie z krokodylem Hermanem: Big show! Wielkie widowisko! Gdyby nie trudności obiektywne, powiedziałbym bis!
Pomimo bariery językowej zespołowi doskonale udawało się podtrzymywać kontakt z publicznością, bądź to za sprawą pojedynczych polskich (Dzienkuje, Warschau!) i angielskich zwrotów, bądź nie identyfikowalnych mongolskich zawołań, wobec ekspresji których nie dało się jednak pozostawać obojętnym. Zgromadzeni pod sceną odwdzięczali się niesłabnącym entuzjazmem, czego potwierdzeniem niech będzie fakt, że ilość osób, które niesione na rękach przebyły drogę ze środka sali do fosy pod sceną była wyższa niż na niejednym death metalowym koncercie, w którym brałem udział. Klimatu dodali całkiem licznie obecni w pierwszych szeregach członkowie stołecznej mongolskiej społeczności, którzy przybyli na to jedyne w swoim rodzaju spotkanie z rodakami.
Tym, co bez dwóch zdań należy podkreślić w muzyce Mongołów, jest wyróżniająca się doskonała harmonia typowych rockowych instrumentów – gitary elektrycznej, basowej i perkusji, z instrumentami tradycyjnymi. W rękach dwóch muzyków – Galbadrakha Tsendbaatara i Enkhasaikhana Batjargala zobaczyć mogliśmy morin khuur – instrument strunowy, wykonany z pudła rezonansowego i dwóch strun z końskiego włosia, ozdobiony wystruganą głową konia. Kolejny z muzyków – Temuulen Naranbaatar, grał na czymś w rodzaju dwustrunowej lutni, fachowo znanym pod nazwą tovshuur. Na scenie obecne były też bębny, przypominające dalekowschodnie bębny wojenne – guangu, obsługę których miał za zadanie Unumunkh Maralkhuu. Wokalista grupy – Nyamjantsan Galsanjamts, prezentował nam z kolei umiejętności gry na drumli oraz na tsur – drewnianym flecie z trzema otworami. Dodać należy, że jego obsługa tylko wyglądała na prostą. Jak się później dowiedziałem, grając na nim należy wdmuchiwać powietrze do ustnika ustawionego przy lewym kąciku ust i jednocześnie… śpiewać gardłowo! No właśnie, charakterystyczna sekcja wokalna wykorzystująca śpiew gardłowy – chöömej, robiła naprawdę potężną robotę, zwłaszcza w licznych fragmentach utworów odśpiewywanych unisono przez wszystkich członków kapeli, tworząc tym samym podniosły, iście przedbitewny nastrój.
Członkowie The Hu za sprawą swojej elektryzującej muzyki oraz pełnego energii scenicznego zaangażowania udowadniają, że są doskonałymi ambasadorami swojej ojczyzny, a udział w ich koncercie jest nie tylko pięknym doznaniem artystycznym, ale również ciekawą przygodą, z której dowiedzieć się można wiele na temat wielkiego, a tak nieznanego w Europie kraju centralnej Azji. Mongolska horda z Ułan Bator jest świetnym przykładem na to, że nawet w przesycony wszelkimi treściami rynek muzyczny da się tchnąć powiew świeżości i wyjątkowości. Osobiście ciekaw jestem niezmiernie, jak dalej potoczą się ich losy i z pewnością wypatrywać będę kolejnej okazji, by doświadczyć ich na żywo – tym razem już po zaznajomieniu się z dyskografią.
- Dwa miesiące do koncertu EPICA w Warszawie - 7 stycznia 2026
- Deloraine – Gdynia (27.11.2025) - 29 grudnia 2025
- Arch Enemy, Eluveitie, Amorphis, Gatecreeper – Gliwice (19.10.2025) - 23 października 2025

