Rok 2021 przeszedł do historii. Poprzedni, pierwszy rok pandemiczny, w atmosferze niepokoju przyniósł nam wiele nieprzewidywalnych i trudnych momentów, liczyliśmy jednak naiwnie, że z nowym rokiem wrócimy do normalności. Sytuacja pandemiczna i wszystkie jej konsekwencje niestety nadal nas dotyczą, choć siłą rzeczy zdążyliśmy w pewnym stopniu przywyknąć do różnych rozwiązań i funkcjonowania z wizją niepewności w najróżniejszych dziedzinach życia. W tym roku branża kulturalno-rozrywkowa drgnęła fizycznie, ruszyliśmy na koncerty i festiwale, odwiedzaliśmy małe eventy i spotykaliśmy się na premierach wydawnictw. Mimo że ciągle z trwogą patrzymy na nowe ogłoszenia koncertowe i eventowe, to jednak z nadzieją oczekujemy powrotu wielkich formatów, bezustannie śledząc nowości płytowe na świecie i rodzimych podwórkach. W roku 2021 pojawiło się sporo dobrych i bardzo dobrych albumów, powrócili starzy wyjadacze i pojawiły się interesujące nowinki. W płytowych podsumowaniach naszej redakcji najczęściej wyróżnienia wędrowały do Funeral Mist, Årabrot, Turnstile, The Armed, krajan z Hate, Mānbryne czy Domu Złego, w zestawieniach pojawił się też rodzynek Kaz Bałagane, sporo elektroniki, stonerów, folków… działo się!
Zapraszamy do podsumowania roku 2021 według redakcji KVLT!
Marcin “Mały” Brzeźnicki
Po dziwacznym, ograniczającym życie towarzyskie i zawodowe roku 2020 nadszedł kolejny, który mamy już za sobą. Przyniósł poluźnienia obostrzeń sanitarnych, szczepionki, szaleństwo poglądowe i polityczne. Odnalezienie się w tym wszystkim nie należało do najłatwiejszych zadań, ale na szczęście mam coś, co pomaga w przetrwaniu i utrzymaniu rozumu na odpowiednich torach – muzyka. Pod względem jakości premier, w 2021 roku ukazało się wiele dobrych nowości, sporo bardzo dobrych, ale tych wybitnych niewiele (przynajmniej moje poszukiwania się zawęziły na jedynie kilku). Znalazło się także w katalogach wiele płyt, które uznaje za wielkie nieporozumienia, jak m.in. nowa płyta Limp Bizkit. Na mojej liście nie znajdziecie zbyt wielu „pewniaków”, Hypocrisy, Fear Factory czy Carcass wydali płyty, które mnie nie porwały, a mój ukochany Cannibal Corpse nagrał krążek całkiem koszerny, lecz niemieszczący się w Top 10. Zapraszam do zapoznania się z moją listą, może kogoś z Was zachęcę do sprawdzenia dotąd nieznanej pozycji.
- Aborym „Hostile”. Album ten zawładnął mną na długi czas, miks progresywnych pejzaży wymieszanych z zimnem industrialu ubrany w przebojowe partie wokalne jest tematem zdecydowanie wartym zapoznania. Niegdysiejsi black metalowcy odnaleźli swą ścieżkę w rejonach muzyki ambitnej i złożonej, często nawiązującej do twórczości jednego z moich bogów, czyli Trenta Reznora i Nine Inch Nails.
- Converge and Chelsea Wolfe – „Bloodmoon”. Kolaboracja tych tworów muzycznych po prostu musiała się udać. Złamcore’owcy z Converge zapraszając Chelsea Wolfe, stworzyli album, jaki pozostanie w mej pamięci na zawsze. Mrok, klimat, dobrze ukierunkowana agresja to esencja Krwawego Księżyca.
- Pyrexia – „Gravitas Maximus”. Amerykańscy brutale wdarli się na listę rzutem na taśmę ze swą grudniową premierą. Jestem ich fanem od zawsze, ich produkcje nigdy jeszcze nie pozostawiły mnie obojętnym, aczkolwiek nowa wręcz mnie zmiotła. Panowie odpuścili troszkę hardcore’owe ciągoty, stawiając na slam i brutalny death metal, tworząc prawdziwe groove’ owe, miażdżące przeboje.
- Anneke Van Giersbergen – „The Darkest Skies Are The Brightest”. Mówi się, że stara miłość nie rdzewieje i jest w tym wiele prawdy. Anneke słucham od czasów Mandylion zespołu The Gathering, jej twórczość nie zawsze trafia w moje klimaty, ale większość dzieł dzięki jej uroczemu głosowi i zmysłowi melodii lubię. „The Darkest Skies Are The Brightest” od czasu premiery nie opuszcza mnie w samochodzie, jej piękna prostota i pozytywny wydźwięk są mi najnormalniej w świecie potrzebne.
- Turntsile – „Glow On”. Hardcore zawsze był i będzie ważnym ogniwem w moim życiu muzycznym. Turnstile przeszedł potężną drogę od wydania swojego pierwszego stricte „scenowego” materiału do dnia dzisiejszego. Został zauważony przez majors, a co za tym idzie przez światek metalowy. Mam nadzieję, że „Glow On” nie będzie ostatnim z materiałów, które są mocno związane ze sceną, z której się wywodzą, ponieważ jest to ta siła, która pozwoliła im być tym, kim są teraz.
- Halsey – „If I Can’t Have Love, I Want Power”. Mam słabość do wokalistek pop, a Halsey jest jedną z tych wyrazistych, niebojących się zaskakiwać i pokazywać swoją prawdziwą naturę. Zaczynała jako mało znana wokalistka, a dotarła do serca samego Reznora i jego produkcji. Dało to album przebojowy, ale tajemniczy i nieoczywisty. Szalone pomysły producenta dobrze się przeniknęły z często brutalnymi tekstami artystki. Dodatkowy plus za świetną okładkę.
- Hallowed Butchery – „Deathsongs from the Hymnal of the Church of the Final Pilgrimage” (2021). Spod loga Aesthetic Death wychodzą często bardzo dziwne projekty. Hallowed Butchery trafiło do mnie bez pudła swą złą, sataniczną aurą, kojarzącą się z najlepszymi horrorami. Doom/death metal amerykańskiego projektu jest wielowarstwowy, bogaty w rozwiązania, a dzięki temu nieoczywisty i zaraźliwy.
- KK’s Priest – „Sermons of the Sinner„. Nie wiem jakim cudem K.K Downing nie był w stanie grać w Judas Priest, a jednocześnie dał radę nagrać świetny album dla swojego nowego zespołu. Może to była decyzja manadżmentu? Może sam wolał tworzyć pod nazwiskiem, a choroba stała się tylko wymówką. Nie wiem, za to artysta stworzył album na wskroś heavy metalowy, w stylu, jaki uwielbiam. Zaproszenie Tima „Rippera” Owensa było strzałem w dziesiątkę, jest to wokalista wielu talentów i zawsze mnie bolało, że będzie łączony ze słabymi albumami Judas, wszak to nie jego wina, iż trafił na taki spadek twórczy zespołu. Na Sermons… Tim niszczy, a muzyka zespołu depta to, co pozostało. Moc.
- Lock Up – „The Dregs of Hades”. Dobry powrót mistrzów szybkiej destrukcji. Nie czekałem, a trafiło jak konwój Beaty Szydło w Seicento. Kto lubi dwa pierwsze albumy, ten powinien podejść do najnowszego i dać mu się dobrze przedstawić.
- Na ostatni punkt zostawiam małe „oszustwo”. Ex aequo dwa zeszłoroczne wznowienia. Pierwsze to box Under the Guillotine Kreatora, wydane przez BMG i zawierające klasyczne albumy w formie LP z odnowionym brzmieniem. Piękny zestaw, który długo nie wychodził spod igły. Drugie wznowienie to zespól Damnable i ich kultowy Inperdition. Potężny album, który do dziś w moim odczuciu może być odbierany jako innowacyjny dla gatunku. Totalny wylew agresji i mięsa, który z radością mogłem sobie przypomnieć dzięki Godz Ov War Prod.
Piotr Czwarkiel
Już na początku 2021 roku wiedziałem, która płyta uplasuje się na szczycie mojego muzycznego TOPu. Bez wahania i z ręką na sercu wskazuję Atrocious Filth – „OVV”. Awangarda pełną parą, niebanalne aranże i światowa produkcja. Więcej argumentów można znaleźć w mojej recenzji.
Jak się okazuje nawet i mnie potrafią zaskoczyć death metalowe produkcje. I jak ultrasem Cannibal Corpse nie jestem (a wydali naprawdę zacny album), tak poniższe płyty robią mega wrażenie:
- Creeping Fear „Hategod Triumph„ (dla fanów Immolation, Morbid Angel)
- Godless „States of Chaos” (dla fanów Decapitated).
W black metalu, który uwielbiam jak zwykle nie brakowało mocnych pozycji.
Od początku zostałem kupiony przez:
- Spire „Temple of Khronos„ (wow!)
- Ferriterium „Calvaire„
- Sea Mosquito „Fire, Magic & Venom” (cóż za atmosfera)
- Codex Nero „The Great Harvest of Death” (najciekawszy debiut w PL)
- Jarun „Rok spokojnego słońca”
- Olhava „Frozen Bloom”
Muzyka z przedrostkiem „blackened” również mocno wpasowuje się w mój gust muzyczny, więc nie mogę pominąć dwóch ultra ciekawych płyt, mianowicie:
- 1914 „Where Fear and Weapons Meet”
- Hate „Rugia”
Ukraińską kapelę 1914 śledzę od 2017 roku, kiedy to miałem przyjemność ich widzieć na żywo podczas litewskiego festiwalu Kilkim Zaibu. A tą płytą pokazali, że mają jeszcze sporo do powiedzenia i zagrania na scenie muzyki ekstremalnej. Hate natomiast wypuścił płytę agresywną, szybką, pełną melodii, świetnych partii wokalnych Adama Buszko i kapitalnej gry na perkusji młodego 23-letniego Daniela Rutkowskiego.
Na dokładkę chciałbym wyróżnić dwie pozycje, które mocno różnią się od wszystkich powyższych.
Rosyjski Uratsakidogi, który po furorze klipem do Black Hop II, wiosną wypuścił kolejny długograj pt. „Black Hop. Epos”. Niby jest to kontynuacja kierunku z poprzedniej płyty, bez większych niespodzianek, a jednak całości cholernie dobrze się słucha.
Na koniec muzyczna odskocznia w kierunku niesamowicie klimatycznej muzyki – miksu elektroniki, ambientu i post-rocka w postaci płyty Spoiwo „Martial Hearts„.
Fabian Filiks
Kolejny rok upłynął nam wszystkim w atmosferze chaosu, zastraszania i wszechobecnej niepewności. Niekompetentni przywódcy sprawili, że żyjemy obecnie w iście dystopijnej rzeczywistości. W tych okolicznościach życie artysty, które nigdy przecież nigdy specjalnie nie jest usłane różami, stało się jeszcze trudniejsze. Odwoływane masowo koncerty, paranoja i utrudnienia w podróżowaniu, odbiły się ponownie na wszystkich. Jedynym, choć wątpliwym, plusem całej tej sytuacji jest powszechny wzrost kreatywności i bardzo dużą liczbę premier. Nie w sposób było posłuchać wszystkiego. Dlatego nie odważę się na jakiekolwiek podsumowania czy układanie rankingu. Zamiast tego przedstawię Wam kilka płyt, które najczęściej „kręciły się” w moim odtwarzaczu.
Przez ostatnie dziewiętnaście (sic!) lat Jerry Cantrell koncentrował się raczej na Alice in Chains niż na swojej solowej karierze. Z wielkim entuzjazmem przyjąłem więc płytę „Brighten„, która ukazała się w październiku tego roku. Te lekko ponad 40 minut rasowego rockowego grania. Singlowe „Brighten” i „Atone” to absolutne majstersztyki. Wydaje mi się też, że Cantrell nagrał „optymistyczny” krążek, wbrew temu czego sam doświadczył i co jest naszym udziałem codziennie. Dla mnie „Brighten” to jedna z najlepszych płyt mijającego roku.
Wśród prawdziwego zalewu folkowych ansambli Wardruna jest tym projektem do którego, moim zdaniem, reszta próbuje równać. Projekt Einara Selvika od ponad dekady raczy nas swoją muzyką przenosząc w czasie i przestrzeni. Najnowsze wydawnictwo zespołu, zatytułowane „Kvitravn” to prawdziwy biały kruk w dyskografii Wardruny. I absolutny klasyk w swoim gatunku. Kapitalny utwór tytułowy i zachwycające „Skugge” to jedne z lepszych numerów jakie wyszły spod ręki Selvika. Szczerość i minimalizm tej muzyki chwyta za serce. Na pewno będę wracał do „Kvitravn” jeszcze wielokrotnie w kolejnych latach.
Nashville, światowa stolica country, raczej nikomu nie kojarzy się z grindcore’m i sludge metalem. Zespół Yautja jest na dobrej drodze, żeby to zmienić. Nie są to debiutanci, swój pierwszy krążek wydawali w 2014 roku, jednak to nowa płyta „The Lurch” to trzy kwadranse bezkompromisowego grania. Duchowi synowie Black Flag z klonem Henry’ego Rollinsa w składzie (tak mowa o tobie, Shibby Poole) łączą punk, crust, metal, hard rock i cholera wie co jeszcze w coś wobec czego nie można przejść obojętnie. Posłuchajcie „The Weight” i będziecie wiedzieć o co mi chodzi.
Nie słuchałem w tym roku zbyt dużo black metalu. I choć wiem co się działo na scenie w 2021 bo śledzę ją tak czy siak, to nikt nie zrobił na mnie takiego wrażenie jak Wolves in the Throne Room. Nikomu specjalnie nie trzeba przypominać co to za zespół, bo nie gra od wczoraj i ma na swoim koncie kilka świetnych płyt. Może nie jest to najbardziej popularny zespół blackowy w Polsce, to jednak po ich ostatni materiał „Primordial Arcana” trzeba sięgnąć.
Szwedzcy stoner metalowcy z Maha Sohona grają już parę lat, ale dopiero przez YouTube trafiłem na ich płytę „Endless Searcher„. Tu nie ma słabych momentów. Całość jest zagrana, zaśpiewana i wyprodukowana tak, że słuchałem tego krążka przez kilka dni niemal bez przerwy. Lubię do niego wracać. Wokale Johana Bernhardtsona to jeden z powodów, dla którego wracam do tego krążka przynajmniej raz w tygodniu.
Pamiętam debiut Brytyjczyków z Dvne, jako dobrze przyjęty, solidny stoner / sludge z elementami progresywnymi. Wciąż zdarza mi się sięgnąć po „Asheran„. Ale to druga płyta, „Etamen Aenka” rozjebała mnie po całości. Długi, jak na dzisiejsze standardy, materiał kradnie prawie 70 minut z życia i prosi się o ponowny odsłuch. Wszystko tu się zgadza. Kompozycje, brzmienie, wokale. Jeden z lepszych młodych bandów parający się tym gatunkiem. Mimo pandemii objechali Europę w tym roku i to na pewno nie jest jeszcze ich ostatnie słowo.
Jeśli nie wiecie kto to jest Bill Fisher, to na pewno skojarzycie go gdy powiem Wam, że to frontman Church of the Cosmic Skull. Jeśli nadal nic Wam nie świta, to tym bardziej powinniście sięgnąć po „Hallucinations of a Higher Truth„. Fisher stanowi uosobienie muzyka z przełomu lat 60-tych i 70-tych. Świetne kompozycje, mocny wokal i drugie dno w jego muzyce sprawia, że człowiek wsiąka bez reszty. Ja wsiąknąłem bez reszty.
Tommy Guerrero, profesjonalny skateboarder, który zamienił deskorolkę na gitarę regularnie wydaje kolejne albumy. W tym roku ukazało się „Sunshine Radio„, które stanowi kolejny krok w jego muzycznej karierze. Jego muzyka to mieszanina rocka, trip hopu i jazzu, z elementami soulu i funku. Pięćdziesięcio pięcio letni dziś Guerrero gra z lekkością młodzieniaszka i świetnie się przy tym bawi. Tak samo bawią się jego słuchacze.
Na koniec płyta moja ulubiona płyta z 2021 roku, czyli „Lost Themes III: Alive After Death„, którą podpisał swoim nazwiskiem John Carpenter. Jak się pewnie domyślacie (lub nie), jego twórczość filmowa i muzyczna wywarła i w sumie wciąż wywiera ogromny wpływ. Wspierany przy nagraniach i na scenie przez swojego syna Codyego Carpentera i chrześniaka Daniela Davisa, John pokazał, że jest absolutnym mistrzem gatunku i niedoścignionym wzorem zarówno dla mnie, jak i innych muzyków, którzy czerpią inspiracje z muzyki elektronicznej lat 80. Czerpać możemy dowoli, ale król i tak jest jeden, i nazywa się John Carpenter.
Rozpisałem się niemiłosiernie już, a o tylu płytach chciałbym jeszcze Wam powiedzieć, o ostatnich krążkach Perturbator, Mastodon, Converge i kilku innych, które często kręciły się w moim odtwarzaczu. Nie mogę jednak wymienić tu wszystkich. Poza tym chcę jeszcze wspomnieć (mam gdzieś, czy to wypada, czy nie), że sam nagrałem i wydałem po raz pierwszy elektroniczno/dark jazzową płytę pod własnym nazwiskiem, zatytułowaną „Vertigo„. Dla mnie było to przełomowe wydarzenie. Nie mówiąc już o dużych zmianach w moim życiu prywatnym. Ale to chyba treści nadające się do innego magazynu… 😉
Annika Gucwa
Doczekaliśmy się kolejnego podsumowania w czasach zarazy. Z koncertami bywało różnie, jednak pod wieloma względami tegoroczne wydawnictwa rekompensowały braki w muzyce na żywo. U mnie tegoroczne nowości wiązały się z mocno zróżnicowanym soundem, który często wymykał się gatunkowym etykietom – w końcu po co się ograniczać przy takim wyborze?
- Moonspell – „Hermitage”. Śmiało mogę nazwać Hermitage moim niekwestionowanym faworytem roku. To album o niemożliwym wprost ładunku emocjonalnym, z ogromem pomysłów i przebogatym, mocnym brzmieniem gothic metalu na modłę Moonspella. Bywa naprawdę ciężko, innymi momentami tempo zwalnia i hipnotyzuje, growl wielokrotnie przechodzi w czysty wokal, a monumentalność dark metalu kontrastuje z wprost balladowym klimatem. Mistrzostwo.
- Tribulation – „Where the Gloom Becomes Sound”. W swojej dyskografii Tribulation nie mają złych albumów, a Where the Gloom Becomes Sound jest tego kolejnym przykładem. Chłodny, tchnący mroczną elegancją dźwięk kreowany przez Szwedów znowu mnie zachwycił, a chwytliwe i jednocześnie na wskroś metalowe numery pozwoliły zespołowi na pokazanie prawdziwej klasy.
- Årabrot – „Norwegian Gothic”. Nowości od Årabrot okazały się dla mnie muzycznym zaskoczeniem roku. Nieszablonowe, na swój sposób ciężkie i pełne nośnych melodii granie, które hipnotyzuje i zapada w pamięć – Norwegian Gothic nieźle namieszało chyba nie tylko w moim tegorocznym podsumowaniu.
- Lingua Ignota – „Sinner Get Ready”. To nie jest łatwy w odbiorze album, ale – nawiązując do tytułu – grzechem byłoby się z nim nie zapoznać. Prymitywne wokalizy zderzają się z upiornie brzmiącymi psalmami, a noise’owe zacięcie jest zestawione z podniosłymi instrumentalnymi partiami. Co jest równie ważne, Sinner Get Ready to również istna gama emocji od gniewu i żalu poprzez uczucie niewysłowionej samotności.
- Perturbator – „Lustful Sacraments”. Lustful Sacraments zmusiło mnie najpierw do zweryfikowania mojego osobistego rankingu płyt Perturbatora, a następnie do błyskawicznego ustawienia najnowszego albumu na pierwszym miejscu. Diabelnie mocne synthwave’owe uderzenie z jednej strony jest mroczne i momentami złowrogie, z drugiej elektryzuje brzmieniem i zaraża nieziemską energią. Wielką rolę odgrywa tu doskonała produkcja.
- King Woman – „Celestial Blues”. Najmocniejszy jak dotąd album King Woman. Walcowaty, pełen doomowych zwolnień materiał zespołu ma w sobie specyficzny, rytualny klimat, co sprawiło, że często wracam do tego albumu.
- Witchrot – „Hollow”. Stoner/doom z dawką przebojowości wystarczającą, by uzależnić się od tego albumu na długie godziny. Kto jeszcze nie zna tej kanadyjskiej kapeli, a chętnie sięga po ciężkie utwory łączące chwytliwość z niepowtarzalnym klimatem, ma muzyczne zaległości do nadrobienia!
- Nervosa – „Perpetual Chaos”. Nie będzie przesadą stwierdzić, że Nervosa okazała się istnym feniksem odradzającym się z popiołów, a założycielka zespołu stanęła na wysokości zadania wraz z nowym składem i znakomitym albumem. Szczere, obłędnie wciągające thrash/deathmetalowe granie – oto Nervosa w najlepszej jak dotąd formie.
- Hate – „Rugia”. Czym byłoby podsumowanie roku bez black metalu? Hate pokazali klasę, powracając z albumem Rugia skąpanym w mroku pogańskiego klimatu i aż kipiącym od doskonałych riffów.
- Wolvennest – „The Temple”. Wprawiający w trans, przesycony medytacyjnym klimatem album Wolvennest to solidna dawka muzyki dla wszystkich, którzy cenią sobie zarówno psychodeliczną, niemal mistyczną atmosferę, jak i sfuzzowany, miażdżąco ciężki sound.
Dodatkowo wyróżnienia:
Chociaż poniższe tytuły nie są pełnymi albumami, tylko EPkami, to nie wyobrażam sobie pominąć tej nieświętej trójcy, którą łączą wpływy doomu, zinterpretowanego na przeróżne sposoby, z damskimi wokalami.
Dom Zły – „Śnisz Bory Tak Gęste”. Brutalne i szczere, a zarazem przejmujące granie puławskiej kapeli, które łamie gatunkowe bariery i jednocześnie porusza do głębi.
Witch Fever – „Reincarnate”. Pierwsze doom punkowe (tak, to możliwe!) wydanie, na jakie trafiłam, a przy okazji obłędnie wprost udane. Witch Fever mają na siebie pomysł i z zapartym tchem czekam na ich dalsze dokonania – jest co śledzić!
Crone Vision – „Devour”. Doom połączony ze stonerem i gotyckim sznytem tak umiejętnie, że ciężko się oderwać od hipnotycznych kompozycji brytyjskiego duetu. Kawał świetnej muzyki.
Paweł Lach
Kolejność alfabetyczna, co jest świadomym wybiegiem, bo niestety nie potrafię wskazać jakiegoś wybijającego się dla mnie w tym roku podium w szeroko rozumianej muzyce metalowej, rockowej, alternatywnej. W 2021 roku na dłużej przykuły moją uwagę następujące albumy:
Amenra „De Doorn” – zaintrygowany wywiadem z wokalistą sprawdziłem ich muzykę śmielej niż kiedykolwiek wcześniej i wsiąkłem w tym roku na dobre w muzyczny świat Belgów. Szalenie cenię umiejętne lawirowanie między ciszą a hałasem, szeptem i zdzierającym gardło do krwi krzykiem. Nie każdy potrafi skutecznie bawić się dynamiką i budować dramaturgię wewnątrz swych kompozycji. Amenra posiadła te arkana. Na „De Doorn” jest spora amplituda emocji i całościowo pochłaniam ten album jako dzieło – nawet jeśli nie doskonałe – to skończone i poruszające.
Årabrot „Norwegian Gothic” – kibicuję im od albumu „The Gospel”. Niebanalna mieszanka hard rocka, nowej fali, gotyku, elektroniki, dark folku. Robią to na własnych zasadach, niezwykle chwytliwie. Duch lat 80. wciąż żywy i atrakcyjny, podany bez naftaliny – elegancki i zadziorny jednocześnie. Po eksperymentalnym, ambientowym, ilustracyjnym „Die Niebelunge” przyszedł czas na powrót do głównego nurtu rockowych poszukiwań.
The Armed „Ultrapop” – nerwowa, niepohamowana, czasem dziwna mieszanka wielu stylów hałasowania. Jest energetycznie, czasem nawet nazbyt szaleńczo, trochę „od czapy”, jakby ktoś przysnął za konsoletę i zapomniał wyregulować tego i owego. Nie można jednak odmówić tej symfonii dysonansów, zlepkowi dźwięków prostych i złożonych, mariażowi elektroniki i żywych instrumentów, jakieś siły przyciągania (i odpychania zarazem). Od popu po noisowe, kakafoniczne uderzenie. Na „Ultrapop” jest niemal wszystko, ale to też rzecz nie dla wszystkich. Sam wciąż się zastanawiam, czy dla mnie…
Einherjer „North Star” – do przodu, do boju, z okrzykiem na ustach. Viking metal jak się patrzy, który zagrzewa do rozłupania czaszek wrogów. Brudny, energetyczny heavy metal z blackowym ukąszeniem, z tekstami o czasach świetności oręża i pradawnych bogów. Ale z szeregu kapel, którym takie dźwięki i tematyka są bliskie, Einherjer wyróżnia się niewymuszoną chwytliwością, przy jednoczesnym braku nadmiernego, epickiego zadęcia i przesady. Dziarsko się maszeruje przy tej muzyce, co wykorzystywałem w 2021 roku przy intensywnych spacerach.
Idles „Crawler” – płyta „Joy as an Act of Resistance” narobiła trochę szumu w alternatywno/rockowym światku, z miejsca lądując w większości podsumowań 2018 roku na czołowych pozycjach. Potem zespół postanowił nieco poeksperymentować. Wydany nie tak dawno album „Crawler” jest syntezą ostatnich albumów – punkowego, żywego grania oraz odrobiny alternatywnych poszukiwań i eksperymentów. Jak dla mnie rock może, a nawet powinien tak wyglądać. Może nie jest aż tak dobrze i kąśliwie, jak na wspomnianym „Joy…”, ale na bezrybiu i rak rybą być musi.
Impaled Nazarane „Eight Headed Serpent” – bezczelna płyta. Bo przecież Finowie przez dziesięciolecia pchania metalowego wózka, ze statusem legendy, mogliby osiąść na laurach. Intensywnie, szybko brudno, z domieszką sporej dawki smoły, punkowo – jakby nie nagrał tego zespół złożony z panów w średnim wieku, a wkurzeni młodzieńcy. Może w głębi sczerniałej duszy wciąż nimi są? Wszystko na to wskazuje.
Squid „Bright Green Field” – wyrosła nam w UK cała scena wrzucana do post-punkowego worka, który staje się coraz pojemniejszy (niepotrzebnie). W tym roku penetrując brytyjskie listy alternatywnego grania, wypada wskazać na chłopaków z Brighton i ich interesujący debiut. Grają rocka po swojemu, bez konwenansów, bez sztampy, a jednocześnie czerpiąc co nieco z przeszłości. Rock, ale i trochę elektroniki, funku, jazzu – w nieoczywistych proporcjach, z wykorzystaniem klasycznych w środków sposób niekonwencjonalny. Brzmi to świeżo, ale i na tyle przystępnie, że muzyczne formalne wykształcenie muzyków i spora dźwiękowa erudycja nie przysłaniają komercyjnej atrakcyjności.
Tusmørke „Nordisk Krim” – witajcie u zarania lat 70.! Tutaj psychodeliczne odloty spotykają się z hard rockową mocą, prog rockową wizją, folkowymi domieszkami. Wszystko to podane z lekko okultystycznym zacięciem. Nażarli się grzybów i tańcują, chciałoby się rzec. Gitary i klawiszowe plamy, nawiedzony wokal i odrobina kontrolowanego kiczu, penetrująca śmiało zapomniane retro pejzaże minionych dekad. Ależ to fajne! Oczywiście dla tych, którzy uważają, że odgrzewanie starego kotleta jest w porządku. Od czasu do czasu można coś takiego spożyć i nieco odpłynąć.
Wardruna „Kvitravn” – może to nie najlepsza płyta ekipy, ale co by nie mówić, poziom trzyma. Komu nie znudziły się takie neo-folkowe podróże, ten pewnie doceni. Zanurzenie się w świecie nordyckich opowieści zawsze przynosi mi garść interesujących doznań. I wyciszam się przy tych dźwiękach, i czerpię z nich energię, gdzieś tam znikam na moment.
Wolves In The Throne Room „Primordial Arcana” – tak wyszło na koniec, ale pewnie gdyby nie alfabet Amerykanie znaleźliby się u szczytów listy. Bardzo ich cenię, bo choć korzystają jednak z klasycznych black metalowych rozwiązań (nie licząc post-rockowo/ambientowych eksperymentalnych nagrań z przeszłości), nie brzmią jak charczenie skandynawskiego trupa wyciągniętego z butwiejącej szafy. A kiedy szukają świeższych rozwiązań, to nie tracą nic z atmosfery, która niosła mrok i ziąb w połowie lat 90. Mistycznie, epicko, z umiejętnym doborem środków, nie nazbyt ekstremalnych, ale też nie uciekających do komercyjnych sztuczek. Podobają mi się tu i riffy, i klawiszowe plamy. Na „Primordial Arcana” jest przede wszystkim atmosfera, a to moim zdaniem liczy się najbardziej w tego typu graniu.
Joanna Pietrzak
- Genghis Tron „Dream Weapon”. Oszalałam na punkcie tej płyty. Genghis Tron w wersji 2.0 jest najlepszą odsłoną nowojorczyków. Poprzednie płyty jedynie przeskanowałam, tu zanurzyłam się po czubek nosa, zakochałam się w perkusji i melodiach. Każdy numer to cios!
- Turnstile „Glow On”. Ponoć wszystko, co najlepsze znalazło swoje miejsce na wydanej wcześniej EPce, ale wcale się z takimi sensacjami nie godzę. Całościowo album w stylistyce open hardcore jest tak dobry i taneczny, że ja nie mam pytań.
- Årabrot „Norwegian Gothic”. Tych dwoje zawojowali moje serce jakiś czas temu. Wszystko, co wypuszczają na światło dzienne okazuje się interesujące, rewelacyjne, unikatowe. Ich specyficzny dark folk z cieniem elektroniki i dobrego rocka znów zdaje egzamin. Co za para!
- Reveal „Doppelherz”. Fantastyczne metalowe przedstawienie, z miejscem na blackowe przeciążenia, stopniowanie tempa, a nawet nastrojowe wyhamowania. Rok temu zachwycałam się różnie przyjętym Sweven, a tym razem to miejsce zajmuje Reveal.
- The Armed „Ultrapop”. Dowiedziałam się o nowym albumie The Armed dzięki audycji „Włącz ten hałas” w Radio 357, nie zapomnę tego nigdy. Kto w tych czasach poznaje muzykę z radia?! Ultrapop jest w każdym aspekcie maksymalny – max chwytliwy, max hałaśliwy, max skompresowany w kilka gatunków, i max błyskotliwy. Mimo tego całego przegięcia na kilka stron, wszystko się tu zgadza i zazębia. Świetna sprawa.
- Idles „Crawler”. Lubię. Jest piękna ballada, jest vibe, jest Talbot bardzo fajny. Lubię i już.
- Atrocious Filth „OVV”. Klimat, klimat i jeszcze raz pomysł. Kto nie zna, ten trąba.
- Mariusz Duda „Interior Drawings”. Tak to jest z Panem Mariuszem, że raz w roku wybieram coś z jego tworzyw, łykam to jak pelikan, a tym razem popiłam delikatną dawką minimalizmów, melodii i miękkich wokaliz, w anturażu – a jakże – konkretnego konceptu, tj. „pandemicznej trylogii”. Uhh długie zdanie, zaś dość niedługi czas oczekiwania na niniejszą część, bowiem od dwójki, Clautrophobic Universe, minęło ledwo parę miesięcy. Ten to potrafi!
Dodatkowo wyróżnienia:
LLNN „Unmaker”. Chyba nadal pozostanę ostatnim brodzącym po bezkresach post metalu, gdzie niby wszystko już odkryte, a wcale nie do końca. Mnie to wszystko ciągle kręci, zaś statystycznie wypada, że LLNN wybierałam znacznie częściej niż Amenra. Właściwie molocha Amenra wybrałam raz.
Mastodon „Hushed and Grim”. Omatkobosko prawie 1,5 godziny mastodontów! A na co to komu, a komu to potrzebne! Ano widać jednak potrzebne, bo strasznie przyjemnie posłuchać czasem porządnej, wysmakowanej… muzyki gitarowej. Tylko niepotrzebnych fillerów nieco za dużo.
Every Time I Die „Radical”. Metalcore umarł, niech żyje metalcore! Żart, kompletnie nie zapuszczam się w te rejony, ale przypadkiem tu zajrzałam i zostałam na dłużej. Bardzo dobry album z sensem, co w tym gatunku samo przez się wydawało się już niemożliwe. A jednak!
Why Bother? „Why bother?”. Trójmiejska kapela powstała z wybuchu trójmiejskich frustracji trojga przyjaciół. Wraz z premierą albumu dość oględne lub dziwne analityczne recenzje na temat tegoż wyrosły jak drożdżowe bułeczki, ale nie doszukałam się żadnej odpowiadającej moim odczuciom. Bo mam tu ciągle mętlik – raz słyszę odpowiedź na warszawskie So Slow, innym razem zupełnie fantastyczny jazgot, a kiedy indziej surowość, brud i szarość jak marna rzeczywistość w naszym mlekiem i miodem płynącym kraju. Istny wulkan emocji zamknięty w nie najprostszej formie.
Viagra Boys „Welfare Jazz”. Do tej płyty przekonywałam się najdłużej pośród wymienionych wyżej, ale jak już zaskoczyło to konkretnie. Może nie jest tak przebojowo jak na „Street Worms”, ale są momenty, oj są.
Hubert Pomykała
Rok 2021 posłużył mi głównie do nadrabiania muzycznych zaległości z lat ubiegłych. Muszę przyznać, że nie było mi łatwo uzbierać aż 10 propozycji z tego roku do stworzenia konwencjonalnej topki; w zasadzie żadne z poniższych wydawnictw nie rzuciło mnie na kolana – niemniej uważam poniższe rzeczy za udane i godne przybliżenia czytelnikom. Dodam, że kolejność albumów w obu „piątkach” nie ma dla mnie większego znaczenia.
Te 5 ważniejszych dokonań:
- Viagra Boys – „Welfare Jazz”. Trudno uwierzyć, że ten album ma już prawie rok, ale to według mnie najlepsze i najdojrzalsze nagrania szwedzkiego sekstetu. Historia relacji z „In Spite Of Ourselves” rezonuje ze mną mocniej niż tysiąc ballad o miłości połączonych w jedną.
- Kaz Bałagane – „Cock.Oz Mixtape”. Zastanawiałem się nad zamieszczeniem tutaj nowej Hałastry, ale częściej wracałem do mixtape’u Kaza. Może i całość jest trochę przeciągnięta, ale mnogość rewelacyjnych bangerów (rzecz jasna z „Blueface” na czele) nakazał mi umieścić właśnie wydawnictwo Jacka w tym zestawieniu. Zwracam uwagę również na genialną okładkę (tę z megazordem).
- King Woman – „Celestial Blues”. W moim prywatnym rankingu najlepsze dokonanie King Woman. Każda z piosenek współtworzących „Celestial Blues” jest co najmniej dobra, a przedpremierowe single skutecznie podsycały apetyt na album, do którego nadal wracam.
- Mãnbryne – „Heilsweg: O udręce ciała i tułaczce duszy”. Największe zaskoczenie roku. Trudno znaleźć mi odpowiednie słowa, którymi mógłbym opisać uczucia przeżywane w trakcie pierwszych odsłuchów debiutu Mãnbryne, aczkolwiek oddziaływały one na mnie tak, jak na wprawionego słuchacza wpływać powinien wysokiej próby black metal.
- Funeral Mist – „Deiform”. Najnowsze Funeral Mist przypomniało mi, dlaczego odbiorcy tak bardzo kochają ten projekt. „Deiform” jest trochę jak ponowne zwycięstwo we własnej lidze. Mimo wszystko, chętniej wracam do „Hekatomb”.
Wyróżnienia:
- Glitchangel – „Złote futro”. Jedyny taki mariaż elektroniki, black metalu i punkowego etosu. Po odkryciu tego projektu zadecydowałem, że przesłucham każde dokonanie PRa, niezależnie od tego, pod jakim pseudonimem będzie wypuszczał muzykę. Glitchangel poszedł w kierunku wytyczonym przez siebie samego „Transsatanizmem” Biesów, decydując się przy tym na torowanie drogi na nowo.
- Dom Zły – „Śnisz bory tak gęste”. Nie spodziewałem się po tym EP tak dużej dozy przebojowości. Mowa o niespełna 28 minutach spójnej i pełnej melancholii muzyki. Na „Śnisz bory tak gęste” wyczuwam też coś z ukochanego Deftones. Dodam, że po pandemii zespół prezentował naprawdę wysoką formę koncertową, o czym przekonałem się w totalnie przepoconym, tłoczonym i dusznym pubie w Puławach.
- Gruzja – „Vulgator (Priest Simulator OST)”. Cieszy mnie, że Gruzja gra sobie co chce, bo utwory z „Vulgatora” to zagrane z lekkością, bezkompromisowe piosenki, spośród których żadna nie odstaje od pozostałych. Udana volta stylistyczna i miłe zaskoczenie z końca grudnia ubiegłego roku.
- Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi – „Futurista”. Zorientowałem się, że wracam do tej historii częściej, niż chociażby do „Marynistyki…”. Bez wątpienia losy Skórnika potrafią być bardzo nieprzystępne dla słuchacza, ale wystarczy kilka odsłuchów, by dać się Futuriście pochłonąć.
- Turnstile – „Glow On”. Często napotykam opinie, że EPka „Turnstille Love Connection” jest najlepszym, co zawarto na albumie „Glow On”. Zgadzam się z tym stwierdzeniem, niemniej ostatni album grupy z Baltimore przypadł mi do gustu w całości.
Łukasz Walas
Rok 2021 to kolejny, w którym nie zdążyłem przesłuchać sporej części premier, na które ostrzyłem sobie zęby w momencie ich zapowiedzi. Moja osobista „topka” jest więc dość wybrakowana, a pozycje, które na niej się znajdują, w jakimś stopniu się do tego przyłożyły. W tym gronie wielkich nieobecnych wymieniłbym przede wszystkim (podobno) powroty do formy zespołów Mastodon i Volbeat – cóż, zapoznam się z nimi w 2022. Ogromną radość sprawił mi powrót koncertów klubowych (moje wyróżnienie wędruje w stronę WiniaryBookings oraz Soulstone Gathering ). I całe szczęście, że polska scena stanowi powód do dumy.
A moje naj w roku 2021 prezentują się następująco (kolejność na liście przypadkowa):
Königreichssaal – „Witnessing the Dearth”. Tak, wiem, że premiera była w grudniu 2020, ale ten doskonały album był największym nieobecnym w moim ubiegłorocznym podsumowaniu. Honor oddaję teraz, a jeśli ktoś jeszcze się z tym krążkiem nie zapoznał, to ponownie gorąco do tego zachęcam.
Hell-Born – „Natas Liah”. Dla niektórych nuda i nic ciekawego, dla mnie niesamowicie udany powrót po latach. No i fani toczący pianę w sieci „no bo Nergal”. Bomba!
Tribulation – „Where the Gloom Becomes Sound”. Półkę wyżej niż poprzedni krążek upiornych Szwedów. Trzy numery otwierające ich ubiegłoroczny album towarzyszyły mi przez sporą część minionego roku i towarzyszyć będą jeszcze długo.
Dopelord – „Reality Dagger”. Dla EPek również znajdzie się tu miejsce, a co! Mini-album Dopelord kręci się w moim odtwarzaczu z przerażającą regularnością, a trzy składające się na niego utwory nie odstają szczególnie mocno poziomem od tego, co rok wcześniej słyszeliśmy na Sign of the Devil. Lepszej rekomendacji nie trzeba.
Moonstone – „1904″. Tacy młodzi, a tacy dobrzy… Końcówkę mojego 2021 roku wygrała krakowska formacja Moonstone, której EPka okazała się jeszcze lepsza, niż myślałem, że będzie. A oczekiwania miałem naprawdę wysokie.
Arabrot – „Norwegian Gothic”. To chyba najbardziej chwytliwy i nośny album ubiegłego roku. Kolejny częsty gość w moich głośnikach.
Cannibal Corpse – „Violence Unimagined”. Cholera, nigdy nie sądziłem, że umieszczę Kanibali w tego typu zestawieniu. Życie płata jednak różne figle, a Amerykanie po ponad 30 latach na scenie wydali krążek, który moim zdaniem może bezproblemowo konkurować o tytuł ich najlepszego.
Nie było jednak tylko i wyłącznie różowo, a lista formacji, które mnie rozczarowały prezentowała się w ubiegłym roku całkiem zacnie. Załamało mnie nowe Limp Bizkit, czemu upust dałem zresztą w recenzji. Wysokich oczekiwań nie spełniło również Fortitude Gojiry, nowa Furia nie okazała się niczym więcej niż ciekawostką, Harakiri For The Sky wynudziło mnie śmiertelnie, a powrót zespołu The Offspring zmusił do przypomnienia sobie odmiany przez przypadki słowa „żenada”. Zawiodłem się również na tym, co nagrali Me and That Man.
Damian „Synu” Wiśniewski
Przestało mnie zaskakiwać, że koniec roku ma w zwyczaju mnie zaskakiwać. Kiedy wydaje się, że od ostatniego podsumowania minęło zaledwie kilka miesięcy, już trzeba siadać do kolejnego. No ale do dzieła.
Może nie ściśle ‘topka’, ale 10-tka albumów, które w tym roku mocniej odcisnęły mi się w pamięci (wychodzi na to, że znów słuchałem głównie blacku). Kolejność (prawie) chronologiczna:
Furia „w Śnialni” – Nihil et consortes to ekipa grająca już chyba bardziej dla siebie, niż innych. Tym razem powędrowali do teatru i studia, gdzie nagrali sobie słuchowisko. Bo mogą. I mnie to chwyta, choć wciąż uznaję, ze to bardziej EPka niż pełna płyta. Na tę drugą nadal czekam z wypiekami na pucach.
Seth – „La Morsure du Christ” – dorzucili Francuzi do pieca, jeszcze jak. Klasyczna czernina, bardzo klimatyczna, z odpowiednią dawką melodii i chwytliwości. Rozgrzewa jak katedra z okładki.
Mānbryne – „Heilsweg: o udręce ciała i tułaczce duszy” – tak jak pisałem w recenzji tego materiału – Oremus to najlepszy BoP, więc i Mānbryne siadło mi konkretnie. Bdb pod względem muzycznym, bdb pod względem tematycznym, z kompleksowo przemyślanym konceptem i filmowym zacięciem – nie mogło się nie udać.
Këkht Aräkh – „Pale Swordsman” – w starym kinie, gdzie słychać melodie pozytywki i szmer analogowej taśmy filmowej, przy seansie Nosferatu i Draculi z Belą Lugosi, siedzi młody Crying Orc. Zafascynowany w równym stopniu początkami norweskiej II fali, jak i gotycką romantycznością. Warto poznać.
Spectral Wound – „A Diabolic Thirst” – od lat już w USA i Kanadzie dzieją się rzeczy w black metalu cudne. I Spectral Wound jest tego w tym roku najlepszym dowodem. Tradycyjnie i klasycznie, acz z młodzieńczym zapałem i szczerym ogniem. Świetna rzecz.
Warrior Path – „The Mad King” – jednak nie tylko black. Na drugim biegunie muzyka prosta i przyjemna. Czarodzieje, magowie, szaleni królowie.. i zaskakująco dobry (wręcz znakomity) power/heavy. Polecam.
Bewitcher – „Cursed Be Thy Kingdom” – tu mnie goście mocno zaskoczyli, bo zażarło na raty. Pierwsze podejścia jakoś nie punktowały, kolejne już jednak tak. Niby tylko piwko i metal, ale jest tam też sporo diabła i nęcącego dymu świec. Znak jakości.
Kanonenfieber – „Menschenmühle” – jedyna (około) death metalowa pozycja w moim zestawieniu, ale za to jaka. Niemieckie one man army, ukierunkowane na mniej popularną (choć oczywiście nie nowatorską) tematykę pierwszowojenną. Znakomity pomysł na projekt, znakomita oprawa, znakomita płyta.
Mastodon – „Hushed and Grim” – nie jest to płyta, która całościowo powala (chyba, że ciężarem metrażu) ale ma takie momenty, że – cytując klasyka z Podlasia – „łoho hoho ho”. Po latach rozrywkowego grania, Mastodon przypomniał skąd pochodzi. Dowodząc, że wciąż ma to coś.
Funeral Mist – „Deiform” – Arioch nieźle w zeszłym roku namieszał. Rzucił nowy Funeral Mist na żer w samej końcówce 2021 i dużą część stawki z miejsca wyjaśnił. Nie zaryzykuje stwierdzenia, że to najlepszy album w bm w 2021 r., ale ścisła czołówka na miękko. Więcej w recenzji, nie będę się powtarzał.
Maciej „Masta” Żuchowicz
Kolejny rok za nami. Już drugi naznaczony jakimiś chorymi obostrzeniami, zakazami i blokadami. W związku z powyższym drugi, w którym braki koncertowo-festiwalowe mocno ograniczyły dostęp do nowych i nieznanych zespołów i płyt. Bardzo zauważyłem to zjawisko na przykładzie mojej płytoteki. Od dwóch lat przestrzeń w mojej szafie zmniejsza się w dużo wolniejszym tempie niż było to w czasach przed-covidowych. Niemniej starałem się nadrabiać straty poszukiwaniami w internecie i bardziej uważnym nasłuchem sugestii i propozycji.
Z drugiej jednak strony bieżący rok obfitował w premiery płyt, których wyczekiwałem z niecierpliwością, a wręcz irytacją. Po pierwsze, swój piąty album wydał (po czterech latach oczekiwania) niemiecki Der Weg Einer Freiheit. Kto mnie zna, ten wie, że nie ma geniusza muzycznego nad Nikitę Kamparda i zawsze rok, w którym Niemcy wydają nowy krążek jest z automatu rokiem Der Weg Einer Freiheit. Tylko czy i tym razem tak będzie? Nowy album wydał również rosyjski hord Grima. A po przedostatnim Will of Primordial także tu oczekiwałem gromu z jasnego nieba. Szokiem była informacja o nowej płycie formacji Negura Bunget, którą po śmierci jej założyciela Negru spisałem już na straty. Także i tej płyty wyczekiwałem z mocno nastrojonymi uszami. W końcu Om i Virstele Pamintului to dla mnie kamienie milowe klimatycznego black metalu. A do tego premiera A Dream of Wilderness Aephanemer, Primordial Arcana od Wolves in the Throne Room, Vreid i długo by jeszcze wymieniać. A… no i Batushka, jak mogłem zapomnieć. Przejdę więc płynnie do zestawienia dziesięciu płyt, które mieć po prostu musicie, a które wbiły mnie w fotel najokrutniej. I choć wszystkie te dziesięć pozycji to albumy absolutnie genialne to postaram się jednak ułożyć je w kolejności zwyczajowej dla wszystkich topów.
- Groza – „The Redemptive End”. Drugi album niemieckiego kwartetu był dla mnie takim zaskoczeniem, że słuchając The Redemptive End wpadłem w klasyczny trans. To był szok i niedowierzanie i kilka razy musiałem w spokoju odsłuchać tę płytę, żeby się przekonać że słuch mnie nie mami. Ta muzyka to tajfun, który przelatuje przez Wasze głowy pozostawiając absolutną pustkę i zniszczenie. I jedyne co może Was uratować to kolejny odsłuch Sunken in Styx w komplecie lub tytułowego The Redemptive End. Tylko czy Groza na pewno jest lepsza od Der Weg Einer Freiheit, Aephanemer czy Dusk in Silence? Tego wciąż nie rozstrzygnąłem. Ale może Wam się uda?
- Der Weg Einer Freiheit – „Noktvrn”. No tak, to stać musiało. Ten zespół jest dla mnie odkryciem absolutnym, a Nikita i Tobias to geniusze naznaczeni ręką Boga. Każda ich płyta nie ma ani jednej gorszej minuty. Wyobrażacie sobie album, który zapiera dech od pierwszej do literalnie ostatniej sekundy? Nie? To posłuchajcie Stellar, Unstille czy Finisterre. A co z Noktvrnem? Jest oczywiście genialny i każdy inny zespół wspiąłby się nim na szczyt zestawienia. Ale ja uważam, że Nikita tym razem aż tak się nie popisał. Co prawda “tylko” jednym utworem Morgen, ale przecież geniusze nie popełniają żadnych błędów. Oczywiście słucham tego krążka bez przerwy (reszta numerów zachwyca i wnosi ku niebiosom), ale delikatny niedosyt pozostaje.
- Aephanemer – „A Dream of Wilderness”. Jakoś tak się złożyło, że nie znałem wcześniej tego francuskiego hordu. I choć melodefy nie są najbardziej prze-eksplorowanym przeze mnie gatunkiem muzycznym, to ten (i poprzedni) album skradł moją duszę od pierwszego odsłuchu. Damski czysty wokal, growl, klawisze i ostre blasty to niezawodny przepis na sukces. A Dream of Wilderness to jednak nie zwykły sukces, tylko arcydzieło.
- Dusk in Silence – „Beneath the Great Sky of Solitude”. To debiut zespołu z Indonezji, który podrzucił mi komputerowy algorytm. I to chyba była jedyna możliwość poznania Dusk in Silence, bo jak inaczej można było natknąć się na taką egzotykę? No i trafili tak, że wykupiłem wszystkie możliwe formaty tego wydawnictwa. Genialny atmosferyczny black tak dopracowany, że aż absolutny. Równie dobrze mógłby być na szczycie tabeli. Sztos jak złota trufla. Musicie posłuchać.
- Vreid – „Wild North West”. Już na poprzedni album Lifehunger nie mogłem się doczekać. Tym razem po odsłuchaniu pierwszych singli (w szczególności tytułowego Wild North West – posłuchajcie go od trzeciej minuty to się zesracie) gotów byłem zabić za to, żeby płytę dostać choć kilka dni przed wszystkimi. Ta płyta jest tak dobra, że w zasadzie mogłaby ex equo konkurować z numerem jeden przedmiotowego zestawienia.
- Grima – „Rotten Garden”. Krążek ten ustawiam gdzieś na równi z pozycją numer siedem. Niemniej bogaty i przestronny klimat rodem z Rosji pasuje mi nieco bardziej niż ten z Ameryki. Tyle tu przestrzeni, melodyki, ale i tempa i brutalności, że można się zachłysnąć. Niestety do Will of Primordial droga daleka.
- Wolves in the Throne Room – „Primordial Arcana”. Tak, ta płyta to już jest sztos. Mocna, konkretna a zarazem klimatyczna. Black Metal w najprawdziwszej i najpiękniejszej odsłonie. A utwór Spirit of Lightning to jest objaw geniuszu i muzyczny absolut. Po pierwszej trójce ta pozycja (wespół z miejscem 6 i 5) to już szczyt osiągnięć i krążki, którym nie da się nic zarzucić.
- Negura Bunget – „Zau”. Śmierć Negru w roku 2017 była dla mnie bardzo przykra. Uwielbiam Negurę i na każdy kolejny album czekałem z utęsknieniem. Myśl, że to już koniec była dla mnie przytłaczająca. Tym bardziej, że ostatnie Zi i Tau to były naprawdę solidne albumy. Informacja o nowej płycie Rumunów była więc dla mnie tyle zaskoczeniem co obawą. No bo zepsuć taką legendę nie jest trudno. Zau na całe szczęście utrzymuje ducha Negru i płyty słucha się dobrze. Niestety Panowie nieco przesadzili z leśnymi klimatami i krążek miejscami przynudza.
- Dordeduh – „Har”. Ten zespół to historia, a dziewięć lat oczekiwania to zdecydowanie zbyt długo. Niestety tegoroczny Har nie powtórzył sukcesu Dar De Duh. Trochę zbyt spokojny i delikatny. Mimo to polecam ten krążek bardzo. Zwłaszcza miłośnikom Negury Bunget.
- Batushka – „Carju Niebiesnyj”. No cóż, choć moje zauroczenie tą formacją powoli mija to trudno nie wspomnieć o kolejnym wydawnictwie Bartka Krysiuka. Tegorocznej płycie daleko niestety do Hospodi, a w ch… daleko do absolutnej Litourgii, ale trudno tego albumu nie zauważyć. Nawet pomimo tego, że na limitowane boxy czekam już bezskutecznie prawie dziesięć miesięcy. Z tym czekaniem to „lekkie” przegięcie, mimo to płyty warto posłuchać.
- Podsumowanie roku 2025 wg redakcji KVLT - 6 stycznia 2026
- Bryan Adams – Kraków (31.07.2025) - 25 sierpnia 2025
- Mystic Festival 2025 – Gdańsk (4-7.06.2025) - 23 czerwca 2025
Tagi: 1914 Where Fear and Weapons Meet, Amenra De Doorn, Anneke Van Giersbergen The Darkest Skies Are The Brightest, Årabrot Norwegian Gothic, Atrocious Filth OVV, Batushka, Codex Nero The Great Harvest of Death, Der Weg Einer Freiheit, Funeral Mist Deiform, Furia w Śnialni, Gruzja Vulgator, hate rugia, Jerry Cantrell Brighten, LLNN Unmaker, Maha Sohona, Mānbryne Heilsweg: o udręce ciała i tułaczce duszy, Negura Bunget, perturbator Lustful Sacraments, Turnstile Glow On, Uratsakidogi Black Hop. Epos, Wolvennest The Temple, Wolves In The Throne Room Primordial Arcana.






