Podsumowanie roku 2022 wg redakcji KVLT

2022 zostawiamy za sobą!

W minionym roku cieszyliśmy się mniej lub bardziej udanymi powrotami dużych graczy spod znaku Slipknot, Rammstein, Machine Head, Megadeth czy rodzimego Behemoth, i dyskutowaliśmy przy tym lub marudziliśmy na wszystkie strony. Nierzadko kibicowaliśmy mniej eksploatowanym artystom, jak Psychonaut, Hangman’s Chair, Absent in Body czy Gaerea. Z polskiego podwórka obowiązkowo wspominaliśmy Decapitated, In Twilight’s Embrace, JAD czy MAG. Wyróżnialiśmy też Brutus, Frayle, czy łagodniejsze, ale niemniej mocne GGGOLDDD i Darkher z silnym dowództwem kobiecym. W zestawieniach nie zabrakło wyborów nieoczywistych, popowych i elektronicznych wrzutek, albo nostalgicznych ukłonów w stronę płytowych wznowień. Muzycznie darzyło się bardzo dobrze i bogato!

Zapraszamy do podsumowania roku 2022 według redakcji KVLT!


Marcin „Mały” Brzeźnicki

Kolejny ciężki rok za nami. Wszystko jest odwrócone do góry nogami i wychodzi na to, że dobrze to już było. Jednakże trzeba się trzymać pozytywów i przeć naprzód. Mój muzyczny rok, jak kilka ostatnich, opierał się głównie na klasykach, które kupowałem w celach kompletowania kolekcji. Wpadło sporo wznowień, jakimi bombardowały nas wytwórnie, głównie ze strony BMG, która najmocniej we mnie trafiła boxem winylowym Danse Macabre dla Celtic Frost. Bardzo cieszą wznowienia Land of Death zespołu Golgotha i The Lost of Mercy Ghost (PL) – oba albumy są dla mnie klasykami polskiego death metalu i możliwość ich zakupienia bardzo mnie ucieszyła. Z nowości wybory są różne, góruje muzyka żywa, dająca energię i groove. Mniej w tym roku było ekstremy, niewiele premier mnie zachwyciło, czekam natomiast na nowe Obituary i Deicide, spodziewając się mocnych powrotów w 2023. Ok, no to lecimy z listą.

  1. Tiszina – Uwod – z miejscem pierwszym miałem problem, ale ostatecznie postawiłem na doomowe klimaty. Debiut Tisziny zaskoczył mnie kompletnie pięknem melodii stylizowanej na starym, dobrym metalu klimatycznym spod znaku choćby My Dying Bride. Płyta, do której będę już wracał zawsze.
  2. Wormrot – Hiss – szybkość, agresja, szaleństwo, ale i dobry aranż, świetne brzmienie i nietuzinkowe pomysły. Cios prosto z Singapuru zdeklasował stanowczo inne produkcje gatunku noise/grindcore. Szkoda, że kosztowało to band wymianę wokalisty, ale myślę, że to ich nie zatrzyma, bo to istny huragan.
  3. Malevolence – Malicious Intent – w ogólnym rozrachunku jestem zmęczony metalcorem, tym bardziej takim, gdzie sztampowo pcha się naprzód śpiewający gitarzysta i krzyczący frontman. Mało brakowało, a bym przeszedł obok nowego Malevolence, olewając go z odległości, ale coś mnie pchnęło, by sprawdzić wideo do Higher Place i zagryzło. Lekko crowbarowe, smutne wokale, prowadzące ten song, są wręcz wzruszające, i po tym utworze musiałem sprawdzić całość. Zagryzło i słuchałem płyty niemal każdego dnia przez dobre dwa miesiące.
  4. Alexisonfire – Otherness – jest to płyta udowadniająca, że można wyjść godnie ze słabego nurtu emo. Moda przeterminowała się szybko jak jogurt i praktycznie nic z niej nie zostało. Natrafiłem na informację o nowym albumie Alexisonfire i stwierdziłem, że zaryzykuję. Nie żałuję. Otherness jest albumem na wskroś amerykańskim, zahaczającym o przykurzony klimat southeronowy, ale i melancholijnym, pięknym. Rozwój muzyczny tego zespołu zasługuje na pochwałę i mam nadzieję, że płyta nie przejdzie niezauważona.
  5. Fear Factory – Recoded – zespół, który dla mnie od czasów Archetype nie nagrał niczego, czego chciałbym słuchać. Po obróbce ostatniej płyty przez kilku DJów, w tym Rhysa Fulbera, nagle okazało się, że mogę jej słuchać. Elektroniczne remiksy są przebojowe, rozbudowane i nośne. Podszedłem do Recoded z dystansem, ale mogę bez ogródek napisać, że jest to najlepszy album FF od lat.
  6. Tove Lo – Dirt Femme – zawsze wplatam jakiś dobry pop do swego podsumowania, a rok ’22 broni Tove Lo i jej nowe dzieło. Jest to artystka, którą obserwuję od dawna, bardzo odważna, poruszająca trudne tematy i nie bojąca się szokować. Na Dirt Femme odnalazłem wiele nietuzinkowych hitów ubranych w dobre, staromodne brzmienie.
  7. Brutus – Unison Life – nie znałem wcześniej tego zespołu. Krótko przed premierą nowej płyty YouTube zaproponował mi obejrzenie ich koncertu i tak też uczyniłem. Śpiewająca perkusistka zrobiła na mnie wielkie wrażenie, a przestrzenna muzyka nie pozostała w tyle. Unison Life słucham często i czekam na poznański koncert w przyszłym roku.
  8. Epitome – ROTend – Polski w moim zestawieniu bronią wyjadacze z Epitome. Ich album wjechał bezkompromisowo, łamiąc wszystkie kości. Bardzo klasyczny, ale i świeży w swej budowie niszczy ciężarem. Tęsknię do takiego death/grindu jakiego było kiedyś u nas sporo. Gdyby mnie ktoś zapytał, to bym zamienił te wszystkie modne, polsko-nazwane black metale na kilka konkretnych strzałów w stylu Epitome.
  9. Rammstein – Zeit – sam jestem zaskoczony, że tak mi przypadł do gustu Rammstein. Poprzedni krążek do dziś uważam za niewypał i wtedy już całkowicie Niemców pogrzebałem. Zeit sprawdziłem, bo „wypadało” i okazał się krążkiem godnym, z ciężarem, charakterystycznym humorem, w stylu zespołu, ale nie sztampowym i wymęczonym. Nie jestem przesadnym fanem Ramm, ale Zeit jest albumem bardzo dobrym.
  10. Celtic FrostDanse Macabre – tak wiem, to nie materiał premierowy…ale premierowe wydawnictwo. Takim małym oszustwem wpycham wznowienia moich bogów monumentalnego metalu w zestawienie. Winyle były, są i będą męczone po mój grób. Piękne wydawnictwo i hołd dla legendy.


Piotr Czwarkiel

2022 rok już za nami. Muzycznie pokazał, że pomimo tego, iż nie raz mówi się i pisze w recenzjach, że ten czy tamten band nie wymyśla koła na nowo, to jednak nadal pojawiają się zaskoczenia. Moje podium zostało osadzone dość szybko. Już po odsłuchu nowej płyty Wpiekłowstąpienie podpoznańskiego Sothoris wiedziałem, że trudno będzie, aby coś przebiło ten materiał. Kapitalne melodie, agresyjne gitary, bezbłędne bicie perkmana, no i fenomenalnie zaśpiewane polskie teksty.

Nie raz w podsumowaniach roku doceniałem debiutantów, a w tym roku Vorga jest tego kolejnym przykładem. To międzynarodowy kwartet stacjonujący w Niemczech. Jeśli jesteś fanem melodyjnego black metalu i w jakiś sposób przegapiłeś Striving Toward Oblivion, to czym prędzej łap za słuchawki!

Podium zamyka Decapitated. Wiele różnorakich opinii można było usłyszeć/przeczytać zewsząd przy okazji premiery ósmego pełniaka ekipy dowodzonej przez Vogga, jednak ja jestem pod wrażeniem produkcji Cancer Culture. To jak to wszystko współgra, jak brzmią gitary. Czy to kwestia Prusiewicz Studio, czy zasługa duetu David Castillo (mix) & Ted Jensen (mastering), nie wiem. A może wszystko razem?

Teraz klasycznie zaczynają się schody. No bo jak upchać inne ciekawe albumy do zaledwie TOP10?

Na pewno docenić muszę Absent in Body za niesamowity ciężar i czasami wręcz grobowy klimat. Jak tylko sobie przypominam Plague God to mam ciarki. Dość długo czekałem na następcę fenomenalnego Unfold The God Man belgijskich post-metalowców z Psychonaut. Ale jak już zaprezentowali Violate Consensus Reality to nie było czego zbierać. Kapcie spadły, a szczęki do dzisiaj szukam. Twórczość Heilung łykam od początku ich działalności. Tak jak miałem obawy, że ich pomysły na granie viking/shamanic folku mogą się szybko skończyć, tudzież popaść w monotonię, tak nowa płyta Drif pokazuje jak niepotrzebnie się o to bałem. Dwa lata temu oczarowany debiutem Frayle umieściłem ich w podsumowaniu roku, a po odsłuchu Skin & Sorrow muszę uczynić to samo po raz kolejny. Ach ten niesamowicie hipnotyzujący wokal Gwyn!

W black metalu tak obrodziło, że cholernie ciężko wskazać tę jedną jedyną pozycję więc wymienię tylko 3 bez wdawania się w szczegóły: WATAIN The Agony & Ecstasy of Watain”, MISÞYRMINGMeð Hamri” oraz GAEREAMirage„.

Jak od kilku lat z moich radarów spadły Megadeth czy Machine Head, tak w 2022 roku obydwa zespoły pokazały, że po gorszych chwilach w karierze potrafią się podnieść i zaserwować fanom świetną muzykę – zarówno The Sick, the Dying… and the Dead! Rudego, jak i  Of Kingdom and Crowns MH są bardzo dobre. Z prog metalu bez dwóch zdań należy wskazać EvergreyA Heartless Portrait (The Orphean Testament).

Na koniec polska scena – neofolkowa OLS zaprezentowała inne oblicze na płycie Pustkowia, którego nie można pominąć. Czarny Bez w fajny sposób połączył melodykę i agresję muzyki metalowej z folkiem i industrialem, trzeba mieć na ich oku. Cortege na płycie Vandari pokazuje jak lata 90. były ważne dla rozwoju death metalu; kawałek „To Die, To Sleep, No More” to majstertszyk. No i szkoda, że norweski wydawca położył klasyczną lagę i o tej płycie mało kto wie. Również lubuski BAALZAGOTH pokazał, że ma swój pomysł na granie death metalu w naszym kraju. Morbid Persecutions to mocny debiut z kilkunastoletnim pałkerem w składzie.

Z niemetalu polecam polską artystkę LUNA i jej płytę Nocne Zmory.


Annika Gucwa

2022 pod wieloma względami był strasznym rokiem pełnym napięć, niepewności i pytań bez odpowiedzi. Świadomość tego, co dzieje się na świecie rzucała cień na powracające koncerty, a coraz gorsze wiadomości pojawiały się na przemian z anonsami o premierach nowych albumów.
Bardzo słodko-gorzki rok, w którym aż roiło się od nieoczywistych gatunkowych połączeń i artystów umacniających swoje pozycje na scenie alternatywnej poprzez albumy definiujące brzmienie zespołów.

  1. Zeal&ArdorZeal&Ardor. Chociaż z mniejszym lub większym zapałem śledziłam poczynania Zeal & Ardor od czasów debiutanckiego Devil is Fine, to przyznaję, że zupełnie nie byłam przygotowana na tak rewelacyjny nowy album. Znowu pojawiają się tutaj gospelowe chóry, wpływy bluesa i akustyczne pasaże, jednak całość ma dużo mroczniejszy wydźwięk i nabrała ciężaru. Od noise’owego mroku oraz elektronicznych partii, poprzez inspiracje blackiem (a nawet przemycony w to szalone połączenie jazzowy element!), Zeal & Ardor zasługują na miano jednego z ciekawszych zjawisk w metalu.
  2. KonventCall Down the Sun. Lepszego powrotu Konvent chyba nie mogłam sobie wymarzyć. Zniewalająco ciężkie granie w ich wydaniu po prostu miażdży, a walcowate, doom metalowe brzmienie okazuje się hipnotyzujące. Nie brakuje tam również niepokojących zwolnień i poczucia pełnego napięcia. Duńskiemu zespołowi jakimś cudem udało się tam upakować jeszcze więcej bezlitosnego deathu i monumentalności doomu. Jak ja lubię takie połączenia!
  3. GGGOLDD – This Shame Should Not Be Mine. Jeden z albumów, które po prostu nie nadają się do słuchania na co dzień. Motywy przewodnie albumu – napaść seksualna, drastyczne przeżycia, tytułowy wstyd i wreszcie przepracowywanie traumy – naprawdę nie składają się na łatwy w odsłuchu materiał. Dodajcie do tego minimalistyczną, dosyć upiorną elektronikę, genialne w swojej prostocie brzmienie gitar oraz oszczędność środków wyrazu, a przekonacie się, że nowy album GGGOLDD to istny emocjonalny niszczyciel.
  4. SylvaineNova. Twórczość norwesko-amerykańskiej artystki Kathrine Shepard jest zwykle opatrzona etykietą atmospheric black metalu, jednak pod szyldem Sylvaine otrzymujemy znacznie więcej – i chwała jej za to. Wokalizy na jej nowym albumie potrafią zależnie od utworu przyprawić o ciarki albo wprawić w kompletny zachwyt, dźwięk balansuje gdzieś pomiędzy agresją wspomnianego blacku a onirycznym klimatem, a całość intryguje i wciąga na dobre.
  5. BaśniaIn Parts Messed Up. Rzadko kiedy trafiają się albumy, których brzmienie tak po prostu można określić jako piękne. W tę konwencję idealnie wpisuje się wydawnictwo projektu Baśnia, na którym wśród dream popowych i post-punkowych pejzaży dźwięku otrzymujemy fantastyczne wokale, klimatyczne zmiany tempa i doskonały groove. Świetna sprawa i jednocześnie znakomita premiera na polskiej scenie alternatywnej.
  6. Witch FeverCongregation. Wszystkich, którzy nie wyobrażają sobie połączenia doom metalowego ciężaru z punkową dzikością, odsyłam do Witch Fever. Gwarantuję, że nie pożałujecie tak nieokiełznanej, niemal pierwotnej energii, a przy tym zapadających w pamięć riffów i ekspresyjnego wokalu.
  7. BehemothOpvs Contra Natvram. Behemoth nie zawodzi zarówno jako znakomita maszyna koncertowa, jak i marka polskiego black/death metalu najwyższej próby. Opvs Contra Natvram jest na to kolejnym dowodem – obok monumentalnego, epickiego brzmienia otrzymujemy wybuchy dźwiękowej agresji oraz iście blackową wściekłość. „Opus” nie jest hasłem użytym na wyrost, a najnowsze wydawnictwo Behemotha jest na swój sposób prawdziwym dziełem – nawet, jeśli ekipa Nergala ma w swoim dorobku lepsze albumy.
  8. GaereaMirage. Portugalczycy z Gaerea wrócili z kolejnym black metalowym ciosem o intrygującym brzmieniu. Choć Mirage w pewnym sensie brzmi znajomo (wręcz „mgliście”), to klimatyczne zwolnienia, udręczone wokale i mroczna a zarazem podniosła atmosfera wprowadzają do ich twórczości pewną pociągającą iskrę szaleństwa.
  9. FrayleSkin and Sorrow. Ciężka atmosfera oraz fenomenalne wokale stanowią mocne punkty najnowszego albumu spod szyldu Frayle. Pomimo oczywistych skojarzeń z królową amerykańskiego gotyku Chelsea Wolfe, Frayle podążają własną ścieżką i komponują znakomite, wciągające doomowe hymny.
  10. Karin ParkPrivate Collection. Można się wykłócać, czy to już album z prawdziwego zdarzenia, czy zbiór nagranych na nowo utworów artystki. Mimo wszystko nowe aranżacje utworów liczących sobie czasami dwadzieścia lat utwierdziły mnie w przekonaniu, że niezrównana Karin Park powróciła w wielkim stylu i przede wszystkim pomysłem na siebie, zapewniając doskonały muzyczny trip w rejony mrocznej, przepełnionej emocjami elektroniki.


Paweł Lach

 W 2022 roku muzyka metalowa nie zawsze była moim pierwszym wyborem. Kiedy na prywatne potrzeby zacząłem zastanawiać się nad ulubionymi albumami, to lista poszła ścieżką melancholijno/mrocznej alternatywy. W tej kategorii często gościły na mojej playliście albumy takich artystów jak Daniel Spaleniak, Just Mustard, Fontaines D.C., Black Midi, Kiev Office, Zeal & Ardor, King Dude, czy Trupa Trupa, które szczerze polecam. Ale w muzyce metalowej (szeroko rozumianej) też działo się sporo. I chyba wciąż można spoglądać w przyszłość z optymizmem. Cieszy wysoka forma niektórych weteranów. Budzą nadzieję interesujące płyty od młodych zespołów. W kategoriach różnych odmian kontrolowanego hałasu moja prywatna „dyszka” prezentuje się następująco (kolejność przypadkowa):

Autopsy – Morbidity Triumphant
Immolation – Acts Of God
Mag – Mag II: Pod krwawym księżycem
Hostia – Nailed
Lamashtu  – Plaque des Enfers
Sceptic – Nailed To Ignorance
JAD – Ból
Absent In Body – Plague God
Machine Head – Of Kingdom and Crown
Blut Aus Nord – Disharmonium – Undreamable Abysses


Joanna Pietrzak

Moja ubiegłoroczna lista muzycznych wyróżnień to oczywiście groch z kapustą, kwaśne ze słodkim i zimne z gorącym. Szukałam rzeczy pod spodem, mniej oficjalnie promowanych i skrajnie oddziałujących nastrojowo. Pominęłam dość sporo z dużych nazw, które nadrobię stopniowo, ale też zdałam sobie sprawę, że o niektórych wydawnictwach zupełnie zapomniałam. Cóż, taki to rok albo skręcam w inne rejony z premedytacją. W kontekście muzycznym nie narzekam.

  1. Darkher – The Buried Storm. Nigdy bym nie przypuszczała, że kiedykolwiek moim wydawnictwem roku zostanie płyta tak spokojna, a jednak niepokojąca, z pięknymi damskimi wokalami, gdzieś dociążająca, innym razem zimna i subtelna. Do superlatyw dołączam cały wachlarz produkcyjny, graficzny i koncepcyjny. Kocham.
  2. Brutus – Unison Life. Kobita na perkusji, śpiewająca tak, że kapcie spadają, plus konkretne prostolinijne teksty idealnie wplecione w uszyte na miarę wściekłe rockowe/post hc utwory. Bez przekombinowania i zbędnych ozdobników. Da się? I to jak!
  3. Author&Punisher – Kruller. Poprzedni album Tristana Shone’a wywołał we mnie emocje tak zwane żadne, a tym razem nie mogłam się uwolnić od opowieści w industrialno-metalowym anturażu.
  4. Hangman’s Chair – A Loner. Najlepszy metalowy album roku 2022, wymykający się standardowym etykietkom.
  5. Trentemoller – Memoria. Najlepszy elektroniczny album roku 2022, ze świetnym vibem inspirowanym gdzieś pomiędzy Joy Division (serio) a Slowdive, plus wyjątkowo udane aranże w całości. To najbardziej poskładane dzieło Trentemollera od czasów Fixion (2016)
  6. Madrugada – Chimes at Midnight. Ja się po prostu kocham w tych melancholijno-depresyjnych wokalach Siverta Høyema i tyle.
  7. Billy Howerdel – What Normal Was. Gdyby to był album nagrany z Maynardem Keenanem i jeszcze pod szyldem A Perfect Circle, pewnie byłoby o nim głośniej. Tymczasem depeszowe i zimnofalowe wariacje Howerdela przeszły bez echa. A mnie się cholernie wpiął w żyły ten album.
  8. The Hellacopters – Eyes of Oblivion. Do tańca i nie-różańca, kto nie zna, ten trąba.
  9. Voivod – Synchro Anarchy. Zawsze sprawdzam co tam, jak tam u Voivod, i zawsze w to wchodzę.
  10. 40 Watt Sun – Perfect light. Marudom i mrukom mówię tak, szczególnie w tak minimalistycznym wydaniu.
+ dwie mordowane przeze mnie EPki i na koniec moja prawdziwa płyta roku:
  • Crosses – permanent.radiant – bo Chino Moreno jest jedyny i umie w piosenki;
  • Jesu – pity/piety – bo jestem fanką Justina Broadricka od czasów niepamiętnych;
  • Failure – Wild type droid (2021) – bo wiążę się z nimi najlepsza przygoda mojego ubiegłorocznego żywota.


Hubert Pomykała

Na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy przesłuchałem kilkadziesiąt albumów. W zdecydowanej większości były to dokonania co najmniej dobre, jednakże bez potencjału na umieszczenie ich w mojej prywatnej TOPce podsumowującej muzycznie Anno Domini 2022. Niemniej skrojenie takowej było znacznie łatwiejsze w porównaniu do prac nad analogiczną listą sprzed roku.

  1. Crowbar – Zero and Below. Kirk Windstein nadal potrafi sukcesywnie przekonywać mnie, że jest absolutnym mistrzem w pisaniu chwytliwych riffów, a kolejny album jego macierzystej formacji jedynie utwierdza mnie w tym przekonaniu. Co więcej, robi to bez trudu.
  1. In Twilight’s Embrace – Lifeblood. Mam wrażenie, że o tym krążku napisano już wszystko. Od siebie dodam, że nie trzeba wymyślać koła na nowo, jeżeli robi się coś co najmniej bardzo dobrze – a tak właśnie ITE radzi sobie z graniem „konwencjonalnego” black metalu. Na plus względnie nietypowa, chaotyczna produkcja całości, którą moim zdaniem słuchacze w pełni docenią dopiero po latach.
  1. Viagra Boys – Cave World. Nie zawiodłem się, ale też nie oczekiwałem od VG niczego przełomowego. To zestaw całkiem udanych piosenek, a konwencja, którą bawi się zespół, jeszcze nie zdążyła mi się znudzić. Pytanie brzmi, kiedy to nastąpi?
  1. Piołun – Rzeki Goryczy. Album równy, przemyślany, sprawnie zagrany, klimatyczny i bez wątpienia udany. Lubię w nim to, że dobrze się go słucha od deski do deski, a więc bez pomijania jakiegokolwiek z numerów. Główny motyw gitarowy z W Stronę Światła zasługuje na black metalowy Laur Konsumenta 2022.
  1. 1988 – Ruleta. Nie wszyscy goście ukrywającego się pod pseudonimem 1988 Przemka poradzili sobie z udźwignięciem potencjału jego bitów, ale nieco słabsze zwrotki czy nietrafione wersy są tu tak nieliczne, że z Ruletą obcować powinno się w całej jej okazałości, wybaczając liryczne niedociągnięcia zaproszonych i z równoczesną świadomością mierzenia się z jednym z najważniejszych albumów producenckich ostatnich lat.
  1. Gaerea – Mirage. Kupuję zarówno kierunek wizualny Portugalczyków, jak i każdą z melodii zarejestrowanych na Mirage. Warto sprawdzić, chociażby ze względu na trudny do sprecyzowania, suwerenny dla grupy rodzaj wrażliwości muzyczny, który z powodzeniem tu uchwycono.
  1. Jad – Ból. Mocny cios w gębę. Zdarza się, że go potrzebujemy. Doskonale orzeźwia i przypomina, by nie opuszczać gardy.
  1. Brutus – Unison Life. Jak to jest grać w tak znakomitym zespole? Cytując klasyka: nie wiem, ale się domyślam. Z zaciekawieniem obserwuję falę wznoszącą na której dryfują Belgowie. Oby wyniosła ich ona możliwie jak najdalej.
  1. Owls Woods Graves – Secret Spies of the Horned Patrician. Pomimo upływu miesięcy wracam do tego krążka bardzo regularnie. To rzecz pełna rewelacyjnych bangerów. Numery takie jak Idzie Diabeł, Return of Satan czy Antichristian Hooligan to gwarancja znakomitej zabawy. A o to chyba właśnie chodzi, gdy łączy się black metal z punk rockiem, prawda?
  1. Hangman’s Chair – A Loner. Każdy z utworów jest tu co najmniej bardzo dobry (single są fenomenalne!), a jako całość A Loner to dzieło niesamowicie spójne, piękne, szczere, chwytające za serce i do bólu ujmujące. Tak jak i jego twórcy, wielokrotnie zadawałem sobie pytanie Who Wants To Die Old? i tak samo jak podmiot liryczny tej kompozycji nie rozumiem świata, w którym przyszło nam żyć. Jeżeli macie podobnie, istnieje duże prawdopodobieństwo, że i Wam równie łatwo będzie się utożsamiać z najnowszym dokonaniem Hangman’s Chair. Kocham ten album tak mocno, że trudno mi napisać o nim coś więcej niż to, co zawarłem w kilku powyższych linijkach.


Łukasz Walas

Wyróżnienia in plus:

Psychonaut – Violate Consensus Reality. Czekałem na ten album z ogromną ekscytacją, ale również zaniepokojony tym, czy Belgom uda się zaspokoić moje naprawdę OGROMNE oczekiwania. Udało się, a ich drugi pełny album to post-metalowe arcydzieło pozbawione jakichkolwiek wad. W tym przypadku nie mam kompletnie żadnych wątpliwości – dla mnie bezsprzecznie jest to album roku.

Absent in Body Plague God. Tak mocnego zamknięcia pierwszego kwartału ’22 się nie spodziewałem. Moja wina, w końcu album nagrany przez duet z Amenry, Scotta Kelly’ego i Iggora Cavalerę słaby być nie mógł. Arcyciężkie granie, wylewający się z głośników przytłaczający klimat, zdehumanizowany wokal… to wszystko (i jeszcze trochę) złożyło się na jedną z najcięższych pozycji w tym roku. Potworna szkoda, że w obliczu ekscesów Kelly’ego przyszłość tego składu stanęła pod wielkim znakiem zapytania.

Ghost Impera. O tym, że Tobias Forge potrafi napisać utwory podbijające całe areny wiadomo było nie od wczoraj. Impera pokazuje za to, że dla Szweda napisanie całego albumu w takim stylu również nie stanowi problemu. Dla wielu osób jest to najsłabszy, za bardzo radiowy album Ghost. Ja tę przebojowość, chwytliwość Ghost po prostu wielbię, a ze wszystkich ubiegłorocznych wydawnictw to właśnie piąty LP tego zespołu kręcił się w moich odtwarzaczach najczęściej.

Immolation ­– Acts of God. Przed wydaniem Acts of God Amerykanie nie mieli na koncie albumu słabego ani nawet przeciętnego, a rzeczony krążek nie tylko podtrzymuje tę tradycję, ale na dodatek zalicza się do grona „tych lepszych” pozycji z ich bogatego katalogu. Ta płyta to absolutna perła wśród zeszłorocznych death metalowych premier i coś, co miłośnicy gatunku po prostu muszą mieć na swoich półkach.

Königreichssaal – Loewen. Bez znajomości, bez wielkich kampanii promocyjnych i jakichkolwiek tras koncertowych, bez nadmiernego medialnego klepania po pleckach przez „wielkie osobistości” z branży – trio z Lewina Brzeskiego względnie po cichu zrobiło swoje i wypuściło na rynek najlepszą black metalową EPkę minionego roku. Krążek ten jest mocny w przekazie i rozpaczliwie piękny w muzyce. Lewin może być z tych Panów dumny – pytanie tylko, czy w obliczu treści tekstów tych trzech utworów ma to dla nich jakąś wartość?

Machine Head ­– Of Kingdom And Crown. Nie jest to album idealny i generalnie nie dorasta on do pięt najlepszym albumom w dyskografii formacji Robba Flynna. Wyróżniam go jednak za to, że stanowi zadowalający i mimo wszystko chyba trochę niespodziewany powrót do niezłej formy po fatalnej Cathrasis. Dodatkowo bardzo miły jest fakt polskiego akcentu (hail Vogg) w tym powrocie z martwych.

Sceptic Nailed to Ignorance. Bardzo cieszy również to, że w końcu doczekaliśmy się kolejnego wydawnictwa śląskiej tech-death metalowej legendy, jaką niewątpliwie jest Sceptic. I to powrotu nie byle jakiego, bo triumfalnego – Nailed to Ignorance to świetna kontynuacja drogi obranej przed laty, tym razem jeszcze mocniej stawiająca na świetne melodie kosztem technicznych popisów. Dla mnie – bomba!

Wyróżnienia in minus:

Slipknot The End, So Far. Większej kaszany w ubiegłym roku nie słyszałem. Slipknot jest tutaj rozdarty pomiędzy odgrzewaniem kotleta, nędznymi próbami zapełniania luki po Stone Sour a próbami stworzenia czegoś ambitniejszego. Efektem jest potworek, którego dobre momenty można policzyć na palcach jednej ręki. Miejsce całej reszty powinno za to być w koszu, a nie na oficjalnym wydawnictwie. Oby było to jednorazowe wywalenie się na mordę. Czy tam na 9 mord.

Behemoth – Opvs Contra Natvram. W swojej recenzji tego krążka pisałem o tym, że jest on dobry, ale rozczarowuje jeśli zestawiać go z poprzednimi dokonaniami zespołu Nergala. Od publikacji tamtego tekstu upłynęło sporo wody w rzece, nowe dziecko Pomorskiej Bestii zostało przeze mnie przesłuchane niezliczoną ilość razy, kilka nowych kompozycji usłyszałem na żywo i podtrzymuję swoją opinię – to dobre wydawnictwo, słucham go z przyjemnością, wstydu Darskiemu i jego kompanom na pewno nie przynosi. Nie wytrzymuje ono jednak zestawienia nawet z I Loved You At Your Darkest, o poprzednich albumach nie wspominając.

Kreator Hate Uber Alles. Niemieccy thrash metalowi giganci niestety zaczynają powoli popadać w przeciętność. O ile Gods of Violence jeszcze miał tak zwane momenty, tak piętnasty krążek thrasherów z Essen wpada jednym uchem, a wypada drugim. Nie zostaje po nim nic, oprócz delikatnego poczucia zmarnowanego czasu. Nie tak to miało wyglądać.

Amon Amarth  – The Great Heathen Army. Dokładnie to samo można powiedzieć o szwedzkich Wikingach z Amon Amarth, których każda kolejna odsłona twórczości po Deceiver of the Gods prezentuje się coraz słabiej. Co z tego, że ich dwunasty album jest dobrze zagrany, skoro wieje z niego nudą?

Foals ­– Life is Yours. Po serii trzech albumów, którym udało się przekonać mnie do Anglików, wypuszczają oni TO. Rock został na Life is Yours porzucony na rzecz bardziej tanecznych rytmów i nie miałbym z tym problemu, gdyby efektem był udany krążek. Niestety udanym nazwać go nie można. Panowie, zawróćcie z tej drogi, proszę.


Damian „Synu” Wiśniewski

Co roku powtarzam, że grudzień bierze mnie znienacka i co roku odczuwam to tylko mocniej. Nie ma jednak co narzekać, trzeba podsumowywać. Tradycyjnie luźna dycha, niekoniecznie najlepszych, ale takich, przy których spędziłem bodaj najwięcej czasu.

Decapitated – Cancer Culture – od lat jestem #teamVogg i od lat kibicuję chłopakowi jak zły. Dużo było wokół tej płyty narzekania, ale to dobrze, bo to znaczy, że wzbudziła emocje. Mnie wytargała za uszy od pierwszej rundy i z perspektywy czasu nic się nie zmieniło.

Machine Head – Of Kingdom and Crown – wspomniany wyżej spowodował też przychylność dla tego krążka. Choć w sumie nawet bez Vogga polubiłbym się z nowym Machine Head, bo to płyta, która stanowi udany powrót do okresu, w jakim bardzo sobie ten zespół ceniłem. Swoiste catharsis po Catharsis. Dobre płyciwo.

Nightrage – Abyss Rising – mocno w tym roku liczyłem na Halo Effect (obietnice nie znalazły niestety pokrycia w rzeczywistości), na szczęście honor melodic death metalu uratowali w tym roku goście z Nightrage. Co to jest za album – dla sympatyków gothenburg sound rzecz absolutnie obowiązkowa.

Psychonaut – Violate Consensus Reality – jak tu ładnie zostało pożenione. Progresywny metal i piękne piosenki. W tym roku nikt w tej kategorii tak nie zagrał. Belgowie mają dar pisania świetnych songów i robią z niego stuprocentowy pożytek. Cudowny album.

Hydra – Beyond Life and DeathHydra to jest król vintage’owego stonerka, jak szczupak jest król wód i drugą płytą panowie z Pleszewa znów zgarnęli pełną pulę. Zabawa, taniec, śpiew i pan Diabeł. Nie da się lepiej.

Origin of Escape – Shapes – czysty przypadek zrządził, że trafiłem na koncert OoE grany w ramach festiwalu muzyki progresywnej w Toruniu. Potem chwyciłem za płytę.. i przepadłem. Nowoczesny progressive rock/metal, zagrany bez kompleksów i na światowym poziomie. I mean it.

Stillborn – Cultura de la Muerte – żeby nie było tylko miło i sympatycznie. W bluźnierczym, sczerniałym death metalu korona króla przypadła w tym roku Stillborn. Krew, pogruchotane kości i zdeptane krucyfiksy. Piękna płyta.

In Twilight’s Embrace – Lifeblood  – tym razem Poznaniacy postawili na ten bardziej klasyczny black metal. Nie wyszło tak okazale, jak z Lawą, ale Lifeblood to i tak kawał soczystego mięcha. Było słuchane.

Piołun – Rzeki Goryczy – drugi album, który w tym roku solidnie zamieszał w black metalowym kotle. Świetny od początku do końca, po polsku, no i z Bergmanem (oraz tą biblijną Siódmą Pieczęcią) w tle. Trafili w mój gust bez pudła.

Confession – Coloured by the Red Flames of Fire – do kompletu trzeci album z krajowego bm, który z miejsca mnie urzekł. Mały zespół, limitowany do 300 kopii debiut, a jaką kryje muzykę. Czuć swąd spalenizny i diabelski pazur. Gorąca polecanka.

Tytułem post scriptum wspomnę też o splicie Angrrsth/Czort – W czeluść. A raczej o jego pierwszej połowie, bo przy tym co zagrali muzycy z Torunia, koledzy ze Śląska wypadli dość blado. Pętlę i Przerwaną uważam za jedne z najlepszych tegorocznych kawałków black metalowych i mocno trzymam kciuki, żeby zespół utrzymał poziom na kolejnych wydawnictwach. Potencjał jest nieograniczony.

Joanna Pietrzak
Latest posts by Joanna Pietrzak (see all)
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .