2024 za nami!
Och i ach, co to był za rok – pomyślał każdy, gdy nadchodzi kolejny, dwunastomiesięczny okres. Dla nas, w kwestii najbardziej istotnej, nadeszła pora, aby przystąpić do kronikarskiego obowiązku i przeanalizować, czy mieliśmy czego słuchać. Czy pojawiły się zjawiskowe wydawnictwa? Oczywiście. Czy wstrzymywaliśmy oddech, a serce się łamało? Być może. Ostatecznie łączyły nas pewne podobne spostrzeżenia, a dzieliły inne, jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten rok obfitował w mniej sensacji i dysonansów, za to dzielnie wykazaliśmy więcej zbliżonych muzycznych typowań niż zwykle. Tym razem, wśród kilkudziesięciu wskazanych premier, najczęściej przywoływaliśmy wielce udane albumy The Cure, Jerry’ego Cantrella, Blood Incantation, Marylin Manson czy „muzycznie niebezpiecznych” Akhlys. Nie zabrakło pochwał dla elektroniki spod znaku nowinki Ultra Sunn czy wyjadaczy od Trentemoller, odkopanych z odmętów Pure Reason Revolution albo weteranów z Opeth. Wśród rodzimych wykonawców prym wiedli między innymi Deus Mortem, Death Like Mass, Thaw, Halny czy Blindead 23.
Były emocje!
Zapraszamy do podsumowania roku 2024 według redakcji KVLT!
Marcin „Mały” Brzeźnicki
Stworzenie muzycznego podsumowania z roku na rok staje się dla mnie coraz trudniejsze. Brak albumów, które zbliżają się swoją wyjątkowością względem ukochanych klasyków to jeden problem, ale tym drugim, paradoksalnie jest ilość i jakość muzyki ze streamingu. Zdarza się, że nawet jak trafię na album zapowiadający się na coś mocnego, to ginie on w całej masie innych odsłuchów i z czasem o nim zapominam. Teraz siedzę przed klawiaturą i pamiętam muzykę, a nazw nie. Coś tam odkopałem, czegoś się nie udało…
Jak się okazało, tytułów, jakie zakwalifikowały się do wyróżnienia nie było tak wiele, ledwie kilkanaście. Rok miniony przyniósł sporo średnich albumów dużych kapel, bardziej podobały mi się nowości undergroundu. Smuci także niesłabnący trend na pompowanie średniaków dużych nazw – byle jakie albumy były nazywane zajebistymi tylko dlatego, że nagrał je zespół A lub B, a znacznie ciekawsze płyty mniej przyklepanych przez ogół składów były klasycznie olewane. Szkoda, bywa. Moje podsumowanie wygląda następująco.
- Burning Sky – „Despair of the Damned” – nowy album death/hardcore’owców ze Śląska zmiótł wszystkie pionki z planszy. Ich ciężarny, bolt throwerowy death metal tym razem został silnie wzmocniony brutalnym, zmetalizowanym HC, dając krążek ciężki, mroczny i trafiający każdym dźwiękiem w mój gust.
- Marilyn Manson – „One Assassination Under God – Chapter 1” – smutny urok tego albumu, jego ładunek emocjonalny i nawiązanie muzyczne do klasyków dyskografii artysty dało album najmocniejszy od wielu lat, godny najlepszych czasów MM.
- Khold – „Du dømmes til Død” – zawsze lubiłem styl tego zespołu, nazwałbym go wręcz przebojowym. Utwory kipią energią, dynamiką i obowiązkowym jadem. Wracam do niego częściej niż początkowo bym się spodziewał, bardzo dobra pozycja w płytotece zespołu i warta swego miejsca na regale.
- Slope – „Freak Dreams” – hardcore’owa załoga z Niemiec od początku istnienia mocno się inspiruje rapującymi załogami lat 90. Nowa płyta przyniosła swoisty mezalians ciężaru HC, funkowego groove i gęstych, głównie rapowanych wokali. Coś dla fanów Infectious Groove czy pierwszego H-Blockx.
- Bruce Dickinson – „The Mandrake Project” – tu nie ma co wiele się rozwodzić. Świetny powrót do solowego grania, mocna kondycja, dobre piosenki, zapamiętywalne melodie i potężne brzmienie.
- Sebastian Bach – „Child Within The Man” – takiego hard rocka mógłbym słuchać cały czas. Bacha lubiłem w Skid Row i lubię solo. Zdarzały mu się gorsze płyty, ale ostatnia do nich nie należy. Jest przebojowo, ale z ciężarem. Płyta, do której na pewno będę wracał już zawsze.
- Pure Reason Revolution – „Coming Up To Consciousness” – znam ten zespół od dawna, ale nigdy nie udało mu się nagrać płyty, która by mnie uwiodła w stu procentach. „Nówka” to w końcu zmieniła. Piękne melodie, piękny duet wokalny i rock progresywny, jaki zaliczyłbym do gatunku tych bardziej rozmarzonych, klimatycznych.
- Jerry Cantrell – „I Want Blood” – za każdym razem, gdy słucham tej płyty, zastanawiam się dlaczego nie ukazał się z logiem Alice in Chains. Chyba do tej pory żaden solowy album Cantrella nie nawiązywał aż tak do klimatu Alicji i aż tak bardzo mi się nie podobał. Płyta, która zdecydowanie zasługuje na sprawdzenie i zapamiętanie.
- Nonexister – „Demons” – szwajcarski projekt zaczął swą karierę na wysokim poziomie. Łatwo mnie złapać na dobry industrial, ale ten album jak dla mnie wykracza poza przeciętność. Słyszalne nawiązania do Nine Inch Nails absolutnie nie przeszkodziły muzykom w stworzeniu własnego stylu i brzmienia. Jestem bardzo ciekawy dalszego rozwoju zespołu.
- P.O.D. – „Veritas” – płyta, którą włączyłem z nudów, z nastawieniem prawie zerowym. Wciągnąłem się. Nadal nie widzę tego rozdmuchiwanego, wielkiego powrotu nu metalu w jakości nagrywanych albumów, ale ten krążek jest jednym z niewielu wyjątków. W ich dyskografii poza „Satellite” nie było niczego, co dałbym radę słuchać. Nowa płyta jest chyba najcięższym dziełem zespołu, poza obowiązkowymi, przebojowymi kawałkami, trafiło tu parę naprawdę ciężkich partii, a całość wydaje się szczera. Band chyba chciał coś sobie udowodnić i wrócić w mocnym stylu, co na moje się udało. Kto nie lubi takiego komercyjnego grania, to w porządku , niech nadal trzyma się od nich z dala, nie zmieni zdania.
Piotr Czwarkiel
Przymierzając się do tegorocznego podsumowania roku, bałem się ile przegapiłem. Proza życia wyłączyła mnie ze śledzenia nowości muzycznych w takim stopniu jak w ubiegłych latach. Jednak robiąc przegląd premier roku 2024, okazało się, że jednak sporo dobrych nowości zagościło u mnie na dłużej. Poniżej moje muzyczne podsumowanie roku 2024 wraz z krótkim komentarzem.
Kalt Vindur – „Magna Mater” – bardzo mi się podoba rozwój tej dukielskiej hordy. Z płyty na płytę pokazują nieco inne oblicze, lecz nadal w ich muzyce czuć ten wyjątkowy pierwiastek indywidualności. Nowa płyta jest wspaniała od pierwszej do ostatniej sekundy.
Witch Club Satan – „Witch Club Satan” – to black metal serwowany przez roznegliżowane Norweżki. Muzycznie jest to klasyczne granie, ale całościowo wyczuwam w tym sporą dozę szczerości, jak i dzikiej muzycznej agresji. Feministyczny black metal \m/
Halny – „Zawrat” – kiedy masz ochotę posłuchać nowej Mgły (a ona wydaje jakąś koncertówkę), a dwie ostatnie płyty Furii omijasz szerokim łukiem, wtedy warto zanurzyć się w muzycznej otchłani opolskiej kapeli Halny i pójść na Zawrat. Mistrzostwo!
Thaw – „Fading Backwards” – oj długo czekałem na nowy album Sosnowiczan, a teraz pieję z zachwytu i generuje scrobble na last.fm w ilościach hurtowych.
Akhlys – „House of the Black Geminus” – po raz kolejny Amerykanie dowożą. Tutaj wszystko się zgadza, diabelskie ambienty powciskane między szaloną ścianę black metalowych dźwięków.
Wandal – „Ryk przodków” – jak to mawiają – nie samym metalem człowiek żyje. No i dobrze, bo gdybym przespał tę muzykę, to bym wiele stracił. Polsko-norweski folkowy projekt pokazuje, że można grać fajną muzykę, nie kopiując na siłę Wardruny czy też Heilung. Wielkie propsy.
Axioma – „Live Totality” – uwielbiam odkrywanie muzyki za pośrednictwem algorytmu Youtube’a. Pewnego dnia wyskakuje mi jak Filip z konopi, nieznana dotychczas grupa Axioma i robi takie wrażenie, że próbuję się pozbierać. Kompozycja została napisana specjalnie na potrzeby występu i nagrana w trakcie pełnego zaćmienia Słońca na przyczepie nad jeziorem. Sludge / post-metal z elementami blacku i do tego pełna paleta emocji.
Horned Almighty – „Contagion Zero” – zgubiłem ze swoich muzycznych radarów duński Horned Almighty, ale jak tylko w moje ręce wpadła nowa płyta, to nie omieszkałem jej sprawdzić. Nie zawiodłem się, bo „Contagion Zero” to wulkan niesamowitych melodii. Polecam bardzo.
Hulder – „Verses in Oath” – czyli po raz kolejny znakomity black metal.
Iotunn – „Kinship” – płyta z mocnym vibem norweskiego In the Woods…. Piękne wokale okraszone prog metalem.
Na koniec wyróżnienia kieruję dla płyt: SERPENTS OATH „Revelation”, FIVE THE HIEROPHANT „Apeiron” oraz KIR „L’appel du vide”.
Wadim Filiks
Inżynier Mamoń w „Rejsie” mówił, że podobają mu się melodie, które już raz słyszał. Mam podobnie. Choć staram się być na bieżąco z nowościami wydawniczymi, to często potrzebuję więcej czasu, żeby przekonać się do tej czy innej płyty. A im więcej lat na karku, tym coraz trudniej przychodzi mi zakochanie od pierwszego odsłuchu. Mimo to, w 2024 roku znalazło się kilka albumów, które częściej gościły w moim odtwarzaczu.
- Panzerfaust – „The Suns of Perdition – Chapter IV: To Shadow Zion” – mój tegoroczny niekwestionowany numer jeden. Rewelacyjny album, który polecam z całego serca. Świetnie zwieńczenie serii czterech albumów, zapoczątkowanej krążkiem z 2019 roku. Opus magnum Panzerfausta? Myślę, że ekipa z Kanady wciąż nie powiedziała ostatniego słowa.
- Akhlys – „House of the Black Geminus” – jak obiecał, tak zrobił. Naas Alcameth przekonywał w licznych wywiadach, że nie wyda na świat bliźniaczej kopii świetnej „Melinoë”. Do najnowszego placka Akhlys podchodziłem nieco z rezerwą, ale po kilku spinach oniryczny black metal sprawił, że stałem się porwany obłędem 😉
- Paysage d’Hiver – „Die Berge” – ależ powrót zaserwował nam w tym roku Wintherr! Jego one man band o nazwie Paysage d’Hiver to prawdziwy klasyk helweckiego black metalu, w którym wszystko się zgadza, jak w szwajcarskim zegarku. „Die Berge” perfekcyjnie kontynuuje obrany na poprzednich krążkach kierunek.
- Kanonenfieber – „Die Urkatastrophe” – choć nie dorównuje debiutanckiej „Menschenmühle”, to i tak „Die Urkatastrophe” świetnie się słucha. Opowieści z frontów Wielkiej Wojny okraszone melodyjnym black i death metalem to popisowy element Kanonenfieber – jednego z najważniejszych niemieckich fenomenów ostatnich lat.
- Wormwitch – „Wormwitch” – bardzo pozytywne zaskoczenie, które może przekonać niedowiarków powątpiewających w umiejętności kanadyjskiej kapeli Wormwitch. W tym roku ekipa uraczyła nas self-titled albumem, który prezentuje bardziej zaciekłe, bezkompromisowe i mocniejsze spojrzenie na melodyjny black metal.
- Nimbifer – „Der böse Geist” – na liście TOP10 nie mogło też zabraknąć debiutanckiego wydawnictwa, a wybór był spory, bowiem rok 2024 obfitował w nowe kapele na rynku metalowym. Jeśli mam kogoś wyróżnić, to mój wybór pada na niemiecki Nimbifer. „Der böse Geist” to hołd oddany norweskim klasykom blacku, pełen surowości i ziarna.
- Thou – „Umbilical” – Thou to ansambl, który na swoim koncie ma już ponad 50 wydawnictw, w tym głównie epki, splity i kompilacje, ale też sześć długograjów. Najnowsze LP o nazwie „Umbilical” to kolejny dowód na to, że zespół nie zbacza z wytyczonej ścieżki, ale wciąż nie boi się eksperymentować z nowymi elementami.
- Svar – „In the Land Called Night” – na polskim rynku pojawił się w tym roku debiutancki album krakowskiego Svar, czyli solowego projektu Kamila Bolesty. Placek pełen znanych i lubianych inspiracji drugą falą BM, który po raz wtóry udowadnia, że Polska metalem stoi. Bardzo przyjemna płyta – warto po nią sięgnąć.
- Psychonaut 4 – „…of Mourning” – przyznam bez bicia, że nie byłem nigdy wielkim fanem gruzińskiego Psychonaut 4, choć doceniałem ich ambitne podejście do DSBM. Ich najnowszy krążek wywarł jednak na mnie zaskakująco dobre wrażenie. Na „…of Mourning” depresyjne zawodzenie ustępuje dobrze skonstruowanym melodiom, odkrywając odświeżone oblicze zespołu.
- Mgła – „Torn Aether – Live Recordings 2013-2022” – miało być nowe KSM, miała być nowa Mgła, no i po części jest. Z tym że dostaliśmy kompilację występów na żywo, stanowiącą ciekawy przegląd katalogu płyt M. i Darkside’a. Dwie godziny materiału live to wciąż tylko namiastka energii, jaką wyzwala Mgła na koncertach. Niemniej jednak jest to cenne wydawnictwo, które trzeba znać.
Annika Gucwa
Tegoroczne podsumowanie wypadło u mnie mocno elektronicznie i gotycko. Nie samym metalem człowiek żyje, a muzyka może być przecież ciężka również dzięki ładunkowi emocjonalnemu czy konkretnemu, trzepiącemu po kościach beatowi.
Kolejność artystów alfabetyczna.
Chelsea Wolfe – „She Reaches Out to She Reaches Out to She” – to, że Chelsea Wolfe nie ma na swoim koncie złych albumów, jest dla mnie oczywiste. Swoim najnowszym wydawnictwem jedynie ugruntowała swoją pozycję wśród moich faworytów 2024, a charakterystyczne dla artystki gitarowe granie w połączeniu z elektroniką stało się dla mnie ścieżką dźwiękową na całkiem sporo zimowych wieczorów.
Dom Zły – “Ku Pogrzebaniu Serc” – black metalowa surowość i atmosferyczne partie w wykonaniu Domu Złego są po prostu bezbłędne. Przy odtwórczym charakterze wielu nowości wydawniczych w metalu jeszcze bardziej doceniam bezpośredniość i szczerość zespołu, podobnie jak ich talent do pisania ciężkich utworów niepozbawionych melodii.
Ductape – “Echodrama” – wszystkich, którym z tureckim gotykiem kojarzy się jedynie She Past Away, od razu odsyłam do fenomenalnych Ductape. Głęboki damski wokal, chwytliwe partie gitary i hipnotyczne syntezatory na długo zatrzymały mnie przy tej płycie.
Gesaffelstein – „Gamma” – jedyny minus tego albumu to metraż. Niecałe pół godziny to zdecydowanie za mało, żeby zasłuchać się w mrocznym techno najwyższej próby – choć i na to można przymknąć oko, słuchając utworów tak genialnych, jak Mania czy Hysteria.
Justice – “Hyperdrama” – nie zliczę, ile razy wracałam do tego wydawnictwa. Po ośmiu latach studyjnej przerwy Justice wrócili z albumem, w którym zatraciłam się całkowicie, i który prezentowany na żywo doprowadza do zachwytu absolutnego, wylewu łez i tańca do upadłego. To się nazywa love I can’t fake.
Larmo – “Alarm” – od kiedy zobaczyłam występ Mirka na żywo w roli supportu przed Zamilską, regularnie wracam do tej płyty. Ciężki, industrialny beat, noise i techno – jest tutaj wszystko, czego potrzeba, by rozkręcić elektroniczny set na żywo, a przy tym na dobre pozostać w pamięci słuchaczy.
Twin Noir – “2 Punks and a Tape Machine – Chapter 2” – po doświadczeniu ich koncertu na żywo pozostaję zachwycona ciężką pracą Twin Noir zarówno jeśli chodzi o występy, jak i tempo wydawania nowego materiału. Jasne, że ilość nie zawsze idzie w parze z jakością, jednak u Twin Noir oba niezmiennie pozostają na wysokim poziomie, a ich post-punkowy repertuar to klasa sama w sobie.
Twin Tribes – “Pendulum” – chyba najlepszy jak dotąd album teksańskiego duetu. „Pendulum” łączy melancholię gotyku z post-punkową chwytliwością, a „piosenkowa” przystępność sąsiaduje tu obok dłuższych, świetnie przemyślanych utworów.
Ultra Sunn – “US” – mało który zespół nagrywa darkwave tak idealnie nadający się do tańca, co Ultra Sunn. Belgijski band pisanie świetnych utworów ma chyba we krwi, podobnie jak dawanie doskonałych występów na żywo.
Zeal&Ardor – “Greif” – last but not least, świetne wydawnictwo od Zeal&Ardor. Znajdziemy tu dźwiękowy i emocjonalny ciężar, kakofonię ekstremalnych odmian metalu wraz z czystym wokalem i obowiązkowymi chórami, w końcu luźne nawiązania do okultyzmu – czego chcieć więcej? Stay weird.
Trzy wyróżnienia wśród EP na koniec:
World, Interrupted – „When You See Me, Run” – polski nurt dark independent ma się świetnie, a World, Interrupted są na to kolejnym dowodem. Fantastyczny w wydaniu studyjnym i koncertowym duet nie zwalnia tempa, a ich najnowszą EPkę polecam fanom gatunku z całego serca.
William Bleak – “Traumazone” – ależ tego świetnie się słucha! Genialny w swojej prostocie post-punk, którego doświadczenie w warunkach koncertowych zostanie chyba jednym z moich postanowień na 2025.
Starless Void – „Starless Void” – doom metal najwyższej jakości. Materiał jest zaaranżowany w sposób pozbawiony dłużyzn i monotonii, a całości stanowi doskonały odsłuch.
Paweł Lach
Korzystam garściami z podobnych zestawień i weryfikuję listę rzeczy niesłusznie i przez nieuwagę pominiętych – przeczesywanie worka z nowościami to praca syzyfowa. Mam też zawsze wrażenie, że o czymś zapomniałem, a przecież w lutym katowałem w mroczne wieczory! Za łatwo muzyka do nas przychodzi, więc i łatwo ulatuje. I tym razem proszę potraktować moje typy, jako bardzo prywatne The Best Off 2024 (żadne tam silące się na obiektywizm próby wyłuskania creme de la creme muzyki hałasującej i dziwnej). Te płyty zapamiętałem, do nich będę jeszcze wracał po sylwestrowych balach i – oby! – przez kolejne lata. Zresztą czas to jedyna ich słuszna weryfikacja i rzadko kiedy podobne zestawienie przechodzi tę próbę.
Tradycyjnie podaję swe propozycje w kolejności alfabetycznej, zerkając jednocześnie, co tam koleżanki i koledzy proponują i co jeszcze wypada sprawdzić.
Akhlys – „House of the Black Geminus” – szerzej omawiałem ten album w kvltowej recenzji i przyznałem 9/10 (a była to najwyższa nota, na jaką się pokusiłem w tym roku). Najnowszym krążkiem kapela potwierdza pozycję jednego z liderów podziemnej sceny, a jednocześnie dochodzi do piekielnych granic. Gęsta ściana dźwięku, patos, mrok, błądzenie w labiryncie koszmarów – tym razem także z industrialnymi wpływami. Szczęśliwie w 2024 zobaczyłem i usłyszałem Akhlys na żywo, więc ten rok kojarzy mi się z „House of the Black Geminus” przede wszystkim.
Amyl and The Sniffers – „Cartoon Darkness” – poprzednim krążkiem Australijczycy wysoko zawiesili poprzeczkę i w 2024 znowu ją pokonali kangurzym skokiem. Z przytupem i do przodu – filozofii wielkiej tu nie ma. Krótkie piosenki bez wywijasów. Zadziorne punkowe granie, ale i przebojowe, z odpowiednio prowokującymi tekstami i teledyskami. A Amy Taylor dołączyła już do grona wybitnych rockowych frontmanek. Więcej takich pewnych siebie kobiet w mainstreamie, a ludzie znowu zaczną słuchać gitarowej muzyki!
Blood Incantation – „Absolute Elsewhere” – o tej płycie sporo się mówiło, zbierała niemalże wyłącznie entuzjastyczne recenzje. Zapewne też pojawi się w wielu podsumowaniach. Ta mieszanka technicznego, pełnokrwistego death metalu z różnymi progrockowymi i krautrockowymi cytatami przemawia do mnie niemal bez zastrzeżeń. Wiem, że są malkontenci, którzy narzekają na pewne gatunkowe połączenia i rozwiązania na „Absolute Elsewhere”. Jednak chłopaki z Blood Incantation prywatnie słuchają tak różnej muzyki – polecam ich płytowe polecanki dla yutubowego kanału Amoeba – że mają z czego czerpać i niechaj robią to coraz śmielej.
Chat Pile – „Cool World” – kto wie, czy nie najlepszy zespół w calutkim Ohio (US). A przynajmniej mój ulubiony zespół z Ohio. Ile znam jeszcze kapel stamtąd? Może i żadnej, ale Chat Pile mi wystarczy do szczęścia! Po znakomitym debiucie muzycy potwierdzili, że wiedzą jak grać brzydki, ale i kuszący zarazem sludge/noise rock z elementami awangardy i różnych styli, choć podany w chwytliwy (na ile to możliwe) sposób. W dodatku z zaangażowanymi tekstami pozbawionymi taniej dydaktyki.
Opeth – „The Last Will and Testament” – lubię Opeth. Nawet więcej – cenię i akceptuję w różnych wydaniach, i jak dla mnie nigdy nie nagrali płyty poniżej pewnego (wysokiego) poziomu. Mimo – ponownie – częściowo growlowanych wokali, Mikael Akerlefdt raczej kontynuuje wątki typowe dla ostatniego okresu twórczości, niźli udaje, że następuje powrót do korzeni. Do tego dochodzą nietuzinkowi goście i ciekawy koncept lityczny. Choć zdążyłem się Szwedami nieco znudzić przez ostatnue lata, to jednak nieśmiało, bo nieśmiało powracam na łono Mikaela. Czy jednak wrzucę tę płytę do ulubionych krążków Opeth? Jak mawiał klasyk: „Czas pokaże, czas pokaże…”
Spectral Voice – „Sparagmos” – bardzo klimatyczne, wciągające granie od Amerykanów z Denver. Od death/doom metalu (który w najwolniejszych fragmentach można opatrzyć śmiało przedrostkiem funeral) po blasty i intensywne uderzenie. Momentów wolnych tu więcej, ale Spectral Voice dba o niuansowanie swej propozycji. Niby to już było, niby znamy, ale przygniata ciężarem zmurszałego nagrobka, zmusza do żałobnej refleksji.
Thaw – „Fading Backwards” – Thaw bawi, tumani, przestrasza! Doskonała płyta, kompozycyjnie, wykonawczo, produkcyjnie, konceptualnie. Udało się stworzyć magmę przykuwających i niepokojących zarazem dźwięków, w dodatku nieoczywistych i trudnych do jednoznacznych klasyfikacji. Się chłonie przez osmozę, nie analizuje, nie rozbiera na cząsteczki, raczej uczestnicząc w pewnym rodzaju muzycznym rytuale.
Vemod – „The Deeping” – snujące się, jesienne, atmosferyczne granie na rubieżach black metalu. Bardziej romantyczna i nostalgiczna, jednak w żadnym momencie nie słodka pieśń norweskiej ziemi. Dłuuugo kazali czekać na kolejny album, ale nie rozczarowali rezultatem, a myślę, że wielu zachwycili.
Vitriol – „Suffer & Become” – Vitriol gra death metal w sposób nieszablonowy, techniczny, brutalny, dziki, niebezpieczny, ognisty. W dodatku Amerykanie sporo kombinują, wrzucają elementy z pozoru niepasujące – co jednych odstrasza, innych przyciąga. I o to chodzi.
Worms Of Senses – „Give Up!” – szerzej omawiałem ten album w recenzji na łamach Kvlt, do której odsyłam zainteresowanych muzyką niebanalną, eklektyczną, inteligentnie skomponowaną, hałasującą na różne sposoby, ale nie przeładowaną pomysłami. Polak potrafi!
Joanna Pietrzak
Fajny to był rok, pełen dobrych nowości. Może nie było dla mnie wielce spektakularnych, ale na pewno kilka albumów wartych zaznaczenia w podsumowaniach rocznych znajdzie swoje miejsce na stałe w moim czarnym sercu. Poniżej ledwie garstka, wierzchołek góry, i w moim uznaniu tyle wystarczy.
Frank Carter & The Rattlesnakes – „Dark Rainbow” – po beznadziejnie nijakim Sticky powrót Franka na rockowo-popowe tory bardzo mnie w minionym roku uszczęśliwił. Wydaje się, że Rudy pewnego pułapu popularności nie osiągnie w naszym pięknym kraju, ale zupełnie mi to nie przeszkadza.
Blood Incantation – „Absolute Elsewhere” – ależ się uśmiechałam pod nosem, czytając spory w internetach, czy to wybitny album, czy jednak przesada i tak się nie godzi. Jak dla mnie to przesada, żeby nagrać tak wybitny album. Wspaniała, wstrętna, baaardzo progowa pozycja.
Pure Reason Revolution – „Coming Up To Consciousness” – gdyby nie pewna audycja radiowa późnym wieczorem, zapomniałabym o istnieniu tego zespołu. Zdziwiła mnie ta nowość, jak i fakt, że wcale nie przepadli sto lat temu. Bardzo ładna, fajnie skrojona płyta, pozbawiona nie wiadomo jakich dłużyzn, charakterystycznych dla poprzednich średnio zjadliwych wydawnictw. Miłe wytchnienie.
Amyl and The Sniffers – „Cartoon Darkness” – krótko, treściwie, z przytupem, a nawet chluśnięciem z liścia. Takiej dynamiki i energii tu oczekiwałam, a w bonusie świetne, przebojowe, wręcz hiciarskie melodyjki.
Sivert Hoyem – „On an island” – piękny, melancholijny, momentami wyjątkowo delikatny i jednak smutny album wokalisty Madrugady przeszedł prawie bez echa, a szkoda. Niski głos Siverta koi serce i duszę, tym bardziej w wydaniu tak piosenkowym. Nie mylić z pościelówami, to zupełnie inny level.
The Cure – „Songs of a Lost World” – zawsze lubiłam The Cure, ale że uda im się (z całym szacunkiem) w tym wieku zrobić coś tak wspaniałego, to nie przypuszczałam.
Klone – „Unseen” – nadal lubię ładne piosenki z bardzo dobrą produkcją, oraz tak czyściutkie wokale. Klone nie zawsze dowozi, ale tym razem udało się w pełni.
Ulcerate – „Cutting the Throat of God” – jest w tym albumie jakaś nieopisana patetyczność i całkowicie ją kupuję, choć wydawało mi się na początku, że dość, było, już nie popłynę w taką stronę. Ajendak, a jednak.
Trentemoller – „Dreamweaver” – pewniaczek, jak zawsze. Świetna forma, doskonałe, przemyślane, oniryczne kompozycje.
Osobne wyróżnienia dla powracających na scenę Blindead23 „Vanishing” oraz Thaw – „Fading Backwards”, którzy dla mnie są utwierdzeniem w przekonaniu, że Polska pracowitym, pomysłowym metalem stoi i proszę mi tu nie marudzić, że tak nie jest. Duma!
Hubert Pomykała
Przyznaję, 2024 dostarczył sporo muzyki trafiającej w moje osobiste preferencje. Pisząc podobne słowa do poprzednich edycji naszego cyklicznego podsumowania, musiałem zazwyczaj sporo się nagłowić, ale tym razem obyło się bez większych trudności. Z nieskrywaną przyjemnością stwierdzam, że odpowiednie uporządkowanie kolejności 10 wybranych przeze mnie albumów z tego roku tym razem nie stanowiło większego problemu.
- The Cure – „Songs of a Lost World” – lubię, kiedy zespoły wielkiego formatu wracają z nowym krążkiem w sposób, mimo wszystko dosyć niespodziewany, a jeszcze bardziej cieszą mnie premiery długo wyczekiwanych wydawnictw, które nagle okazują się jednymi z najlepszych w całej karierze danej grupy. I taką właśnie płytę 1 listopada 2024 dostarczyło nam The Cure. Moim zdaniem Songs of a Lost World to kolejny evergreen Brytyjczyków, a także rzecz godna statusu klasyka już od dnia premiery.
- Jerry Cantrell – „I Want Blood” – tak jak w 2024 The Cure, doskonały powrót po latach zaliczyło niegdyś Alice in Chains, prezentując światu 15 lat temu doskonałe, przepełnione emocjami Black Gives Way to Blue. Kilka lat później solową karierę wznowił również główny kompozytor AiC, gitarzysta oraz wokalista Jerry Cantrell. Zaznaczę, że blondwłosy Jurek nie wydał wcześniej żadnego kiepskiego krążka, ale uważam, że tegoroczne I Want Blood to jego najlepsze dzieło, a także pozycja obowiązkowa dla wszystkich wielbiących legendarny kwartet z Seattle. Dorzucę, że mimo wszystko nie zgadzam się z obiegową opinią, iż numery z IWB można byłoby z powodzeniem wydać na kolejnej płycie Alicji.
- TOŃ – „Korzenie” – dawno nie byłem świadkiem tak ekscytującego debiutu na rodzimym poletku. Okazuje się, że możliwe jest godne pożenienie patentów rodem z mainstreamowego popu, post-rocka, doom metalu oraz stonera. O Korzeniach napiszę więc krótko: to po prostu przepiękna, chwytająca za serce płyta. Idźcie i przesłuchajcie ją wszyscy. Zróbcie sobie tę przyjemność, chociaż niewykluczone, że zdarzy się także uronić niejedną łzę.
- Halny – „Zawrat” – bodaj największą siłą Halnego jest umiejętność do upiększania wysmakowanymi wstawkami instrumentalnymi typowo black metalowej kanwy. To między innymi dlatego Zawrat jest płytą niezwykle melodyjną, skomponowaną z pewnym wyczuciem i wrażliwością. Jak dla mnie wszystkie te składowe mogą stanowić przepis na sukces. Życzę go zresztą owej ekipie z Opola, gdyż miałem okazję oglądać jej koncert całkiem niedawno, a konkretniej w drugiej połowie grudnia 2024. Uświadomiono mi wówczas, że Halny potrafi dawać dobre występy (i nie przeszkodziła mu w tym nawet „awaria” bębna basowego), a nowe kompozycje kontynuują wątki z Zawratu. I bardzo dobrze!
- Deus Mortem – „Thanatos” – tylko oni w tym kraju potrafią tak grać. Necrosodom i jego kompani zaserwowali nam jedną z najlepszych płyt w swojej karierze, a zainspirowane stylistyką retro brzmienie absolutnie nie odejmuje poszczególnym utworom. Jest wręcz odwrotnie, gdyż owa nadana w studiu stylistyka nakreśla pewien szczególny, natychmiast rozpoznawalny sznyt. Nie wierzę, że ktoś jest w stanie przejść obok tego albumu obojętnie.
- David Gilmour – „Luck and Strange” – nie przepadam zbytnio za niektórymi płytami Pink Floyd, ale solowa twórczość Gilmoura zawsze pozostawała bliska memu sercu. To zadziwiające, że ten facet w takim wieku (w marcu skończy 79 lat!) nadal się nie poddał, a na dodatek dostarczył nam TAKI album.
- Death Like Mass – „The Lord of Flies” – krążek, którym nie sposób się znudzić. Rewelacyjne riffy, pomysłowo zrealizowana, niemalże garażowo brzmiąca perkusja i górujące nad nią wokale przykuwają uwagę już od pierwszych dźwięków. Od The Lord of Flies nie mogłem się od oderwać już po pierwszym odsłuchu, a niniejszy album został ze mną na wiele kolejnych sesji. Co więcej, jego zawartość towarzyszyła mi również w trakcie prac nad niniejszą listą.
- Alcest – „Les Chants de l’Aurore” – można by rzec: ot, kolejna, niczym niezaskakująca, ale jednak równa płyta Francuzów. Być może nie jest ona aż tak znakomita, jak większość wcześniejszych dokonań Alcest, ale to wciąż świetna rzecz. Jej zawartość niewątpliwie broni się także na żywo, co potwierdzi zapewne zdecydowana większość osób, która tak jak i ja miała przyjemność oglądać Neige’a oraz kolegów w listopadzie 2024 w Proximie.
- Deivos – „Apophenia” – Lublin metalem stoi. Kapitalnie brzmiąca zawartość Apophenii chwyta za bebechy i nie odpuszcza do ostatniego dźwięku. Death metal najwyższej próby, świetnie zagrany, a także doskonale zaaranżowany. Zero dłużyzn i miejsca na monotonię.
- Blindead 23 – „Vanishing” – mimo że pierwsze wydawnictwo Blindead 23 nie jest pozbawione niedoskonałości, Vanishing zarówno jako całość, jak i singlowo, wciąż broni się całkiem nieźle. Przy czym nadal nie jestem w stanie traktować owych trzech, premierowych kompozycji inaczej niż wyłącznie w charakterze preludium pełnoprawnego albumu zrewitalizowanego (a może zredefiniowanego) zespołu. Tylko czy longplay spełni pompowane z miesiąca na miesiąc oczekiwania?
Łukasz Walas
Jaki był mój muzyczny rok 2024? Klasycznie – znalazłby się niemały stosik płyt, których odsłuchanie przed spisaniem podsumowania uważałem za niezbędne, a z którymi jednak zapoznać się nie zdążyłem. Tym co udało mi się usłyszeć, jestem usatysfakcjonowany. Łapcie więc listę dziesięciu wydanych w ubiegłym roku płyt, które wywarły na mnie największe wrażenie.
(kolejność mniej lub bardziej przypadkowa)
The Cure – „Songs of a Lost World” – swoje wrażenia opisałem już w recenzji tej płyty, tutaj więc podsumuję krótko – powiedzieć, że strasznie długo wyczekiwany powrót zespołu Roberta Smitha sprostał oczekiwaniom, to jak nie powiedzieć nic. Po blisko 50 latach kariery wydać jedną ze swoich najlepszych płyt, to trzeba umieć.
Hippotraktor – „Stasis” – do premiery płyty Cure uważałem Stasis za najlepszą płytę 2024 roku. Post/sludge’owa załoga z Belgii po raz kolejny dowiozła i dostarczyła płytę pełną powalających na łopatki i rozgniatających słuchacza jak robaka petarda.
Marilyn Manson – „One Assassination Under God – Chapter I” – kariera tego pana wydawała się już skończona, on jednak nie tylko wrócił, ale zrobił to we wspaniałym stylu. Nowa płyta Marilyn Manson nawiązuje do początkowych lat kariery muzyka i jego zespołu – zarówno muzycznie, jak i poziomem.
Halny – „Zawrat” – debiut roku w naszym kraju w kategorii „black metal” i chyba najjaśniej świecąca perła w katalogu Via Nocturna. Klimatyczny, wciągający i świetnie zagrany strzał właściwie znikąd – takie niespodzianki lubię najbardziej.
Zorza – „Hellven” – no to jeszcze jedna pozycja z rodzimej sceny, również black metalowa i również debiut, tyle że w tym przypadku pełnowymiarowy. Zorza na swoim pierwszym pełniaku pokazała, ile piękna może kryć się w black metalu, jeśli tylko odpowiednio ubarwić go melodiami.
Deus Mortem – „Thanatos” – w roku, w którym Deus Mortem wydaje nowy materiał, jedna pozycja do podsumowania jest zawsze pewniakiem. Thanatos to nieco łagodniejsze oblicze zespołu, podlane heavy metalowymi oraz wręcz rockowymi melodiami. Zatwardziali kvce mogą kręcić nosem, ja nie mam nic przeciwko, a wręcz przeciwnie – podoba mi się to, i to bardzo.
Alcest – „Les chants de l’aurore” – Alcest nagrał kolejną płytę na poziomie Alcest – tym, którzy zespół Neige’a znają, to powinno wystarczyć za rekomendację.
1000mods – „Cheat Death” – nowa płyta zespołu musiała trochę dojrzeć w mojej głowie, koniec końców kupuję ją jednak w całej okazałości. Są tu charakterystyczne dla nich piaszczyste brzmienia, są też te tak zwane „bangery”, które na koncercie urwały mi łeb. Kolejna świetna pozycja w niewielkiej dyskografii Greków.
Jerry Cantrell – „I Want Blood” – legenda grunge’u swoją nową płytę zapowiedziała dość niespodziewanie, spodziewać można się było za to bardzo mocnej pozycji. Tak też się stało – prawdę powiedziawszy, z całej solowej działalności Cantrella to chyba jego najnowsze dziecko „siedzi” mi najbardziej.
Dom Zły – „Ku pogrzebaniu serc” – znakomity, pełen emocji krążek, który jeszcze bardziej zyskuje w warunkach koncertowych. Dla fanów post-metalu pozycja obowiązkowa.
Damian „Synu” Wiśniewski
Tworzenie podsumowania płytowego to jak zwykle mocno problematyczne i mało wdzięczne zadanie. Nie dość, że człowiek uświadamia sobie, jak nieubłaganie mija czas i jak wielu rzeczy nie udało się przesłuchać na bieżąco, to jeszcze zmuszony jest do wyboru tych najciekawszych/najbardziej zajmujących/najczęściej słuchanych rzeczy. Kluczem w doborze mojej 10-tki był chyba głównie ten ostatni czynnik. Nie chcąc więc przesądzać o wyższości jednych płyt nad drugimi, podrzucam mój top albumów, którym poświęciłem w 2024 najwięcej uwagi.
Polska:
Deus Mortem – „Thanatos” – najbardziej przystępny i rockowy album w dorobku Necrosodoma, nie oznacza to jednak, że jakościowo mniej udany. Wręcz przeciwnie, Thanatos to odważny i stanowczy manifest artystyczny, będący perełką wśród tegorocznych premier polskiego black metalu.
Actum Inferni / Gniew – „Antidotum Na Życie” – bo nie samymi longplayami człowiek żyje. Dwa premierowe numery Draconisa zrobiły mi w tym roku bardziej, niż niejedna duża płyta z gatunku czarnego metalu. Niby tylko 20 minut materiału, a tyle dobra.
Death Like Mass – „The Lord of Flies” – krok za Deus Mortem, jednak z podobnie wyraźnym (a nawet wyraźniejszym) piętnem Diabła wypalonym w muzyce. Mark of the Devil jest prawdziwym posłańcem Belzebuba, dysponującym kluczami do wrót piekła. Na The Lord of Flies otwiera je wraz z T. Kaosem i Menthorem na oścież.
Odium Humani Generis – „Międzyczas” – może nie od razu, ale z czasem polubiłem się z atmosferyczną podróżą do lasu, którą przy akompaniamencie klasycznych norweskich riffów zaserwowali w tym roku muzycy Odium Humani Generis. Międzyczas kojarzy mi się też mocno ze starą Furią, a że na powrót do tych klimatów w oryginale nie ma raczej szans, przyjmuje tak gustowne nawiązania z otwartymi ramionami.
Poroniec – „W Połogu” – każdemu z nowopowstałych (a przecież jest ich bez liku) zespołów black metalowych w PL można by życzyć takiego debiutu. Równa, przemyślana i bardzo wciągająca płyta, z ciekawą i nieoczywistą dla gatunku oprawą graficzną.
Świat:
Spectral Wound – „Songs Of Blood And Mire” – można mieć wrażenie, że Kanadyjczycy po raz kolejny nagrywają ten sam album, jednak zupełnie nie przeszkadza mi w tym przypadku doskonalenie pieczołowicie wypracowanego stylu. Łączenie klasycznych black metalowych wzorców z diabelną przebojowością i melodyjnością wciąż wychodzi Spectral Wound znakomicie. Z niecierpliwością czekam na zbliżające się koncerty w Polsce.
Dool – „The Shape Of Fluidity” – jedna z najbardziej intrygujących i czarujących rockowych premier minionego roku. Znakomita kompozycyjnie, broniąca się zarówno studyjnie, jak i scenicznie (sprawdzone podczas koncertu u boku Hangsman’s Chair w Poznaniu). Zasłużony rozgłos i niecierpliwe oczekiwanie na ciąg dalszy.
Marilyn Manson – „One Assassination Under God – Chapter 1” – powracający z muzycznej i obyczajowej banicji Brian Warner zaserwował fanom swój najlepszy album od czasu The Pale Emperor. Każdy numer na One Assassination.. to hicior, dowodzący, że naczelny niegdyś skandalista światowej sceny rockowej wciąż ma dużo do zaoferowania.
Ulcerate – „Cutting the Throat of God” – w death metalowym garnuszku nie przewinęło się u mnie w tym roku zbyt wiele pozycji, jednak między ostatnim Nile, Blood Incantation i Black Curse, swoim blaskiem zabłysnął też ostatni album Ulcerate. Nowozelandzcy wizjonerzy gustownie połączyli pełen duszności i dysonansów death metal z przestrzenią, klimatem i majestatyczną doniosłością, spajając wszystkie elementy w idealnej harmonii.
Jerry Cantrell – „I Want Blood” – lider Alice In Chains jest dla mnie jednym z rockowych bohaterów, który mimo upływu lat, ani myśli schodzić z muzycznego piedestału. Czwarty solowy album artysty to potwierdzenie jego błyskotliwości i wielkiego talentu. 9 wspaniałych, chwytających za serducho kompozycji. Koncert na Mystic Festival jest jednym z moich tegorocznych must see.
- Podsumowanie roku 2025 wg redakcji KVLT - 6 stycznia 2026
- Bryan Adams – Kraków (31.07.2025) - 25 sierpnia 2025
- Mystic Festival 2025 – Gdańsk (4-7.06.2025) - 23 czerwca 2025

