Rok 2025 za nami!
Muzycznie był to czas intensywny, różnorodny, niepozbawiony niestety niespodziewanych pożegnań w świecie metalu, a także pełen wydarzeń i wydawnictw, które jak zawsze prowokowały do dyskusji, sporów, a czasem zmian zdania. Świętowaliśmy dziesięciolecie istnienia redakcji, wspieraliśmy się nawzajem w pobocznych projektach i kibicowaliśmy kolegom na różnych platformach działalności. Niezależnie od gustów, doświadczeń i muzycznych baniek ponownie wchodzimy w role obserwatorów sceny muzycznej wagi ciężkiej (ale nie tylko) i sumujemy swoje wybory w krótkich, subiektywnych podsumowaniach. Wśród najczęściej wymienianych wydawnictw pojawiły się skrajnie różne gatunkowo, ale jednak ugruntowane w świecie ekstremy składy: Scour, Deafheaven, 1914, Imperial Triumphant czy Der Weg einer Freiheit. Chwaliliśmy debiuty od Uulliata Digir i Haeresis. Nie zabrakło wyraźnych akcentów kobiecych w postaci doskonałych albumów od Castle Rat, Eldamar albo Anny von Hausswolff. Prawie zgodnie wybieraliśmy hipnotyczne Blut Aus Nord, Messę, i sprzeczaliśmy się elegancko o Deftones albo Behemoth. Miniony rok ponownie pokazał, że muzyka ciężka w najróżniejszych odcieniach pozostaje dla nas ważna, zaskakująca i ciągle zapierająca dech!
Zapraszamy do podsumowania roku 2025 według redakcji Kvlt!
Marcin „Mały” Brzeźnicki
Przejrzałem już kilka muzycznych podsumowań roku 2025, i porównując je z moją listą, wypada, że żyję w trochę innym świecie niż reszta muziarzy. Nie szkodzi, metal zawsze był definicją wolności i indywidualizmu, wszak metal to nie tylko muzyka, to styl życia. Zdecydowanym, muzycznym highlightem 2025 był dla mnie koncert belgijskiego Arkangel w Poznaniu, warto było czekać ponad dwadzieścia lat. Co do premier muzycznych, starałem się w tym roku wyrwać z mojego algorytmu, szukałem muzy trochę szerzej, choć moja polityka zakupowa nadal koncentrowała się na klasykach i uzupełnianiu braków w klasykach.
Scour – Gold. Bezapelacyjnie, bez zastanawiania i wątpliwości. Anselmo z kolegami trafił mnie bezkompromisową agresją, świetnymi aranżacjami i nienudzącą się formą kompozycji. Po prostu złoto.
AFI – Silver Bleeds the Black Sun. AFI zaskoczył. Wrzuciłem jeden z promujących singli, spodziewając się totalnej emo nudy. Zaskoczenie było ogromne, gdy okazało się, że zespół skierował się w stronę mrocznego rocka w stylu The Sisters of Mercy i zrobił to wzorowo. Takie skręty w muzycznych karierach uwielbiam.
Bleed – Bleed. 20 Buck Spin zaczyna wspierać bardzo różnych artystów, ale trzeba przyznać, że zawsze są to wartościowe projekty. Chłopaki z Bleed zbudowali siebie na miłości do wczesnego Deftones i ogólnie bardziej psychodelicznej odmianie nu metalu. Ich debiut zdecydowanie bardziej mnie „porobił” niż zachowawczy i nudny nowy album Moreno i spółki.
Tetramorphe Impure – The Sunset of Being. Kolejny debiutant na liście. Projekt ten również mocno wzoruje się na muzyce lat 90., na przykład na zespołach pokroju My Dying Bride. Klimat, smutne melodie, ciężar i potężny growling to podstawy stylu i zarazem najmocniejsze strony Tetramorphe Impure.
Chepang – Jhyappa. Krótki, grindowy cios. Muzyka urozmaicona, bogata w groove, ale niepozbawiona prędkości i obowiązkowej gatunkowo agresji. Jeden z mocniejszych strzałów Relapse Records w tym roku.
Malevolence – Where Only The Truth Is Spoken. Nie słucham za wiele takiej odmiany metalcore, ale Malevolence w swej wadze idzie na mistrza. Zespół łączy brutalność, bezpośredni atak hardcore’a z melodiami i fajnymi refrenami w sposób nieprzesłodzony. Wpływów jest tu wiele, ale całość kąsa wzorowo.
Phobocosm – Gateway. Jedyny reprezentant gatunku death metal na mojej liście. Płyta ukazała się niedawno, ale jego grobowy gruz mnie opętał. Słychać tu dużo z Immolation, ale inspiracje te zostały przełożone na dzisiejsze trendy w sztuce ekstremy.
Sanguisugabogg – Hideous Aftermath. Band na nowej produkcji rozbudował swój styl i wyszedł poza ramy klasycznego slamu. Nie stracił jednak na brutalności. W lutym wybieram się na ich koncert i wiele sobie po nim obiecuję.
Kirk Windstein – Ethereal Waves. Jestem dużym fanem całej działalności Windsteina. Bardzo lubię Crowbar, Down i jak się okazało jego solowy projekt również. Kirk może nie odszedł tu jakoś diametralnie od tego co robi na co dzień, nie odkrył siebie na nowo, ale na pewno do tej pory nie pokazał się z tak Black Sabbathowej strony. Są tu riffy-buldożery, jest kilka przenikających na wskroś melodii i ciekawych pasaży klawiszowych. Rzeczy, których można się było spodziewać, ale i tak się spodobały.
Split Chain – Motionblur. Trzeci debiutant na liście. Split Chain, tak jak Bleed, nie ukrywa swej miłości do Deftones, ale wpuszcza znacznie więcej wpływów spoza tego stylu. Album bardziej hałaśliwy od Bleed, ale niepozbawiony dziwnych melodii i nieoczywistych rozwiązań. Dobrze się tego słucha i mam wrażenie, że jest to znacznie świeższe, ciekawsze niż płyty dużych nazw związanych z nu metalem.
Piotr Czwarkiel
Bałem się, że będzie ciężko uzbierać płyty do TOP10. Myliłem się i to srogo. Sporo ciekawych albumów musiałem zostawić w przysłwiowym zeszycie.
- A Tergo Lupi – Howl (folk). Po wielkim sukcesie Wardruny i Heilung, na rynku muzycznym pojawiło się mnóstwo folkowych entuzjastów, nierzadko wątpliwej jakości oraz poziomu oryginalności. Włoski projekt ma jednak wszelakie predyspozycje, żeby trafić do ścisłej czołówki, co świetnie udowadnia czwartym albumem w dyskografii. Piękny klimat od pierwszej do ostatniej minuty.
- Patriarkh – Пророк Илия / Prorok Ilja. Muzyka zawarta na tym albumie to znów postęp i nowa wizja zespołu pod nowym szyldem. W pakiecie kobiecy wokal, klimatyczne chóry, zgrabna i nieprzesadzona orkiestracja, koncept wciąga w motyw przewodni historii o Proroku Ilja. Swego rodzaju kropką nad „i” było release party w Łodzi, gdzie zespół odegrał album w całości wraz z orkiestrą symfoniczną. Klasa.
- Uulliata Digir – Uulliata Digir. Eksperymentalny post-metal prosto z Poznania. Muzycznie inspiracji słychać tu sporo: Cult of Luna, Tool, Absent in Body, Obscure Sphinx, Furia, Oranssi Pazuzu. Całość wraz z tekstami mnie osobiście powala, choć słyszałem opinie, że to płyta z kategorii love it or hate it.
- Dormant Ordeal – Tooth and Nail. Oj niezliczoną ilość razy przemieliłem tę płytę. W death metalu AD 2025 z takim progresywno/technicznym zacięciem nie słyszałem nic lepszego.
- Hållbar – Nemesis. Nie raz dzieliłem się opinią, że uwielbiam debiutantów, w muzyce których czuć dzikość i szczerość. Tutaj warszawska ekipa zgrabnie łączy melodyjne partie gitar w black/death metalowym anturażu, okraszone dzikim kobiecym wokalem z deathcore’owym vibem.
- Scour – Gold. Poczynania black metalowej kapeli pod dowództwem Anselmo z Pantery śledziłem od pierwszej EPki, ale to, co wypluto na pełnym albumie, przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Intensywność i dzikość to chyba najlepsze określenia, opisujące płytę Gold.
- Myr – Helvegen. Dwóch Polaków, rezydujących w Norwegii, przesiąkniętych zagranicznym klimatem, stworzyło album, którego nie powstydziliby się ich zapewne ich idole, tuzy norweskiego bm kalibru Satyricon czy Bathory.
- Haeresis – Si Vis Pacem Para Bellvm. Laur roku należy też do niemieckich post-black metalowych debiutantów z Hæresis.
- 1914 – Viribus Unitis. Zespół 1914 urzekł mnie swoim debiutem, potem śledziłem ich poczynania nieco po macoszemu. Ale po usłyszeniu najnowszego wydawnictwa ukraińskiego zespołu – zmiotło mnie. Bardzo polecam.
- Ciężko było wybrać płytę zamykającą mój TOP10: Behemoth wypuścił wyjątkowo dobry album, na równie wysokim poziomie stanął Hate (choć Rugię oceniam wyżej od Bellum Regiis), Debemur Morti wydał znakomite Blut aus Nord oraz Martröd, Novembers Doom wydaje się ciekawszą propozycją wobec ostatnich dokonań PL czy MDB. Suma summarum stawiam na Mysthicon – Bieśń.
Tuż za podium: Gaahls Wyrd – Braiding the Stories, Sothoris – D.O.M., Nasciturus – Fabulae, Impermanence – Anicca, Symbolical – Hope for Aerist.
Wadim Filiks
Nostalgiczny to był dla mnie rok, naznaczony przede wszystkim świetnym koncertem Pantery w czeskiej Ostrawie. W przerwach od celebracji każdego dźwięku zmiksowanej przez Terry’ego Date’a wersji Reinventing the Steel z 2020 udało mi się jednak pozostać na bieżąco z najważniejszymi nowościami płytowymi. Choć zabrakło mi solidnych pretendentów do miana albumu roku, z nieskrywaną radością podzielę się paroma wydawnictwami z roku 2025, które częściej niż raz gościły w moim odtwarzaczu. Kolejność przypadkowa (albo i nie).
- Kanonenfieber – Live in Oberhausen. Nie ukrywam, że mam pewien sentyment do ekipy z Bambergu i śledzę ich poczynania od debiutu z 2021 roku. Wydana w 2025 roku koncertówka była zarejestrowana rok wcześniej przed publicznością w Oberhausen. Koncertowa płyta łączy najlepsze elementy dwóch LP zespołu, a przy tym jest świetnie zmiksowana. W sam raz pod zbliżającą się trasę koncertową Kanonów.
- Coroner – Dissonance Theory. Jednym z milszych zaskoczeń minionego roku był powrót szwajcarskiego Coronera, którego sporo słuchałem za dzieciaka (Masked Jackal FTW). Oliwy do ognia dolał fakt, iż Dissonance Theory to pierwszy studyjny długograj grupy od… 1993 roku. Doświadczeni muzycy nadal dostarczają, a krążek stanowi ciekawy balans pomiędzy progresywnymi wycieczkami grupy sprzed trzech dekad z nowoczesnymi technikami produkcyjnymi. Efekt jest taki, że wprawny słuchacz od razu rozpozna autorów dźwięków, a jednocześnie dziesięć nowych numerów ma w sobie dużo świeżości.
- Blut Aus Nord – Ethereal Horizons. Z francuskim Blut Aus Nord nie ma tego problemu, co z Coronerem – to trio regularnie raczy swoich fanów nowymi kompozycjami. Ethereal Horizons to ich szesnasty longplay, a niespełna 52 minuty materiału słucha się jednym tchem. Zespół doprowadził swój amalgamat atmosferycznego blacku i ambientu do perfekcji, aczkolwiek można mu zarzucić pewną powtarzalność motywów na ostatnich krążkach. Mimo to najnowsze dzieło Francuzów jest niezwykle klimatyczne i zdecydowanie godne uwagi.
- Der Weg einer Freiheit – Innern. Pamiętam, jak ogromne wrażenie wywarła na mnie wydana w 2017 roku płyta Finisterre. Zeszłoroczne wydawnictwo Der Weg einer Freiheit może i nie powtórzyło tego efektu, ale i tak zasługuje na co najmniej kilka odtworzeń. Nagrana już z nowym basistą płyta kładzie nacisk na warstwę rytmiczną, a perkusja niejednokrotnie zbiera całą atencję. Solidna porcja nowoczesnego black metalu.
- Scour – Gold. Pięć lat przyszło nam czekać na pełny album amerykańskiego Scour po pozytywnie przyjętej epce Black. Phil Anslemo w końcu na poważnie zaczął spełniać się w blacku, który inspirował go już w drugiej połowie lat 90. Dla jednych odkrycie, dla innych rozczarowanie – album Gold przyciąga uwagę dzięki swojemu frontmanowi. Gdyby nie obecność Phila, czy Scour miałby szansę wybić się spośród tysięcy kapel o podobnym brzmieniu? To chyba nie ma znaczenia, bowiem całościowo płyta wypada solidnie, choć Ameryki (sic!) nie odkrywa.
- Uulliata Digir – Uulliata Digir. Rok 2025 zacząłem od odsłuchu poznańskiej formacji Uulliata Digir, debiutującej swoim self-titled albumem. Wysokiej klasy i nie dający się tak łatwo zaszufladkować materiał w swojej recenzji porównywałem do twórczości Hansa Zimmera, Obscure Sphinx i Michała Lorenca – tak, poznaniacy potrafili wziąć po szczypcie różnych przypraw, tworząc swój nietypowy muzyczny kociołek.
- Pokuta – Metanoia. Za wszelką cenę chciałem uniknąć wyróżniania jednego polskiego albumu w osobistej kategorii „debiutu roku”. To nie KFPP w Opolu. Dlatego do mojego zestawienia trafiła rzeszowska Pokuta – młode trio, które zawiązało się w 2024 roku, a na Halloween 2025 wypuściło swoją pierwszą epkę, Metanoia. Solidna porcja black metalowego grania inspirowana norweskimi klasykami gatunku, w której wyróżniają się echa starego Mayhem. Warto śledzić kolejne poczynania grupy.
- Patriarkh – Prorok Ilja. Nowa nazwa, nowa jakość. Do Proroka Ilji początkowo nie mogłem się przekonać, nie byłem w stanie przebrnąć dalej niż do końca Wierszalina II, szczególnie z powodu zabijających tempo melodeklamacji. Zdanie zmieniłem po usłyszeniu materiału na żywo w zabrzańskim CK Wiatrak. Każdy kolejny odsłuch utwierdzał mnie w przekonaniu, że kierunek obrany przez Patriarkha jest słuszny, a przyświecający albumowi koncept broni się – przede wszystkim na scenie, gdzie teatralność spotyka solidną warstwę muzyczną.
- Robert Plant – Saving Grace. W przerwie od tych wszystkich metali otrzymałem też w 2025 płytę, która ma działanie kojące, a jednocześnie udowadnia, że niektórzy muzycy potrafią się starzeć z klasą. Legendarny wokalista Led Zeppelin, Robert Plant, wydał swój najnowszy krążek wraz z Suzi Dian i formacją Saving Grace. Tym razem sięgnął po nieoczywiste covery, tworząc inspirowane muzyką korzeni i americaną wersje zarówno tradycyjnych, jak i popularnych utworów, w tym Everybody’s Song z repertuaru dream popowego Low. Chapeau bas!
- Black Sabbath – The Eternal Idol. Właściwie to powinienem uhonorować w tym miejscu Ozzy’ego (R.I.P.), wyróżniając zeszłoroczną wersję War Pigs w wykonaniu Judas Priest i samego Księcia Ciemności. Jednakże w 2025 roku ukazało inne ważne wydawnictwo związane z Black Sabbath – co prawda bez Ozzy’ego, a z Tonym Martinem na wokalu. Zremasterowana (w końcu!) wersja The Eternal Idol pozwala odkryć ten nieco zapomniany album na nowo. Odkurzony Ancient Warrior brzmi niezwykle świeżo, a cały krążek można stawiać na równi z Headless Cross.
Annika Gucwa
Czego by nie mówić o tym roku, to muzycznie zarówno pod kątem koncertowym, jak i wydawniczym zaliczam go do udanych. Obok stuprocentowo pewnych pozycji na moim osobistym podium znalazło się również miejsce na kilka niespodzianek, których słuchałam godzinami.
Kolejność alfabetyczna.
Behemoth – The Shit ov God. Nieco pretensjonalny tytuł nie przekłada się na szczęście na jakość płyty. Behemoth mają na swoim koncie kolejny album, który bezbłędnie łączy agresję i monumentalność. Klasa.
Hexvessel – Nocturne. Występ Hexvessel na festiwalu Roadburn był dla mnie okazją do przedpremierowego wysłuchania całości Nocturne na żywo, a tegoroczna premiera „jedynie” przypomniała o tym fenomenalnym połączeniu rytualnego folku i black metalu podanym z wizjonerstwem głównodowodzącego Kvohsta.
Marie Davidson – City of Clowns. W dużym skrócie: kawał znakomitej, nośnej elektroniki z błyskotliwym (choć niekoniecznie pozytywnym) komentarzem na temat społeczeństwa i sztuki.
Messa – Spin. Bardzo udany powrót Messy. Dzięki świetnej produkcji tego zgrabnego połączenia dark ambient i gothic rocka z doom metalem słucha się jeszcze lepiej.
Minuit Machine – Queendom. Choć nie należę do grona najzagorzalszych słuchaczy Minuit Machine, mam w zwyczaju śledzić nowe wydawnictwa francuskiej artystki. Queendom gościło w moich słuchawkach na tyle często, że miejsce w moim rankingu zapewniło sobie chwytliwą elektroniką i wysokiej jakości darkwave.
Sextile – yes, please. Świetna płyta zarówno w warunkach studyjnych, jak i na żywo. Wprost niesamowity groove i kipiące energią tracki są tutaj po mistrzowsku przełamywane transowym brzmieniem i chłodem synthów.
Sierra Veins – In the Name of Blood. W swoim jednoosobowym projekcie Annelise Morel po raz kolejny udowadnia, z jaką łatwością odnajduje się w stylistyce synthwave. Na jej najnowszym albumie melancholia sąsiaduje z wściekłością, a podejście do muzyki jest bezkompromisowe i bardzo osobiste.
Ultra Sunn – The Beast in You. Ależ mnie ucieszyła zapowiedź nowego albumu po ich zeszłorocznym wydawnictwie! W oczekiwaniu na premierę niemal zacierałam ręce, a darkwave’owych bangerów od Ultra Sunn namiętnie słuchałam całymi dniami.
Undertheskin – NEVER|RETURN. Na swojej kwietniowej trasie zespół zapowiadał premierę nowego krążka i stanął na wysokości zadania. Coldwave w ich wydaniu niezmiennie wypada dość minimalistycznie, a przy tym w stu procentach szczerze, bez przekombinowania czy udziwnień. Właśnie takie undertheskin jest bliskie mojemu zimnemu, gotyckiemu sercu!
Årabrot – Rite of Dionysus. Kierunek wyznaczony przez Årabrot już kilka wydawnictw temu nie przestaje mnie intrygować. Chociaż nieodzowny w ich muzyce surowy, rockowy trzon wybrzmiewa z mocą, to duchowy wymiar ich twórczości nabiera tu jeszcze większego znaczenia, a odsłuch albumu (zgodnie z tytułem) naprawdę przypomina rytuał.
Paweł Lach
Spotify podsumowując mój muzyczny 2025 rok orzekło, że mam gust osoby 60+. I kryje się w tym spostrzeżeniu mądrość algorytmów, bo od kilku lat raczej nasłuchuję, co słychać w obozach moich ulubieńców i czy wielkie firmy dostarczają wciąż czegoś interesującego. A nawet jeśli nie, to lubię odkurzyć ich klasyki. Smutno mi było, że zawiodłem się niestety na paru moich idolach, ale nie zdradzę których. Na szczęście wielu weteranów wciąż trzyma się nieźle, by wspomnieć Helloween, Turbo, Testament, Sodom, Destruction czy Coroner. Choć wyżej wymienieni nie w skoczyli ostatecznie do mojego subiektywnego podsumowania, to zasłużenie znajdą się w wielu innych. Chwała Starej Gwardii! Ale w mojej – alfabetycznie ułożonej dyszce – nie każdy trąci zaprzeszłym PESEL-em.
Armia – Wojna i pokój– żeby nie gadali, że tylko diabeł ogonem miesza w redakcyjnych podsumowaniach. Bardzo mnie ucieszyła ta płyta, która przywołuje ten sam podniosły, poetycki, a jednak pełen pasji i energii klimat pierwszych albumów. I muzycznie, i tekstowo rzecz wciągająca i niepokojąco na czasie.
Awakeness – Low Spirits. Kapela z mojej małej miejscowości, ale nie promuję tylko z powodu lokalnych powinności. Poznałem chłopaków, gdy jeszcze pacholęciami byli i wypuszczali swoje debiutanckie demo, już obiecujące, ale nieco nieporadne. Każda ich kolejna produkcja to solidny krok naprzód. Debiutancki album to już pokaz siły i intrygujący miks blacku i deathcore’u.
Blut Aus Nord – Ethereal Hirozons. Łatwo mnie złapać na takie majestatyczne, psychodeliczne, rozbuchane hocki klocki. I tym razem Normandczykom się udało. I jakoś tu melodyjnie, bardziej chwytliwie, kusząco. A może tylko mi się wydaje?
Castle Rat – The Bestiary. Jak grać epickiego, brudnego doom hard rocka, to tylko w futrach i stalowych stanikach! Trzeba oczywiście uznać taką konwencję, ale ja jestem nerdem, więc łykam ją bez popitki – za hallowenowo/rekonstruktorskim anturażem stoi jednak kawał porządnego grania, to nie żaden zgryw.
Deafheaven – Lonely People With Power. A wiecie, że właściwie nigdy nie zagłębiałem się w ich dyskografii? Tyle mówiło się jednak o nowym albumie, że wypadało sprawdzić. No i zaskoczyło! A może skończę właśnie na „Lonely People With Power”? Ta mieszanina hałasu, atmosfery, dekadentyzmu i kalifornijskiego słońca wystarcza mi do szczęścia.
Evoken – Mendacium. Ja po prostu bardzo lubię takie granie, które przywołuje w pamięci czasy świetności starego dobrego My Dying Bride czy Anathemy. Amerykanie podążają powolnie i dostojnie krainami cieni, a ja wraz z nimi kroczę z ochotą.
Imperial Triumphant – Goldstar. Dekadentyzm, dark jazz, Szatan, chaos, black metal, New York i Metro Goldwyn Mayer – tak trzeba żyć, z pompą, trzymając w jednej dłoni butelkę bourbona, a w drugiej cyrograf!
Messa – The Spin. Przynajmniej dzięki poprzedniej płycie o Włochach zrobiło się już głośno, ale mnie kupili – całkowicie zresztą – dopiero ostatnim albumem, który uważam za kompletny, wciągający, z miejsca klasyczny, gotowy zostać ze mną na dziesięciolecia.
Wardruna – Birna. Wardruna jaka jest, każdy widzi. Niczym mnie nie zadziwiła, ale jakoś przyjemniej czytało się komiksy z Thorgalem, gdy Einar śpiewał.
Yardburn – Junk. W 2025 roku może nie śrubowałem rekordu w ilości recenzji na łamach Kvlt, ale wśród płyt, o których wyraziłem swą opinię, ta dostała najwyższą notę. A to polska rzecz, ciekawa w każdym aspekcie – od muzyki, poprzez teksty, na oprawie graficznej albumu kończąc. Chłopaki grają z jajem, energią, bawiąc się konwencjami.
Joanna Pietrzak
Fajny był ten rok, nie zapomnę go nigdy. Wśród wydawnictw, które w 2025 roku wzbudziły we mnie ludzkie odruchy – ekscytacji, tudzież chociażby zainteresowanie – królowały przede wszystkim pewniaczki, do których byłam przekonana zanim ujrzały światło dzienne. Specjalne miejsce w moim czarnym serduszku zajmuje jednak jedna płyta – Proghma-C, od której zaczęła się kiedyś moja przygoda w pięknym, wielce zabawnym gronie. Ale to zupełnie inna historia. Jak zwykle zatrzymały mnie przede wszystkim składy, których nie da się bezpiecznie sklasyfikować i to ich wykraczanie poza wszelkie umowne ramy ma paradoksalnie największy dla mnie sens.
Proghma-C – Equation_Toxic: A. Jak mi miło w końcu powiedzieć cokolwiek o tej płycie! Trzy różne numery – dwa melancholijno-depresyjne i jeden 27-minutowy kolos. Ekstremalna forma idzie sobie pod rękę z narracją i konceptem. Całość jest wymagająca, skręca w różne rejony, zmienia tempo, czasem jest nawet niekomfortowo, a mimo wszystko udało się zachować tu kręgosłup. Perkusja szaleństwo, gitary i elektronika wariactwo, wokal we wszystkich odcieniach najlepszy pod słońcem. Album w jakiś sposób pozostał konsekwentny, spójny i ostatecznie pięknie wyprodukowany. Wspominałam, że Proghma-C nagrała ten materiał 10 lat temu? No cóż. Dwa wywiady temu z chłopakami przeżywałam tę nadchodzącą wtedy premierę równie mocno, co w tym roku. Rzecz dziwna i wspaniała. I o to w tym chodzi.
Imperial Triumphant – Goldstar. Amerykanie się nie patyczkują i dalej brną w swój kwadratowy metalowy chaos i jazzową dysharmonię. Być może to ekstraklasa awangardy. Być może bezczelne zadzieranie nosa. Ja to ciągle kupuję i się w tym lubuję.
Deafheaven – Lonely People With Power. Największą obelgą dla niektórych jest ironiczny epitet pod postacią „sympatyczny”. Tu jednak pasuje mi jak ulał to określenie – to jest sympatyczny album z sympatycznym pomysłem na całość.
Konrad Ciesielski – Koniec. Konrad poza swoim perkusyjnym kunsztem, pokazał kolejny raz talent kompozytorski i wydał album pod swoim nazwiskiem, dostarczając muzycznego ukojenia. Koniec to wydawnictwo bardzo nastrojowe, z wyraźną inspiracją od Mammal Hands czy Go Go Penguin. Jest subtelnie, bez krzyków, prawie kameralnie, ale też emocjonalnie i mocno w wyrazie tam, gdzie siła przekazu powinna być uwypuklona.
Anna von Hausswolff – Iconoclats. Znalazłam tu wszystko, co Anna tworzy najlepiej – klimat, duchowość, mroczny, trudny ambient i ciemność. Piękne, niepokojące, wciągające wydawnictwo.
Deftones – private music. Nie ma dla mnie obecnie bardziej nostalgicznej grupy niż ekipa Chino Moreno. To płyta bardzo nierówna, ale dalej bardzo dobra.
Hubert Pomykała
Przez zdecydowaną większość 2025 roku słuchałem głównie klasyków spod znaku r’n’b, soulu i punk rocka, nurkując między innymi w przepastnych katalogach wytwórni Motown, tudzież dyskografiach Sade czy wspaniałych Circle Jerks. Żeby było zabawniej, mniej więcej w tym samym czasie narzekałem znajomym, iż nie słyszałem zbyt wielu dobrych płyt wydanych podczas ostatnich miesięcy. W końcu nie ma to jak pobyć sobie spokojnie w błogiej nieświadomości, nieprawdaż? Tak czy inaczej muziarskie zaległości zacząłem nadrabiać dopiero w okolicach października i mocno się wówczas zdziwiłem, natrafiając na kolejne znakomite wydawnictwa. Część z nich znajdziecie poniżej. Wciąż zostało mi sporo ciekawych albumów do przesłuchania, a co najmniej kilka ciekawych płyt zadebiutowało pod koniec grudnia, czyli wtedy, gdy zazwyczaj nie mam czasu na nic, oprócz ogarniania około-świątecznego chaosu, niemniej przedstawiam krótkie zestawienie, które mogę szczerze polecić już teraz.
Vauruvã – Mar da Deriva. Moja wiedza o zjawisku jakim jest black metal najwyraźniej wciąż pozostaje szczątkowa, ponieważ nie spodziewałem się tak zgrabnego połączenia wpływów zaczerpniętych z muzyki brazylijskiej z gitarami łojonymi tremolo i perkusyjnymi blastami. Mar da Deriva przykuwa mnie niczym czar, któremu nie mogę się oprzeć. Ale też wcale nie chcę go przezwyciężać.
Maruja – Pain to Power. Dla mnie to po prostu najlepszy punk rockowy materiał, jaki słyszałem od dawna.
PRO8L3M – Ex Umbra Ad Libertatem. Wydawnictwo dzielące fanów warszawskiego duetu – dla wielu najgorsza rzecz, jaką stworzył Oskar i Steez, zaś dla mnie najlepszy album w ich wspólnej karierze (pierwszego Art Brut nie wliczam, bo to przecież mixtape). Sporo tu luzu, rapowania na specyficznej wyjebce i eksperymentowania. Również i tutaj znajdziecie całe pokłady szeroko pojmowanego punk rocka.
Messa – The Spin. Rewelacyjna płyta, zaskakująca zarówno złożonością, jak i przystępnością, a na dodatek świetnie brzmiąca. Słuchanie tych kompozycji to czysta przyjemność.
JAD – Odwet. Ubój rytualny to jeden z najlepszych numerów JAD-u i nie zapraszam do dyskusji.
Crippling Alcoholism – Camgirl. Cenię sobie tę estetykę, czekam na więcej.
Blud Aus Nord – Ethereal Horizons. Nie znałem tego projektu przed przesłuchaniem Ethereal Horizons, czyli albumu, który dosłownie powalił mnie swoimi melodiami, patentami instrumentalnymi oraz klimatem. Podobno nie jest to wcale najlepsza rzecz od BAN, jednakże nadrabianie poprzednich dokonań tego projektu dopiero przede mną.
Steve Von Till – Alone in a World of Wounds. Widziałem go w czerwcu w warszawskim klubie Niebo i wówczas kompletnie mną pozamiatał (relację z koncertu przeczytacie na łamach Kvlt), grając Alone in a World of Wounds niemalże w całości. Ponadto nie spodziewałem się, że mężczyzna tak silnym charakterem i aż kipiący od charyzmy jest w stanie pozwolić sobie mentalnie na całkowicie bezkompromisowe uzewnętrznienie swojej głębokiej wrażliwości podczas występów na żywo. Cóż, obejrzenie Steve’a śpiewającego niskim, niejako przenikliwym głosem treść zawartą w do bólu szczerych tekstach na zawsze pozostanie w mojej pamięci.
Deftones – private music. Najlepsza płyta Kalifornijczyków od czasów wspaniałego Koi No Yokan. Trochę za dużo tu dłużyzn, ale i tak Chino z kolegami nadal mają u mnie fory. Czekam na koncert w Łodzi, a na dodatek przestała mi przeszkadzać sceniczna nieobecność pana Stephena „Ziemia jest płaska, a szczepionki złe” Carpentera.
Deafheaven – Lonely People With Power. Nie wkręciłem się w ten album jakoś totalnie, ale wciąż poświęcam mu sporo uwagi, co nie przydarzyło się innym dokonaniom Deafheaven po legendarnym Sunbatherze.
Łukasz Walas
W tym roku ode mnie będzie krótko, bez zbędnego wodolejstwa na temat zaległości (te mam wciąż z roku 2024) i tym podobnych: moja ubiegłoroczna wydawnicza “topka” kształtuje się następująco:
PŁYTA ROKU – Medico Peste – Aesthetic of Hunger – bo to płyta po prostu bezbłędna.
Za to, że zostały i zostaną ze mną na dłużej, dodatkowo na miejscach 2-5 wyróżnić chciałbym:
Amenra – De Toorn/With Fang and Claw – bo w przekazywaniu emocji Belgowie wciąż nie mają sobie równych.
O.D.R.A – Breslau Spleen – bo to było najprzyjemniejsze taplanie się w syfie, jakie zespół zapewnił mi w całej swojej karierze.
Obscure Sphinx – Emovere – bo ten długo wyczekiwany powrót nie dość, że dowiózł, to jeszcze ani trochę nie spuścił z tonu.
Psychonaut – World Maker – bo to kolejny niesamowity krążek podopiecznych Pelagic Records.
Damian „Synu” Wiśniewski
Jak zwykle dopadło mnie pod koniec roku paskudne zakrzywienie czasoprzestrzeni i szok wynikający z bezlitosnego upływu czasu. Nie przesłuchałem szeregu albumów z 2025 roku, które miałem odnotowane i odłożone na później, a samo nadrobienie zaległości kosztować mnie będzie pewnie dobrych kilka miesięcy. Obowiązki są jednak obowiązkami i jakieś małe podsumowanie wypada mimo wszystko zrobić. Może nie najlepsze, ale takie, które przytrzymały mnie w minionym roku na dłużej – w tradycyjnym podziale na pięć albumów z Polski i pięć z zagranicy.
Nihilvm – Ancient Cosmic Emanation. Uduchowiony black metal z atmosferą, której – mimo prostoty użytych środków – jest tu pod dostatkiem. Znakomity album, którego w 2025 roku słuchałem z wypiekami na twarzy.
प्रलय – Beyond the Tattered Curtain of Unspeakable Madness. Zło w muzyce metalowej jest jednym z tradycyjnych tematów przewodnich, jednak jego prawdziwą esencję w swojej sztuce potrafią zawrzeć nieliczni. Materiał wywołujący dreszcze na plecach i psychiczny dyskomfort, kojarzący mi się przez pryzmat klimatu – mimo oczywistych różnic gatunkowych – z dorobkiem Cultes des Ghoules. Lutowe i marcowe koncerty wydają się pozycją obowiązkową.
Angrrsth – Złudnia. Z toruńskimi podopiecznymi Godz ov War Productions przecierałem się dłuższą chwilę, jednak gdy już (dzięki Złudni) zaskoczyło, to bez wypłaty reszty. Niewątpliwie jeden z najczęściej słuchanych przeze mnie albumów końcówki 2025 roku.
Owls Woods Graves – Strix. Podobnie jak w przypadku Angrrsth – stosunkowo długo pozostawałem niewzruszony, Strix pozwolił mi jednak dołączyć do grona sympatyków Sów, Lasów i Grobów. Koncert w Toruniu tylko tę sympatię umocnił, czuję się więc zobowiązany, by o tym zespole i tej płycie w podsumowaniu wyraźnie wspomnieć.
Actum Inferni – Insygnia diabelskiej władzy. Draconis zaatakował znienacka, ale podskórnie wiedziałem, że zawiedziony nie będę. Kontynuacja drogi obranej na płytach Gniewu i Uzurpatorze niebiańskiego tronu sprzed trzech lat. Wierny tradycyjnej konwencji black metal, niepozbawiony jednocześnie wyraźnie chwytliwej i bujającej melodyki. Świetna rzecz.
–
Blut Aus Nord – Ethereal Horizons. Francuski projekt jest dziś prawdziwym black metalowym kolosem, który nową płytą wyłącznie umacnia wypracowaną przez lata pozycję. Muzyka piękna, monumentalna i piekielnie wciągająca.
Darvaza – We Are Him. To chyba najbardziej przystępna i najłatwiej wpadająca w ucho z dotychczasowych płyt Darvazy. Nie zmienia to jednak faktu, że wciąż pograne jest tu przekozacko. Grupa konsekwentnie wchodzi w rolę jednego z głównych rozgrywających na współczesnej scenie black metalowej.
Paradise Lost – Ascension. Na tych rzemieślników zawsze można liczyć. Mimo upływu lat Paradise Lost wciąż wydają się witalni, pełni temperamentu i muzycznego wigoru. W niszy, do której powrócili po wielu latach, rządzą niepodzielnie.
Castle Rat – The Bestiary. Klasyczny heavy/doom metal z potężnym riffem i wspaniałym, kobiecym wokalem? W każdych ilościach i o każdej porze. Żaden soundrack do sesji rpg w klimatach heroic fantasy nie brzmiał w 2025 lepiej.
Amorphis – Borderland. W moim podsumowaniu nie mogło zabraknąć miejsca dla metalowego mainstreamu, który również zdarzało mi się w zeszłym roku z ochotą eksplorować. Długo nie mogłem przekonać się do ostatniej płyty Finów, ale gdy wszystkie trybiki wskoczyły na swoje miejsca – przepadłem. Borderland to absolutna kopalnia hitów i jeden z najlepszych albumów zespołu od lat.
Rok 2025 będę wspominał niezwykle dobrze także przez pryzmat koncertów – od mniejszych, lokalnych sztuk, przez większe występy (pokroju Obscure Sphinx i Blindead 23, Primordial, czy Blood Incantation), aż po duże eventy z Papa Roach i Marilynem Mansonem na czele. Nie zawiodły też festiwale – wizyty na Mystic Festival i Summer Dying Loud pozwoliły naładować muzyczne baterie do granic możliwości. Pozostaje mi życzyć sobie – i wam – by nadchodzące 12 miesięcy było pod tym względem nie mniej udane.
Maciej „Masta”
Ciężko uwierzyć, że ostatnie muzyczne podsumowanie dla Kvlt pisałem w 2021 – w roku, w którym swój piąty studyjny album wydał niemiecki Der Weg Einer Freiheit. Z uwagi na sprawy „inne” był to także mój ostatni rok ścisłej współpracy z Kvlt .Teraz dałem się jednak złamać. Czy to ze względu na kolejny album Der Weg Einer Freiheit, który ujrzał światło dzienne ledwie kilka miesięcy temu? Czy to jest jeden wielki przypadek? Odpowiem prosto: „nie sondze”. Postanowiłem się odezwać z jednego zgoła innego zasadniczego powodu. Tak dobrego roku muzycznego nie pamiętam od bardzo, ale to bardzo dawna. Co ciekawe, kręciłem się głównie wokół mainstreamu. No i po drugie, układając sobie w głowie prywatną listę top ten, za diabła nie potrafiłem wyłonić numeru jeden. Wydane zostały w tym roku dwie płyty tak absolutne, że chyba tylko rzut monetą mógłby pomóc mi w wybraniu płyty roku. Co więcej, pozostałe pozycje na mojej liście także poukładane są trochę na chybił-trafił, gdyż w tym roku nie tylko dwa pierwsze miejsca są exequo. Pozostałe osiem też stawiam na równi obok siebie, bo nie da się tak genialnej muzyki zhierarchizować. Chcecie się dowiedzieć, o kim myślę? No to zapraszam do lektury.
11. Behemoth – The Shit ov God. Moją listę pozwolę sobie otworzyć albumem, który zasadniczo w ogóle nie powinien się tu znaleźć. Będę brutalny – na tym albumie nie ma nawet jednego wybitnego numeru, jednego utworu, który chwyta za duszę, ani nawet jednego momentu, który ciska człowiekiem o trotuar. Niby wszystko pięknie dopracowane i opakowane, a w środku… średniak. Postanowiłem jednak zużyć tę jedną pozycję swojej listy, żeby wyrazić swoje niezadowolenie. „Nie o take polskie black metale walczyłem”.
10. 1914 – Viribus Unitis. Naprawdę kawał rzetelnej i dobrze skomponowanej muzyki. Lubię te wojenne klimaty, zwłaszcza kiedy nie są przypudrowane sabatonowym różem, a na koncertach dzieciaki zamiast cukierków dostają porządny wycisk. A wstawka po polsku w drugiej części utworu The Siege of Przemyśl jest po prostu rozbrajająca. Ukraińcy nie porzucili dobrze sprawdzonych przepisów na muzykę, która miażdży zarówno melodią, jak i wokalem Dymitra Kumara. Jeśli nie znacie jeszcze 1914 (w co nie wierzę), to posłuchajcie którejkolwiek z ich płyt, a zakochacie się na amen. Na przykład właśnie w tej.
9. Grima – Nightside. Klimat na medal i muzyka na medal. A całość aż pachnie zimną Syberią.
8. Patriarkh – Prorok Ilja. Po debiucie w postaci Litourgiyi projekt Bartka Krysiuka zaczął nieco zbaczać z kursu. Do tego stopnia, że ostatnie wydawnictwa zaczęły mnie wręcz nużyć. Natomiast Prorok Ilja wjechał na takiej piździe, że przez pewien czas ciężko mi było wydłubać ten krążek z odtwarzacza, a w przypływie fascynacji w ostatnią majówkę odwiedziłem prawie mityczny Wierszalin, w którym to Eliasz Klimowicz postanowił zbudować Nowe Jeruzalem. Świetny koncept, świetne melodie, genialny klimat… i tylko wydania w drewnianym pudełku brakuje.
7. Aephanemer – Utopie. Kolejny album kolejnego z moich ulubionych zespołów. Aephanemer kocham przede wszystkim za zgrabną melodykę oraz (a może przede wszystkim) za damski growl w wykonaniu Marion Bascoul. Poprzednie dwa albumy Prokopton oraz A Dream of Wilderness stanowią mój absolutny top of the top. I dobrze wiem, że żadna z ostatnich płyt Aephanemer nie będzie odstawała od pozostałych. A jeśli trop francuskiego meloblack metalu z damskim wokalem i Wam przypadnie do gustu, to rzućcie łaskawym uchem na hord Houle, który to (gdyby nie fakt, że swój ostatni album Ciel cendre et misère noire wydali w roku ubiegłym) z pewnością znalazłby się także w moim tegorocznym podsumowaniu.
6. Saor – Admits the Ruins. Czy ja wspominałem, że mijający rok był wyjątkowo obfity w wydawnictwa wręcz sztandarowe? Tu mamy kolejny tego przykład. Pana Szkota z Glasgow słucham jeszcze od czasów Arsaidh, który to projekt po krótkim czasie zamienił się w Saor właśnie, a jego debiut Roots mam w wersjach wydanych pod szyldami obu tych projektów. Andy już od 12 lat z sukcesem miesza black metal ze szkockimi i celtyckimi korzeniami. Muzyka Saor pachnie mi bezkresnymi smaganymi wiatrem szkockimi wrzosowiskami, jeziorami w górskich dolinach i szczytami pokrytymi śniegiem. A wszystko to zamknięte w harmonijnych, przemyślanych melodyjnych ramach, okraszonych wyraźnymi pierwszoplanowymi dźwiękami dud. Tak naprawdę (o czym pisałem na początku) to nie wiem, czy Saor jest w tym roku lepszy niż na przykład Grima czy Aephanemer, niemniej Admits the Ruins jest albumem wybitnym!
5. Eldamar – Astral Journeys Pt. II: Dissolution. Jeśli miałbym wymienić jakąś muzyczną guilty pleasure, to zdecydowanie jest nim słuchanie projektu Eldamar. Norwegowie swoim konceptem tak daleko odeszli od black metalu, że wyłącznie miejscami da się poczuć ducha nihilizmu i destrukcji. Cała reszta to piękny aksamit, bezkresny ocean rozbijający się delikatnym pluskiem o skaliste brzegi jednego z podbiegunowych skalistych wybrzeży Norwegii . Astral Journeys Pt. II: Dissolution to druga odsłona konceptu astralnych podróży po rozgwieżdżonym skandynawskim niebie. Podobnie jak w części pierwszej, smutku i melancholii jest w tych czterdziestu minutach zamknięte tyle, że można by obdarować tymi uczuciami siedem innych kapel. A do tego piękny damski wokal, czyste gitary i smyczki. I nawet w najczarniejszych momentach albumu okraszonych growlem, przesterowanymi gitarami i perkusją, bezsilność i żal aż wyją do mnie. Genialny projekt, genialny album. Bezsprzecznie.
4. Mysthicon – Bieśń. Na tę płytę czekałem bardzo. Odkąd sześć lat temu usłyszałem ich pierwszy utwór Into the Dark okraszony dodatkowo zapożyczonym z Lux Occulty Passing Away, stałem się wielkim fanem tego projektu. Odpowiednio skomponowana mieszanka liryki i blastu daje w sumie materiał tak przestrzenny i różnorodny, że można go słuchać bez przerwy. A zagrany na okrasę Creation jest naprawdę znacznie lepszy od oryginału. Gdyby album był jeszcze o jeden kawałek dłuższy…
3. Myr – Hellvegen. No dobra, przy tej pozycji muszę się przyznać, że link do pierwszego singla podrzucił mi Naczelny okraszając go słowami, że wytarga mnie z butów. I faktycznie – darłem Myr, ile było prądu w sieci. Helvegen to najbardziej klasyczna odsłona oldschoolowego norweskiego black metalu a’la lata dziewięćdziesiąte. Tyle że brzmi bardziej autentycznie niż niejeden album wydany w czasach, w których człowiek listownie wymieniał się kasetami z chłopakami z Oslo lub znad Sognefjordu.
2. Haeresis – Si Vis Pacem Para Bellum. I tu zaczynają się schody… Jak wspomniałem na początku, dwa pierwsze miejsca należą do wydawnictw, które zostaną ze mną już do końca życia. Jeszcze pisząc te słowa, dalej nie wiem, czy to nie właśnie debiutowi Haeresis należy się tytuł płyty roku. Si Vis Pacem Para Bellum to album tak idealny, tak piękny, tak nieskazitelnie czysty i jednocześnie wypełniony tak klarownym złem, brutalnością i zniszczeniem, że jego pierwsze dźwięki można porównać jedynie do fali uderzeniowej eksplozji jądrowej. Haeresis prezentuje na tym albumie najczystszą formę post black metalu, najpiękniejszą formę muzyki w ogóle i pozostawia po sobie najbardziej oszałamiające odczucie, jakie może pozostawić obcowanie z dźwiękiem. I pomyśleć tylko, że na wokalu prezentuje się płeć zwana przez niektórych słabą. A gdyby uzmysłowić sobie sprawę, że to dopiero debiut Haeresis, ich pierwsza pełnowymiarowa płyta od momentu ich powstania dekadę temu, to już w ogóle oczy wychodzą z orbit. Wszystko tu jest piękne.
1. Der Weg Einer Freiheit – Innern. Tu niespodzianki akurat nie ma. To, że orzeknę Der Weg Einer Freiheit jako kapelę absolutną, to wiedzą wszyscy, którzy mnie znają. Tego, że Nikita ma stały kontakt z absolutem jestem pewien jak faktu, że siedzę teraz przed komputerem. I choć przy każdej recenzji kolejnego albumu Der Weg Einer Freiheit powtarzam, że jest to ich najlepsze dzieło i lepiej się nie da, to przy każdym nowym albumie stwierdzam, że jednak cholera się dało. Za każdym razem słuchając ciepłego jeszcze wydawnictwa, ogarnia mnie delikatny smutek, że oto zakończył się chwalebny marsz Niemców z Wurzburga, bo przecież nie istnieje muzyka lepsza i bardziej genialna. Może i Innern nie zaskoczył mnie tak, jak zrobił to Si Vis Pacem Para Bellum, to przecież ta płyta jest tak piękna i tak fundamentalna, że nie sposób nie pokłonić się po raz kolejny geniuszowi Nikity. I choćby za to należy im się tytuł płyty roku.
- Podsumowanie roku 2025 wg redakcji KVLT - 6 stycznia 2026
- Bryan Adams – Kraków (31.07.2025) - 25 sierpnia 2025
- Mystic Festival 2025 – Gdańsk (4-7.06.2025) - 23 czerwca 2025
Tagi: 1914, A Tergo Lupi, Actum Inferni, Amenra, Amorphis, Angrrsth, Anna von Hausswolff, armia, Behemoth, Black Sabbath, Blud Aus Nord, Blut Aus Nord, Castle Rat, Coroner, Darvaza, Deafheaven, Deftones, Der Weg Einer Freiheit, Dormant Ordeal, Gaahls Wyrd, Grima, Haeresis, Haeresis Si Vis Pacem Para Bellvm, Hållbar, Hexvessel, Imperial Triumphant, Jad, Kanonenfieber, Kirk Windstein, Konrad Ciesielski, Medico Peste, Messa, MYR Helvegen, Mysthicon, NIHILVM, O.D.R.A., Obscure Sphinx, Owls Woods Graves, Paradise Lost, patriarkh, Proghma-C, Psychonaut, Saor, Scour, Sothoris, SOTHORIS Domus Omnium Mortuorum, Steve Von Till, Symbolical, UULLIATA DIGIR, Wardruna, Yardburn.






