Ależ to jest zajebisty album.
Gdyby ktoś w ostatnich miesiącach zapytał mnie o zespoły, które najlepiej wypełniają definicję „Polish death metal” to rzuciłbym w odpowiedzi nazwy Dormant Ordeal i Banisher właśnie.
Okej, lubię Banisher od dawna, ale nowym albumem Metamorphosis Hubert Więcek podbija stawkę. Już na jego poprzednich albumach znajdowałem to, co kiedyś jarało mnie na płytach Decapitated – trochę szpanu nienaganną techniką, ale też znakomity songwriting nie bojący się kłaniać w pas klasykom, ale też sięgać odważnie po nowe. Nade wszystko jednak Banisher to była dla mnie czysta radość z grania ekstremalnej muzyki, z posługiwania się tą stylistyką, ze spotkań w małych, głośnych klubach, gdzie jeszcze gra się metal, taka wręcz duma z podziemia. I okej, Degrees of Isolation, poprzedni krążek grupy, może miał tej radości mniej ze względu na tematykę jaką porusza i moment, w jakim powstawał, ale wciąż jest dumnym reprezentantem swojego gatunku. Ale Metamorphosis wchodzi w death metal z buta, na dzień dobry wypija szampana z butli, łapie za tyłek pannę młodą, rozrzuca tort i rozsiada się w limuzynie nowożeńców, a nawet nie był zaproszony na ślub. Hubert i ekipa zadbali o to, żeby album wciągał i właściwie w każdym elemencie słychać najwyższy poziom. Nie wiem dlaczego, ale czuję od tej płyty taką młodzieńczą energię, jakąś totalną zajawkę gości, którzy po prostu jarają się tym, że mogą grać. A że potrafią to robić jak mało kto, to miks mamy znakomity.
Banisher rozkłada akcenty równo i dla każdego mamy coś miłego. Punktem wyjścia jest chyba post-wypadkowe Decapitated, od Carnival is Forever w górę. Ale Hubert nie jest skrępowany wymaganiami i oczekiwaniami, nie dźwiga na barkach ciężaru konieczności utrzymania swojego pojazdu w określonym torze, więc sobie skręca i jeździ zakosami jak pijany. Dzięki temu Metamorphosis krąży po wszystkich możliwych zakamarkach, które można nazwać death metalem – bierze sobie z klasyki, dorzuca potężne garści nowoczesności, lepi z tego intensywny, kolorowy album, w którym wszystko miesza się ze sobą jak w pralce. U podstaw leży wręcz jakaś taka punkowa zadziorność, ale to, co jest na niej zbudowane, to monolit, w którym bezszwowo połączona została przystępność groovemetalowych patentów z feerią blastów i nieraz dziwnych riffów. Najlepszy przykład – Aftermath: moim zdaniem koncertowy pewniak, który sprawia, że trudno ustać w miejscu, upstrzony dziwnym riffem i znacznie prostszym, wpadającym w ucho refrenem. Albo takie Demons, od początku do końca nakierowane na to, żeby dać ci w pysk, potem zdeptać ci kręgosłup, a potem na wszelki wypadek jeszcze raz dać w pysk. Zestawicie Banisher na jednej scenie z np. Pestilence – super, będzie pasować. Sparujecie ich z Lamb of God – też siądzie. A z jakimś fajnym thrashem, np. z Sodom? Też spoko.
Czasami mam poczucie, że to jest taki death metal skrojony dla millenialsów, czyli dla mnie – tych, którzy początki w metalu stawiali w latach 90-tych, więc zahaczyli z jednej strony o ikoniczne dla gatunku albumy, ale przeszli też przez cały groove metal tego świata, wzrost wpływu sceny hardcore, a nawet nu metal (bo mam wrażenie, że jest tutaj pewnego rodzaju mrugnięcie okiem również w tym kierunku pod postacią Metamorphosis pt. 2, ale nie bójcie się drodzy radykałowie). Bardzo łatwo byłoby to spierdolić, ale w tym momencie zaczynam mieć wrażenie, że Hubert Więcek (urodzony w 1987 roku, więc wszystko pasuje jak ulał) jest właśnie gościem, który utożsamia te właśnie inspiracje. W połączeniu z faktem, że jest świetnym songwriterem, o talencie instrumentalnym nie wspominając, mamy szybką konstatację: kto, jak nie on. Być może właśnie to stoi za tym albumem – nieskrępowany flow tego, czym gąbka nasiąkła za młodu, przefiltrowany przez ultra wysokie umiejętności zaangażowanych. Bo to nie tylko Hubert – wszyscy na Metamorphosis stają na wysokości zadania. Nowy wokalista Jorgi Vanhees wydaje się skrojony dla tego zespołu. Szczepan Inglot na poprzednich krążkach Oniric Delusions i Degrees of Isolation nadał Banisherowi koloryt, bo to świetny, rozpoznawalny wokalista. A jednak Jorgi wszedł w te buty jak gdyby nigdy nic, dorzucił trochę swojego charakteru i podołał wysokiej intensywności. Znani i lubiani Eugene Ryabchenko i Michał Łysejko za zestawami perkusyjnymi to klasa sama w sobie i nikt kto śledzi polską i światową scenę metalową nie może mieć wątpliwości, że goście ci wiedzą z czym to się je. Efekt? Szalenie grooviąca płyta, ale też pełna zmian, przechodząca z blastów w breakdowny. Bas? Piotra Kołakowskiego jest na tej płycie pełno, odblask basu słychać nieustannie między perkusją i gitarami. To nie Victor Wooten – Kołakowski jest tam gdzie być powinien, nie ma go tam, gdzie byłby przesadą. Napędza te potwory miotane przez Więcka, klei te groovy perkusistów, ale jednocześnie nie chowa się za nimi. A sam Hubert, wiadomo – nieustanne fondue riffów, i to bardzo często nie jakichś tam prostych. Przeskakiwanie od karkołomnie szybkich zabójców po tworzenie tła. Posłuchajcie choćby Born to Die, żeby uświadomić sobie, że Więcek wcale nie ciśnie na pierwszy plan, a utożsamia raczej podejście serve the song, choć jednocześnie, kiedy trzeba, kiedy utwór tego wymaga, potrafi błysnąć imponującą solówką, którą wymienia zresztą z solo na… organach Hammonda?! A przecież mógłby cały czas stać z przodu i być Mustainem swojego Megadeth, bo wolnoć Tomku w swoim domku.
Metamorphosis zespołu Banisher to w tym momencie mój polski (a może i nie tylko) numer 1 AD 2026. W mojej opinii ten rzeszowsko-międzynarodowy ansambl dołączył już na stałe do absolutnej ekstraklasy death metalu znad Wisły i może z otwartą przyłbicą stawać obok Vadera czy Decap, choć uczciwie dodajmy, że akurat tę scenę mamy świetną i każdy z nas wymieniłby jeszcze pewnie co najmniej kilka ferajn, które spokojnie można pokazywać światu.
Panie Więcek, nie wiem jak to zrobić, ale bierz pan swoje stadko za fraki i uderzajcie w zagraniczne sceny, tego nie można kisić w kraju, tym trzeba się chwalić. Metamorphosis to klasa światowa.
- Banisher – „Metamorphosis” (2026) - 24 sierpnia 2026
- DECONSTRUCTING SEQUENCE – „Tenebris Cosmicis Tempora” (2025) - 20 czerwca 2026
- ONLY SONS – „Through the Night Again” (2026) - 10 kwietnia 2026

