Site icon KVLT

Banisher – „Metamorphosis” (2026)

Ależ to jest zajebisty album.

Gdyby ktoś w ostatnich miesiącach zapytał mnie o zespoły, które najlepiej wypełniają definicję „Polish death metal” to rzuciłbym w odpowiedzi nazwy Dormant Ordeal i Banisher właśnie.

Okej, lubię Banisher od dawna, ale nowym albumem Metamorphosis Hubert Więcek podbija stawkę. Już na jego poprzednich albumach znajdowałem to, co kiedyś jarało mnie na płytach Decapitated – trochę szpanu nienaganną techniką, ale też znakomity songwriting nie bojący się kłaniać w pas klasykom, ale też sięgać odważnie po nowe. Nade wszystko jednak Banisher to była dla mnie czysta radość z grania ekstremalnej muzyki, z posługiwania się tą stylistyką, ze spotkań w małych, głośnych klubach, gdzie jeszcze gra się metal, taka wręcz duma z podziemia. I okej, Degrees of Isolation, poprzedni krążek grupy, może miał tej radości mniej ze względu na tematykę jaką porusza i moment, w jakim powstawał, ale wciąż jest dumnym reprezentantem swojego gatunku. Ale Metamorphosis wchodzi w death metal z buta, na dzień dobry wypija szampana z butli, łapie za tyłek pannę młodą, rozrzuca tort i rozsiada się w limuzynie nowożeńców, a nawet nie był zaproszony na ślub. Hubert i ekipa zadbali o to, żeby album wciągał i właściwie w każdym elemencie słychać najwyższy poziom. Nie wiem dlaczego, ale czuję od tej płyty taką młodzieńczą energię, jakąś totalną zajawkę gości, którzy po prostu jarają się tym, że mogą grać. A że potrafią to robić jak mało kto, to miks mamy znakomity.

Banisher rozkłada akcenty równo i dla każdego mamy coś miłego. Punktem wyjścia jest chyba post-wypadkowe Decapitated, od Carnival is Forever w górę. Ale Hubert nie jest skrępowany wymaganiami i oczekiwaniami, nie dźwiga na barkach ciężaru konieczności utrzymania swojego pojazdu w określonym torze, więc sobie skręca i jeździ zakosami jak pijany. Dzięki temu Metamorphosis krąży po wszystkich możliwych zakamarkach, które można nazwać death metalem – bierze sobie z klasyki, dorzuca potężne garści nowoczesności, lepi z tego intensywny, kolorowy album, w którym wszystko miesza się ze sobą jak w pralce. U podstaw leży wręcz jakaś taka punkowa zadziorność, ale to, co jest na niej zbudowane, to monolit, w którym bezszwowo połączona została przystępność groovemetalowych patentów z feerią blastów i nieraz dziwnych riffów. Najlepszy przykład – Aftermath: moim zdaniem koncertowy pewniak, który sprawia, że trudno ustać w miejscu, upstrzony dziwnym riffem i znacznie prostszym, wpadającym w ucho refrenem. Albo takie Demons, od początku do końca nakierowane na to, żeby dać ci w pysk, potem zdeptać ci kręgosłup, a potem na wszelki wypadek jeszcze raz dać w pysk. Zestawicie Banisher na jednej scenie z np. Pestilence – super, będzie pasować. Sparujecie ich z Lamb of God – też siądzie. A z jakimś fajnym thrashem, np. z Sodom? Też spoko.

Czasami mam poczucie, że to jest taki death metal skrojony dla millenialsów, czyli dla mnie – tych, którzy początki w metalu stawiali w latach 90-tych, więc zahaczyli z jednej strony o ikoniczne dla gatunku albumy, ale przeszli też przez cały groove metal tego świata, wzrost wpływu sceny hardcore, a nawet nu metal (bo mam wrażenie, że jest tutaj pewnego rodzaju mrugnięcie okiem również w tym kierunku pod postacią Metamorphosis pt. 2, ale nie bójcie się drodzy radykałowie). Bardzo łatwo byłoby to spierdolić, ale w tym momencie zaczynam mieć wrażenie, że Hubert Więcek (urodzony w 1987 roku, więc wszystko pasuje jak ulał) jest właśnie gościem, który utożsamia te właśnie inspiracje. W połączeniu z faktem, że jest świetnym songwriterem, o talencie instrumentalnym nie wspominając, mamy szybką konstatację: kto, jak nie on. Być może właśnie to stoi za tym albumem – nieskrępowany flow tego, czym gąbka nasiąkła za młodu, przefiltrowany przez ultra wysokie umiejętności zaangażowanych. Bo to nie tylko Hubert – wszyscy na Metamorphosis stają na wysokości zadania. Nowy wokalista Jorgi Vanhees wydaje się skrojony dla tego zespołu. Szczepan Inglot na poprzednich krążkach Oniric Delusions i Degrees of Isolation nadał Banisherowi koloryt, bo to świetny, rozpoznawalny wokalista. A jednak Jorgi wszedł w te buty jak gdyby nigdy nic, dorzucił trochę swojego charakteru i podołał wysokiej intensywności. Znani i lubiani Eugene Ryabchenko i Michał Łysejko za zestawami perkusyjnymi to klasa sama w sobie i nikt kto śledzi polską i światową scenę metalową nie może mieć wątpliwości, że goście ci wiedzą z czym to się je. Efekt? Szalenie grooviąca płyta, ale też pełna zmian, przechodząca z blastów w breakdowny. Bas? Piotra Kołakowskiego jest na tej płycie pełno, odblask basu słychać nieustannie między perkusją i gitarami. To nie Victor WootenKołakowski jest tam gdzie być powinien, nie ma go tam, gdzie byłby przesadą. Napędza te potwory miotane przez Więcka, klei te groovy perkusistów, ale jednocześnie nie chowa się za nimi. A sam Hubert, wiadomo – nieustanne fondue riffów, i to bardzo często nie jakichś tam prostych. Przeskakiwanie od karkołomnie szybkich zabójców po tworzenie tła. Posłuchajcie choćby Born to Die, żeby uświadomić sobie, że Więcek wcale nie ciśnie na pierwszy plan, a utożsamia raczej podejście serve the song, choć jednocześnie, kiedy trzeba, kiedy utwór tego wymaga, potrafi błysnąć imponującą solówką, którą wymienia zresztą z solo na… organach Hammonda?! A przecież mógłby cały czas stać z przodu i być Mustainem swojego Megadeth, bo wolnoć Tomku w swoim domku.

Metamorphosis zespołu Banisher to w tym momencie mój polski (a może i nie tylko) numer 1 AD 2026. W mojej opinii ten rzeszowsko-międzynarodowy ansambl dołączył już na stałe do absolutnej ekstraklasy death metalu znad Wisły i może z otwartą przyłbicą stawać obok Vadera czy Decap, choć uczciwie dodajmy, że akurat tę scenę mamy świetną i każdy z nas wymieniłby jeszcze pewnie co najmniej kilka ferajn, które spokojnie można pokazywać światu.

Panie Więcek, nie wiem jak to zrobić, ale bierz pan swoje stadko za fraki i uderzajcie w zagraniczne sceny, tego nie można kisić w kraju, tym trzeba się chwalić. Metamorphosis to klasa światowa.

Exit mobile version