Mariaż goth rocka z doom metalem w wykonaniu prężnie działającego na scenie alternatywnej Cold in Berlin? To po prostu musiało się udać.
Najnowszy album Brytyjczyków zatytułowany Wounds tchnie chłodem i z każdym odsłuchem wypada coraz ciekawiej. Mało tego – złowieszcza atmosfera, walcowate riffy, a w końcu charakterystyczny głos, jakim dysponuje wokalistka Maya Berlin, tworzą spójną i interesującą płytę.
Świadczy o tym już pierwszy, wybrany zresztą na singla, Hangman’s Daughter. Post-punkowa dynamika zostaje połączona z metalowym instrumentarium. Obok blastbeatów pojawiają się ciężkie riffy, ale także tnące chłodem syntezatory, a samo połączenie gatunkowe brzmi tu naprawdę zgrabnie.
Umiejętne zmiany tempa oraz kompozycja utworów pozwalająca na zbudowanie napięcia sprawiają, że albumu po prostu chce się słuchać dalej.
Stopniowo robi się zresztą coraz lepiej. 12 Crosses jest pełne dramatyzmu, Messiah Crawling tchnie żałobnym klimatem (a przy okazji stanowi chyba najbardziej chwytliwy utwór na krążku), z kolei klimatyczne The Stranger wypada wprost monumentalnie.
Metalowy zgiełk i rockowy ciężar, jak na wspomnianym 12 Crosses czy The Body wzbogaconym natłokiem dźwięków, sąsiadują z trackami o bardziej post-punkowym zacięciu. O gotyckiej stronie twórczości świadczy bowiem wokal oraz umiejętnie wplecione w całość syntezatory.
Świetna sprawa, zwłaszcza w zestawieniu z posępnymi, wolniejszymi numerami takimi jak We Fall, The Body, rozpoczęte znakomitym basowym intro I Will Wait, czy finałowe Wicked Wounds.
Zróżnicowanie utworów nie pozwala słuchaczom się nudzić. Pokusiłabym się wręcz o stwierdzenie, że album fantastycznie się rozkręca i wciąga coraz mocniej z każdym odsłuchem – a przynajmniej ja potrzebowałam kilku rund, żeby w pełni docenić kunszt Cold in Berlin.
Instrumentarium, choć osadzone w rockowo-metalowym trzonie, ma w sobie również cechy właściwe gotyckim i post-punkowym utworom. Dodajcie do tego wokal Mai, który już od początku uderza w dramatyczne tony i, co tu dużo mówić, skrada show, a udany album macie gotowy.
Chociaż nie określiłabym Wounds mianem concept albumu, to wszystkie tracki mają wspólny mianownik w postaci ciężkiego, często przesyconego mrokiem klimatu. Skrzą się od emocji, dodatkowo podkręcanych wyrazistymi riffami, zimnymi brzmieniami synthów i znakomitym wokalem.
Sama wokalistka określiła album mianem „zbioru utworów o tym, jak ludzie przepracowują swoje życiowe rany”, przypominającego dziwaczne celebrowanie uniwersalnego, doświadczanego przez wszystkich bólu. Wounds to według niej strata i zarazem radość z przeżycia, celebracja bycia zrozumianym przez innych.
Banał? Być może. Ale za to zaaranżowany tak pomysłowo, że zatrzymałam się przy tym krążku na dłużej i życzę Wam tego samego.
Cold in Berlin mają na swoim koncie solidnie nagraną płytę, która z pewnością korzystnie wypada również w warunkach koncertowych. Chociaż nie było mi dane przekonać się o tym na niedawnej trasie zespołu po Polsce, to liczne głosy uznania i pozytywne relacje każą mi poważnie się zastanowić nad sprawdzeniem zespołu na żywo przy najbliższej okazji.
Ocena: 8/10
- Cold in Berlin – „Wounds” (2025) - 3 marca 2026
- Year of the Goat – „Trivia Goddess” (2025) - 11 listopada 2025
- Mütterlein – „Amidst the Flames, May Our Organs Resound” (2025) - 11 listopada 2025

