Corruption – „Tequila Songs & Desert Winds” (2025)

Dla jednych comebackiem roku będzie powrót Christ Agony, ja wyobrażałem sobie, że dla mnie będzie to powrót Rufusa do Corruption. Dwa albumy tej załogi nagrane przed laty w składzie, który w moim rozumieniu stał się klasycznym, a któremu głos dawał właśnie Rafał „Rufus” Trela, czyli Virgin’s Milk oraz Bourbon River Bank, należą do moich ulubionych. Z późniejszych potyczek ze zmianami składu też ekipa Anioła wychodziła w sumie z tarczą, bo i na Devil’s Share, i na Spleen nie brakowało niezłych numerów. Ale mimo wszystko Corruption dla mnie zawsze mieli głos i twarz Rufusa.

W 20 lat po Virgin’s Milk i 15 lat po Bourbon River Bank Rufus wrócił do zespołu i zarejestrował z Corruption nowy album Tequila Songs & Desert Wings. No i teraz tak: z jednej strony moje oczekiwania były wysokie, choć zarazem niesprecyzowane, z drugiej strony to Corruption – człek wie czego się spodziewać i raczej z wydeptanych muzycznych ścieżek zespół nie zejdzie, bo i po co. Dlatego przez pewien czas biłem się z myślami i wracałem do tego albumu systematycznie, żeby zobaczyć, jak mój organizm go przetrawi.

Początki były takie sobie – moje pierwsze spotkanie z singlem The Trail, a w jakiś czas potem z całym materiałem odbyło się raczej bez emocji. Ale jednak w momencie, kiedy zorientowałem się, że wysiadając rano z auta i wchodząc do pracy nucę sobie pod nosem jakieś poszczególne fragmenty albumu, zdałem sobie sprawę, że po prostu przestrzeliłem. Wyobrażałem sobie, że dostanę nie wiadomo co, a powinienem sobie wyobrażać, że dostanę po prostu nowy album Corruption. Wtedy kliknęło. Czasami trzeba zrozumieć, że nie ma co rozumieć.

Tequila Songs & Desert Wings to po prostu album Corruption. I to dobrze. To przecież jedna z tych ekip, które się lubi za bycie jakimiś, nawet jeśli nie ma tutaj mowy o wymyślaniu koła czy prochu. Chodzi o to, żeby co jakiś czas móc pocieszyć się fajnymi metalowymi piosenkami, nasączonymi imprezowym diabełkiem, pobujać się na koncercie ze szklanką, pośpiewać. W końcu Corruption, kiedy tylko zostawił swoje doomowe korzenie, to już zawsze był zespół spod znaku „feel good metal” (okej, może z krótką przerwą na Dead Shell of a Human Existence).

Na najnowszej płycie Corruption wracają po raz enty do tego, co lubią i potrafią. Nie ma tu przesady, fajerwerków, nie wiadomo czego. Jest zestaw porządnie napisanych piosenek, na czym potykają się często inne ekipy. Wraz z powrotem Rufusa zespół spogląda też wstecz, do niegdyś deptanych ścieżek, ale w nieco inny sposób – połowa zespołu przecież tamtego starego materiału nie tworzyła. Dlatego może aktualny Corruption jest bardziej groovy, bardziej heavy metalowy (do tego stopnia, że mam chwilami skojarzenia z Hellectricity, heavy metalową załogą, w której śpiewał Rufus), mniej zaglądający na tereny stonerowo-rock’n’rollowe. Niezmiennie cenne pozostaje jednak to, że umiejętnie porusza się po swoim terytorium. Red Demon czy rozpędzony, rock’n’rollowy (tak, przed chwilą napisałem, że zespół mniej zagląda na te terytoria, co nie znaczy, że nie robi tego w ogóle) Tequila, Mezcal mogą śmiało stawać w szranki z klasykami z repertuaru tej załogi. Bujający Tumbleweed bije trochę czasami Pussyworld i Virgin’s Milk. Tradycyjnie też Corruption zamykają album w taki sposób, żeby nie pozostawić niedosytu – tym razem ewoluującym The Boy With Sunshine Hair.

Okej, czasami mam ochotę zarzucić tej odsłonie Corruption chodzenie na skróty, czasami autocytaty (ktoś może powiedzieć, że autoplagiat). Ale taki urok tego zespołu, z tego powodu ci, którzy go lubią, go lubią. Przy Tequila Songs & Desert Winds bawię się dobrze i jest to dla mnie najlepsza recenzja tego krążka. Nie ma on szans, żeby zostać moim numero uno w dyskografii Corruption, ale to rzetelnie nagrany, fajny materiał. Życzę sobie, żeby – zaznaczając powrót Rufusa za mikrofon, z szalenie dobrym i uniwersalnym Icanrazem oraz zdolnym Bartim Sadurą, o wiecznie zdeterminowanym głównodowodzącym Aniele nie wspominając – stał się nowym otwarciem dla tej zasłużonej i wciąż oryginalnej na polskiej scenie ekipy.

PS. Byłbym zapomniał i miałbym wyrzuty sumienia: duży respekt dla Ossuary Records za bardzo ładne wydanie.

8/10

 

Sprawdź też: Leash Eye, SiriusC, Devil in the Name, Booze & Glory, Yardburn

nmtr
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , .