KVLT

Deconstructing Sequence – „Tenebris Cosmicis Tempora” 2025

Ostatnio zetknąłem się z teorią próbującą wytłumaczyć, dlaczego muzyka rockowa, szczególnie ta podziemna i w wykonaniu na żywo, zdycha. Autor tej teorii twierdzi, że winna jest temu zbyt duża doskonałość tej muzyki. Onegdaj muzycy rockowi często na początku ledwie potrafili grać, potykali się, mylili, brzmieli jak gówno, o teorii muzycznej nawet nie słyszeli, dlatego nie przestrzegali żadnych reguł. Sprzęt mieli chujowy, coś trzeszczało, coś rzęziło. W małych zatęchłych klubach i piwnicach liczyło się jednak to, że nie brakowało im chęci, charyzmy, że mieli coś do powiedzenia, te wszystkie niedociągnięcia były tak naprawdę ich językiem bardziej niż ich umiejętności. Byli naturalni i przekonywujący. A dziś? Mamy zajebisty sprzęt, każdy byle gówniany zespolik może zabrzmieć pro tak naprawdę niewielkim nakładem kosztów. Wszyscy gramy równiutko pod klika, mamy strojące instrumenty, nasze nagrania są wyczyszczone przez algorytmy, miks, mastering, czary mary. Każde potkniecie w studio można naprawić, najbardziej fałszującego wokalistę można zmienić w Dio. Brniemy w swoich DAW-ach przez nagrania takt po takcie, ścieżka po ścieżce, żeby wszystko poustawiać pod linijkę. Wszyscy brzmimy jednakowo. Jesteśmy przewidywalni. Może i bywamy nawet nie nudni, ale trzymanie się ustalonych reguł bywa gorsze.

Z Tenebris Cosmicis Tempora nieznanego mi wcześniej Deconstructing Sequence nosiłem się dobre kilka miesięcy. Za każdym razem kiedy próbowałem wejść w ten album albo otworzyć się na niego na tyle, żeby to on we mnie zaistniał, jakoś się mijaliśmy, on jedną stroną ulicy, ja drugą, jakbym spotkał swoją byłą w drodze do sklepu. W pewnym momencie zacząłem się ciekawić, co sprawia, że nasze ścieżki się nie mogą przeciąć. Przecież na Tenebris Cosmicis Tempora wszystko się zgadza. Jest to black metal, taki dość współczesny, oblany kiślem z klawiszy i sampli, czasami mile chaotyczny. Jeśli szukalibyśmy przedstawiciela gatunku, który spełniałby wszystkie warunki, to Deconstructing Sequence wypełniłby definicję doskonale.

Ale jednak nawet po tak długim czasie ja i Tenebris Cosmicis Tempora pozostajemy obok siebie. Doceniam precyzję tej płyty, doceniam agresję, doceniam warsztat, bo dzieją się tutaj intrygujące rzeczy. Sęk w tym, że to wszystko jest przeplatane momentami, które są wszędzie. Morze blastów, nieustające, dość monotonne po pewnym czasie wokale, gitary i elektronika ginące w jednej masie, która może i potrafi imponować masywnością i ciężarem, ale gubi gdzieś przestrzeń, powietrze, klarowność. Intensywność zamienia w jednostajność. Powoduje to wszystko taki wręcz industrialny nastrój, ale ja wiem, że to tylko w mojej głowie. Wszystko to jest bowiem zbyt czyste gatunkowo. Ta płyta nie jest ani na tyle dobra, ani na tyle zła, żeby zwracać uwagę, zapadać w pamięć na dłużej. Tak właśnie jak w tej teorii – coś sprawia, że nie czuję w tej płycie człowieka, nie czuję jego emocji.

Minęło kilka miesięcy mojego związku z Tenebris Cosmicis Tempora, a ja dalej nie znalazłem klucza do tego albumu. W dalszym ciągu nie potrafię też przypomnieć sobie ani jednego momentu spośród tych 47 minut. Jeśli ktoś mnie zapyta na ulicy (to się nigdy nie stanie) co o niej sądzę, to jedyne, co będę w stanie powiedzieć, to „taki fajny współczesny black metal”. Koniec końców jest fajny, ale nie wiem dlaczego. Wiem, że mogę słuchać tej płyty i nie powoduje ona u mnie jakichś negatywnych emocji, ale też nie powoduje emocji jednoznacznie pozytywnych. Nie powoduje żadnych. Jest okej, wszystko się zgadza, słyszę, że ma ręce i nogi, ale to tyle.
Nie chciałbym, żebyście po tej recenzji pomyśleli, że to jest jakiś zły album. Nie jest, napisałem właśnie przed chwilą, że jest fajny. Ale nie potrafię, nie jestem w stanie znaleźć w niej nic więcej.

Jaka jest najbardziej neutralna ocena? Jaka jest ocena środka, która tak naprawdę nic nie znaczy? Siedem?

7/10

 

Exit mobile version