Od pierwszych koncertów w niewielkich klubach po występy na największych festiwalach Europy i Ameryki, Der Weg Einer Freiheit niezmiennie podąża własną ścieżką. Przez niemal dwadzieścia lat działalności zespół wypracował pozycję jednej z najważniejszych formacji współczesnego niemieckiego black metalu, pozostając jednocześnie wiernym swojej artystycznej wizji. Przy okazji rozmowy z Nikitą Kampradem wracamy do historii grupy, wspominamy album „Finisterre”, rozmawiamy o koncertach po obu stronach Atlantyku i pytamy o wyzwania, z którymi dziś musi mierzyć się niezależny zespół funkcjonujący na międzynarodowej scenie.
Pierwsze pytanie miało być inne. Jednak w związku ze śmiercią Cronosa zapytam: czy Cronos był dla Was ważną inspiracją, czy raczej postacią należącą przede wszystkim do historii metalu? Słuchaliście Venom, czy może bliższy jest Wam nieco młodszy metal?
Nikita Kamprad: Śmierć Cronosa to bez wątpienia ogromna strata dla całej sceny metalowej. To postać, której znaczenia nie sposób podważyć.
Jeżeli jednak chodzi o bezpośredni wpływ na moją twórczość, muszę przyznać, że nigdy nie miałem szczególnie silnej więzi z muzyką Venom. Znam oczywiście kilka utworów i doskonale rozumiem miejsce tego zespołu w historii metalu. To właśnie od albumu „Black Metal” swoją nazwę zaczerpnął cały gatunek i do dziś wiele osób uważa Venom za jednego z jego ojców.
W moim przypadku był to jednak raczej zespół o ogromnym znaczeniu historycznym niż bezpośrednie źródło inspiracji przy komponowaniu muzyki dla Der Weg Einer Freiheit.
Jakich więc zespołów współtworzących początki black metalu słuchacie i czerpiecie z nich inspiracje? Czy może raczej inspirują Was nowsze zespoły?
Nikita Kamprad: Muszę to rozdzielić na dwa okresy. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z black metalem, ogromny wpływ wywarły na mnie zespoły takie jak Emperor, Dissection czy wczesne Dimmu Borgir. To one ukształtowały moje spojrzenie na muzykę i były ważne przy tworzeniu pierwszych materiałów Der Weg Einer Freiheit.
Pierwsza fala black metalu nigdy nie była mi aż tak bliska. Być może jestem po prostu za młody. Nie doświadczyłem bezpośrednio nawet drugiej fali, ponieważ miałem wtedy około dziesięciu lat. Na początku lat dwutysięcznych odkryłem jednak Emperor, a „Anthems to the Welkin at Dusk” do dziś pozostaje jednym z moich ulubionych albumów wszechczasów.
Obecnie nadal od czasu do czasu wracam do tych płyt, ale znacznie częściej szukam czegoś nowego. Jest dziś tak wiele muzyki do odkrycia, że inspiracja może przyjść z zupełnie nieoczekiwanej strony. Niedawno słuchałem eksperymentalnego albumu elektronicznego jednego z muzyków Daft Punk. Składał się głównie z elektronicznych szumów i kilku melodii, ale natychmiast pobudził mnie do pracy nad własnymi pomysłami. Słuchanie bardzo różnorodnej muzyki zawsze inspiruje mnie w taki czy inny sposób.
Jesteście po sezonie festiwalowym. Zagraliście chyba na dziesięciu festiwalach. Czy to był ciężki okres? Lubicie festiwale? Który z nich był dla Was najlepszy?
Nikita Kamprad: Sprawdziłem to dokładnie na naszej stronie. W tym roku zagraliśmy dziewięć festiwali. Dla nas to mniej więcej średnia liczba: ani szczególnie duża, ani mała.
Wystąpiliśmy na kilku naprawdę dużych imprezach, między innymi na Mystic Festival w Polsce, gdzie zagraliśmy po raz pierwszy. To ogromny festiwal i wspaniale było wreszcie się tam pojawić, zwłaszcza że wcześniej słyszeliśmy wiele opowieści o jego lokalizacji na terenie starej stoczni. Niesamowite wrażenie robią te potężne żurawie stoczniowe, górujące nad terenem festiwalu. Tworzą niepowtarzalną scenerię i nadają temu miejscu wyjątkowy charakter. Zagraliśmy również na Alcatraz Open Air i Brutal Assault.
Jednym z najważniejszych dla mnie momentów był jednak pierwszy występ w Stanach Zjednoczonych, na Maryland Deathfest. Publiczność w tym kraju czekała na nas bardzo długo, a my równie długo staraliśmy się doprowadzić ten wyjazd do skutku.
Wiele osób nie zdaje sobie sprawy, jak skomplikowane jest granie w Stanach Zjednoczonych. Osoby występujące w ramach profesjonalnej działalności koncertowej muszą uzyskać odpowiednie wizy dla artystów, a cały proces może trwać nawet rok. Wiele zespołów decyduje się więc na przyspieszone rozpatrzenie wniosku, co oznacza dodatkową opłatę w wysokości około 2000 dolarów, niezależnie od podstawowych kosztów. Sama wiza kosztuje około 1500 dolarów na osobę, więc w przypadku całego zespołu i ekipy robi się z tego ogromna suma.
Musieliśmy również dokładnie sprawdzić wymagania i przygotować obszerną dokumentację. Amerykańskie urzędy oczekują dowodów potwierdzających status artysty, dorobek i sukces komercyjny. Trzeba więc wykazać, że jest się uznanym wykonawcą i przedstawić uzasadnienie przyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Po złożeniu dokumentów i opłaceniu procedury pozostaje jeszcze wysłanie paszportów do ambasady, oczekiwanie na wklejenie wiz i ich terminowy zwrot. To jeden z najtrudniejszych elementów całego przedsięwzięcia, ponieważ loty trzeba zarezerwować, a wyjazd zaplanować, nie mając całkowitej pewności czy dokumenty wrócą na czas.
Być może właśnie dlatego ten koncert był tak szczególny. Miałem wrażenie, że zarówno scena, jak i sala były wypełnione energią. Bardzo dobrze wspominam także pozostałe festiwale. W tym roku cały wysiłek organizacyjny zdecydowanie się opłacił.
W najbliższym czasie rozpoczynacie niemałe tournée, obejmujące aż szesnaście koncertów. Czym takie koncertowanie różni się od festiwali? Który rodzaj kontaktu z widownią wolicie? Czy na koncertach klubowych jest dużo mniej publiczności niż na festiwalach?
Nikita Kamprad: To dwa zupełnie różne światy. Jeżeli nie jesteś główną gwiazdą dużego festiwalu, większość publiczności nie przychodzi wyłącznie dla ciebie. Ludzie chcą przeżyć całe wydarzenie, zobaczyć główne gwiazdy i inne zespoły oraz po prostu dobrze się bawić.
Festiwale pozwalają jednak dotrzeć do nowych odbiorców. Na Mystic Festival pod sceną było około tysiąca osób, a na Summer Breeze nawet około dziesięciu tysięcy. Wielu z nich prawdopodobnie wcześniej nas nie znało. Dla zespołu to szansa na zrobienie dużego kroku naprzód.
Od strony organizacyjnej festiwale są bardziej wymagające. Zmiany na scenie są bardzo krótkie, trzeba szybko rozstawić sprzęt i polegać na ekipie technicznej. Ponieważ większość kwestii technicznych przygotowuję sam w swoim studiu, przed wejściem na dużą scenę zawsze zastanawiam się, czy wszystko zadziała. To bywa stresujące.
Podczas własnej trasy jest zupełnie inaczej. Przyjeżdżamy do klubu wcześnie, spokojnie rozstawiamy sprzęt, robimy próbę dźwięku, jemy kolację, rozmawiamy ze znajomymi, a czasem udaje się nawet zdrzemnąć przed koncertem. Potem wychodzimy na scenę przed ludźmi, którzy kupili bilet specjalnie po to, aby zobaczyć nas.
Właśnie to cenię bardziej. Jeżeli grasz dla dwustu osób, które przyszły posłuchać twoich utworów, czujesz z nimi silniejszą więź. Na dużym festiwalu publiczność może być oddzielona od sceny szeroką fosą dla fotografów, a w małym klubie pierwsza osoba stoi czasem dwadzieścia centymetrów od ciebie. Szczerze mówiąc, wolę tę bliskość.
Czy na któryś z koncertów tej trasy czekacie szczególnie? Jeśli tak, to na który i dlaczego?
Nikita Kamprad: Naprawdę bardzo czekam na koncerty w Polsce i nie mówię tego tylko dlatego, że rozmawiam z polskim dziennikarzem. W ostatnich tygodniach udzielaliśmy wielu wywiadów polskim mediom i spotkaliśmy się z bardzo dużym zainteresowaniem.
Polska nigdy nie była krajem, w którym przyciągaliśmy szczególnie liczną publiczność. Na naszym ostatnim klubowym koncercie w Warszawie było chyba około osiemdziesięciu osób. Mam jednak wrażenie, że teraz sytuacja się zmieniła. Być może pomógł nam występ na Mystic Festival, dzięki któremu dotarliśmy do nowych słuchaczy. Jestem bardzo podekscytowany perspektywą większych koncertów w Polsce.
Nasze pierwsze spotkanie miało miejsce właśnie przy okazji koncertu w Polsce, 28 marca 2016 roku w klubie Garage w Tarnowie. Graliście wtedy z Harakiri for the Sky i The Great Old Ones w ramach Into the Abyss #5. Pamiętasz ten wieczór?
Nikita Kamprad: Oczywiście. To było nasze pierwsze spotkanie i chyba żaden z nas nigdy go nie zapomni. Od tego czasu minęło już ponad dziesięć lat, dlatego tym bardziej wiele dla mnie znaczy, że nadal wspierasz zespół i że znów możemy porozmawiać przy okazji kolejnej polskiej trasy.
Czekamy również na występ w Kolonii. Dla naszego basisty Alana, który tam mieszka, będzie to niemal koncert w rodzinnym mieście, więc przyjdzie wielu jego znajomych.
Śledzę Wasz rozwój od dawna i wydaje mi się, że promocja „Innern” jest największą kampanią promocyjną Waszego albumu w dotychczasowej historii zespołu. Z czego to wynika?
Nikita Kamprad: Myślę, że masz rację. Mam wrażenie, że dzięki „Innern” zespół wszedł na nowy poziom. Wystarczy spojrzeć na koncerty, które zagraliśmy po premierze płyty. Na Mystic Festival, Alcatraz Open Air czy Brutal Assault zdarzało się, że ludzie nie mogli już wejść do namiotu lub sali, ponieważ miejsca były całkowicie wypełnione. Również nasza ubiegłoroczna trasa klubowa była największą, jaką kiedykolwiek zagraliśmy.
Nowy album i towarzyszące mu koncerty wyraźnie zwiększyły naszą rozpoznawalność. Oczywiście właśnie do tego dąży każdy zespół: nie chcesz zrobić kroku wstecz ani przy nowej płycie, ani podczas kolejnej trasy. Jednocześnie nigdy nie wiadomo, czy kolejny materiał trafi w oczekiwania słuchaczy. Nam tym razem się udało. Mam nadzieję, że przy następnym albumie zrobimy kolejny krok naprzód.
„Innern” jest już na rynku od ponad roku. Jaki jest odbiór tej płyty przez publiczność i media? Jak po roku oceniacie swoje dzieło? Czy jest już coś, co chcielibyście na tej płycie zmienić?
Nikita Kamprad: Szczerze mówiąc, nadal jestem z tej płyty bardzo zadowolony. Proces jej powstawania był długi, ale satysfakcjonujący od początku do końca: od komponowania, przez preprodukcję, właściwe nagrania, miks i mastering, aż po promocję i premierę. Tym razem wszystko ułożyło się bardzo dobrze. Nie widzę dziś żadnego elementu muzycznego ani produkcyjnego, który chciałbym zmienić.
Nie o każdym naszym albumie myślę w ten sposób. W przypadku niektórych płyt nie byłem po czasie w pełni zadowolony z miksu, wokali albo gitar. Tak jest na przykład ze „Stellar”, choć to bardzo osobiste odczucie, a wiele osób uwielbia ten album. Nadal jestem z niego dumny, lecz dziś być może zrobiłbym pewne rzeczy inaczej. W przypadku „Innern” jest odwrotnie: obecnie nie zmieniłbym niczego. Może za dziesięć lat spojrzę na niego inaczej.
Reakcje mediów także były bardzo dobre. Nie natknąłem się na wiele negatywnych recenzji, ale jeśli takie się pojawiły, to w porządku. Muzyka jest czymś osobistym, a nasz rodzaj black metalu nie jest dla każdego. Czasem przeszkodą bywa już sama długość utworów.
Fani docenili jednak nasz powrót do dłuższych form. Pierwszy utwór trwa ponad dziewięć minut, drugi ponad dziesięć, a cały album ma tylko sześć kompozycji. Trudno wybrać z niego pojedynczy utwór na singiel. Uważam, że należy słuchać go jako całości. Trzeba usiąść, założyć słuchawki i poświęcić mu około czterdziestu pięciu minut. Bardzo cenię, kiedy słuchacze chcą poświęcić mu ten czas i odkrywać nie tylko muzykę, lecz także teksty. To znaczy, że zrozumieli nasze intencje.
Który utwór lubicie najbardziej?
Nikita Kamprad: To zmienia się cały czas, ale obecnie wskazałbym „Eos”, ponieważ właśnie ten utwór najbardziej lubię grać na żywo.
Według mnie „Innern” to płyta wybitna, a w moim podsumowaniu ubiegłego roku zajęła pierwsze miejsce. Którą z nich polecilibyście komuś, kto nie zna twórczości Der Weg Einer Freiheit?
Nikita Kamprad: Wybrałbym nasz debiutancki album „Der Weg Einer Freiheit”. Kiedy patrzę na całą dyskografię, widzę bardzo liniowy rozwój naszej muzyki: od pierwszej płyty aż po „Innern”. Każde kolejne wydawnictwo wnosiło coś nowego.
Na „Stellar” zaczęły pojawiać się czyste wokale, a na „Finisterre” wprowadziliśmy pierwsze brzmienia i tekstury syntezatorowe. Debiut pokazuje najbardziej surową, podstawową wersję Der Weg Einer Freiheit, taką, jaka istniała w 2009 roku. „Innern” reprezentuje współczesne oblicze zespołu, które nadal zachowuje nasze korzenie: blasty, melodyjne riffy, krzyk oraz inne tradycyjne elementy black metalu.
Jeżeli ktoś pozna debiut i „Innern”, będzie mógł sobie wyobrazić, jak brzmią albumy znajdujące się pomiędzy nimi.
Skąd wziął się pomysł na instrumentalną wersję „Innern”? Planujecie wydać ją fizycznie? Przy okazji: czym różni się „Finisterre III” z albumu oryginalnego od wersji na wydaniu instrumentalnym?
Nikita Kamprad: Pomysł wyszedł od naszego basisty Alana. „Xibalba” była drugim utworem ukończonym instrumentalnie jako demo nowego albumu, ale ostatnim, do którego dodaliśmy wokale. Przez wiele miesięcy istniała więc wyłącznie w wersji instrumentalnej. Alan tak bardzo się do niej przyzwyczaił, że po dodaniu wokali usłyszał właściwie nową kompozycję. Nie lepszą ani gorszą, po prostu inną. Zasugerował więc, abyśmy wydali pierwotną wersję.
Początkowo myśleliśmy o jednym utworze, ale później zdecydowaliśmy się udostępnić cały album w wersji instrumentalnej i sprawdzić, jak zareagują słuchacze, a także jak sami odbierzemy tę muzykę bez wokalu.
Nie ograniczyłem się do wyciszenia ścieżek wokalnych. W nowym miksie mocniej wyeksponowałem poszczególne instrumenty oraz charakterystyczne elementy utworów, między innymi niektóre przejścia perkusyjne. Kiedy znika wokal, zwykle znajdujący się w centrum miksu, wyłania się zupełnie nowy świat instrumentów.
W przypadku „Finisterre III” nie musiałem właściwie niczego zmieniać, ponieważ już na oryginalnym albumie jest to krótki utwór instrumentalny. W obu wydaniach brzmi więc tak samo.
Reakcje były bardzo pozytywne. Ludzie lubią zanurzać się w muzyce bez wokalu. Słyszałem nawet, że niektórzy zasypiają przy tej wersji. To trochę zabawne, ale zrozumiałe: ciągły krzyk raczej nie pomaga zasnąć, a wydanie instrumentalne może działać uspokajająco.
Jeżeli chodzi o wydanie fizyczne, decyzja nie należy do nas. Prawa do „Innern” ma wytwórnia, a ona musi ocenić ryzyko i przewidywaną sprzedaż. Szczególnie w przypadku winyla uznano je za zbyt duże. Sami chętnie przygotowalibyśmy takie wydanie, ale obecnie nie mamy takiej możliwości. Zgodnie z naszą umową dopiero po dziesięciu latach będziemy mogli sami zdecydować o fizycznym wznowieniu.
Jakie są Wasze pozostałe plany wydawnicze na najbliższy czas? Macie już coś w szufladzie?
Nikita Kamprad: W 2017 roku wydaliśmy „Finisterre”, prawdopodobnie jeden z najważniejszych albumów w naszej historii. Dla wielu osób był to pierwszy kontakt z Der Weg Einer Freiheit. W 2027 roku minie dziesięć lat od jego premiery, dlatego album doczeka się wznowienia.
Z jubileuszem będzie jednak związane również wyjątkowe wydawnictwo. Nie mogę jeszcze zdradzić szczegółów, ale przedstawi ono fanom, a także osobom, które jeszcze nas nie znają, nowe wersje utworów z „Finisterre” oraz kompozycji z innych etapów działalności zespołu. Intensywnie pracujemy nad tym, aby projekt ukazał się w przyszłym roku.
Jesienią planujemy także kolejną trasę. Mogę więc zapewnić, że coś nowego na pewno się pojawi.
Dziękuję Ci za rozmowę.
- DER WEG EINER FREIHEIT: „Szczerze mówiąc wolę tę bliskość” - 17 października 2026
- HÆRESIS – „Si Vis Pacem Para Bellvm” (2026) - 2 lipca 2026
- ABAZUS – „Subcarpathia” (2026) - 15 maja 2026

