GONG: „To wieczny kosmiczny kadet”

Zostaw w tyle dość odległy świat zamieszkany przez Pot Head Pixies, Flying Teapots i Octave Doctors, gdzie jedyną stacją wartą słuchania jest Radio Gnome. Za drzwiami zostaw też swoje uprzedzenia.

Zapraszamy w podróż z Planety GONG na Ziemię, czyli rozmowa z Kavusem Torabim, Dave’em Sturtem i Fabio Golfettim z pięcioosobowego składu zespołu GONG.

An interview with GONG in English


Próba porównania GONG do innych zespołów o podobnym czasie działalności to w zasadzie misja niemożliwa. To fenomen na skalę światową, a może i wszechświatową. Żadna grupa nie była tak skoncentrowana na własnej dekonstrukcji i podążaniu w nowe style różnymi szlakami do tego stopnia, że kiedy nazwa GONG okazywała się zbyt ciasna powstawały grupy -matki, -córki, -synowie, -kuzyni, a nawet -teściowe – dryfujące tylko na nikłej smudze powiązań personalnych z macierzystym GONGIEM. Czy to nie jest właśnie styl grupy/projektu – zbioru inspiracji pochodzących od muzyków, którzy na przestrzeni lat bezwiednie wchodzą na pokład statku o nazwie GONG, zostając dłużej lub krócej podczas międzygalaktycznej podróży na Ziemię?

Nawet skrócona historia zespołu/marki/szyldu GONG i jego odgałęzień mogłaby stać się pretekstem do nakręcenia serialu s-f, ale nie o jego historię jednak tym razem chodzi.

Analizując jego dzieje i dyskografię doszłam do wniosku, że reaktywacja w 2009 roku (ponowne spotkanie Steve’a Hillage’a i Davida Allena), która zaowocowała albumem 2032, stała się jakby początkiem nowego szlaku, którym zespół podąża w obecnym składzie – zostawiając w tyle już dość odległy świat zamieszkany przez Pot Head Pixies, Flying Teapots i Octave Doctors, gdzie jedyną stacją wartą słuchania było Radio Gnome. To niesamowite, ale Daevid najwyraźniej to przewidział…

„Ten album kończy historię” — mówił w wywiadzie przed wydaniem 2032. „Oczywiście nie mogę zdradzić, co się wydarzy, ale wszystko dobrze się kończy i mam nadzieję, że ludzie uznają to za interesujące”.

Przechodzą mnie ciarki, ale czy nie jest to rodzaj spełniającej się obecnie przepowiedni ?

KAVUS: Przepraszam, będzie trochę pośpiesznie (przyp. Złapałam zespół praktycznie na walizkach przed trasą po Stanach). Daevid powiedział mi, że nie chce, by zespół się rozwiązał tylko dlatego, że on umrze. Nie miałem pojęcia, że skończy się na tym, że go „zastąpię”. Powiedział, że widział mnie we śnie. Ale wiem, że od momentu, w którym się poznaliśmy, połączyła nas głęboka więź. Przypuszczam, że z perspektywy czasu, to wszystko nie jest zaskakujące. Kto wie? To z pewnością najdłuższy czas, jaki spędziłem w jednym zespole, szczególnie z tak stabilnym składem. Mam wrażenie, że dopiero zaczynamy.

„Album 2032”, który był sednem spotkania filarów grupy – Hillage’a i Allena – po latach, stał się poniekąd pretekstem, aby wreszcie rozwikłać skomplikowane, nieznane życie z innego wszechświata. Koncept album, który opisuje, jak niewidzialna Planeta Gong, w końcu nawiąże kontakt z Ziemią w roku 2032.
Zostało 8 lat na ostateczne dotarcie do Ziemi. To już całkiem niedługo! To właściwy kurs? Czy to kurs, którym podążacie obecnie?

KAVUS: Lepiej, żeby tak było! Jesteśmy za daleko, by teraz zmienić kurs.

Z pozycji fana to spełnienie marzeń, kiedy dołącza się do ulubionego zespołu.
Czy kiedykolwiek, któryś z Was pomyślał, że będziecie grać, ba – nawet tworzyć GONG, że to w ogóle jest możliwe? Choć jeśli rozciągnięty, często surrealistyczny, ponad pięćdziesięcioletni okres istnienia grupy „space rockowej” czegoś nas nauczył, to tego, by zawsze spodziewać się niespodziewanego…
Jak to się dokładnie stało? Jaka była Wasza droga do zespołu?

KAVUS: Ja już wcześniej dołączyłem do mojego ulubionego zespołu, kiedy trafiłem do Cardiacs w 2003 roku, więc miałem już w tej kwestii doświadczenie i nie wiem, czy kiedykolwiek granie w GONG było moim marzeniem. Zawsze bardziej interesowała mnie moja własna muzyka niż czyjaś inna. To jednak oznacza, że czuję, jakbym się urodził, by grać w GONG. Muzyka i filozofia GONG miała na mnie wpływ odkąd byłem nastolatkiem. Podobał mi się pomysł bycia w zespole z Daevidem, ponieważ był on bardzo inspirującą osobą i szczególnie podobał mi się pomysł współpracy z nim przy pisaniu tekstów. Kiedy powiedział nam o swoich planach kontynuowania zespołu bez niego, wszyscy byliśmy nieco sceptyczni, ale tak naprawdę sprowadzało się to do dwóch wyborów: zrobić to lub nie. Kiedy wszyscy zgodziliśmy się to zrobić, musieliśmy ruszyć naprzód pewnie, z pasją i zaangażowaniem. Myślę, że gdybyśmy próbowali odtworzyć dawny GONG (który GONG wybrać? Jest tak wiele wersji!), ponieślibyśmy porażkę, ponieważ każdy GONG był wyjątkowy i podążał własną ścieżką. Naszym obowiązkiem było podążanie naszą ścieżką, ale wciąż zgodnie z podstawową filozofią Planety GONG.

DAVE: Pracowałem wcześniej z Daevidem Allenem przy albumie Cipher z Theo Travisem, więc miałem już jakieś kontakty. Zostałem zaproszony na przesłuchanie do zespołu na początku 2009 roku, kiedy Mike Howlett wyjeżdżał do Australii. Zostałem poproszony o nauczenie się kilku klasycznych utworów GONG, a także kilku utworów Steve Hillage Band, ponieważ SHB byli supportem na nadchodzącej europejskiej trasie. Słyszałem je jako nastolatek, ale byłem zaskoczony, jak skomplikowane były do grania.
To zmieniło moje życie.

FABIO: Usłyszałem o GONG w 1975 roku po tym, jak zostałem fanem Soft Machine, odkryłem, że założyciel Soft Machine odszedł przed ich pierwszym albumem i założył GONG we Francji. Mieszkając w Brazylii mieliśmy bardzo ograniczony dostęp do importowanych płyt w tamtym czasie, ale szef mojego ojca we Francji był fanem GONG i przywiózł mi Angel’s Egg, a później mój ojciec dostał Camembert Electrique od Lido musique w Paryżu. Pod koniec lat 70. byłem na liście mailingowej GAS i otrzymałem wiele korespondencji na temat Daevida i artystów związanych z GONGIEM. Pewnego razu moja przyjaciółka May East  wydawała w Wielkiej Brytanii album w tej samej wytwórni co Daevid, więc skontaktowała mnie z nim bezpośrednio, a potem spotkaliśmy się osobiście w Brazylii w 1992 roku i mieliśmy wspólny koncert. Zostaliśmy przyjaciółmi i pozostawaliśmy w kontakcie przez lata, aż zaprosił mnie do gry w Glissando Orchestra na Gong Unconvention w Amsterdamie w 2006 roku. Następnie zagraliśmy kilka koncertów pod nazwą Gong Global Family, co doprowadziło do zaproszenia mnie do GONG pod koniec 2011 roku. 

Specyficzna historia zespołu w zasadzie powinna dać odpust niektórym zaczepnym komentarzom, że obecnie nie ma nikogo z podstawowego składu, że to nie jest prawdziwy GONG. GONG jest jednak tylko (aż) statkiem, do którego muzycy wsiadają, wnosząc swój bagaż, i wysiadają, jeśli im się podróż znudzi, bądź jeśli chcą zmienić kierunek podróży. GONG podąża dalej. Najciekawsze w tym fenomenie jest to, że statek nadal pozostaje zdatny do podróży, mimo iż sterowało nim wiele różnych osób.
Czy ktokolwiek podejmuje kluczowe decyzje i odbiera maile – automatycznie staje się liderem? Może ten, kto pisze teksty? Kto więc teraz jest kapitanem Gwiezdnej Floty i steruje USS GONG?

KAVUS: GONG jest teraz, tak jak zawsze był, samozarządzającym się kolektywem. Każdy z naszej piątki wnosi do niego swoje mocne strony. Niektórzy z nas lepiej radzą sobie z administracją, organizacją i stroną finansową, inni bardziej z kierunkiem artystycznym i muzyką. Wszyscy pracujemy razem. W zależności od tego, jakie jest zadanie, każdy z nas przez jakiś czas nosi czapkę kapitana.

DAVE: Jesteśmy bardzo demokratycznym zespołem… Wszystkie najważniejsze decyzje podejmowane są wspólnie… Oczywiście Kavus jest centralnym punktem, ale wszyscy uczestniczymy w procesie twórczym. Komponujemy wspólnie, wszyscy razem w sali prób.

FABIO: Głównym mózgiem był Daevid Allen, który miał zdolność łączenia muzyków w taki sposób, aby mogli dać z siebie wszystko, co najlepsze. Porównuję to do tego, czym są niektóre zespoły jazzowe, podążające za dziedzictwem mentora. Daevid założył ten zespół i z uwagi na swoją chorobę nie mógł go kontynuować, więc zaczęliśmy jako kolektyw komponować. Nie staraliśmy się znaleźć wokalisty, frontmana, bo to byłoby błędem, bo nie ma zastępstwa i porównania do Daevida. Kavus sięgnął po partie wokalne i to była właściwa decyzja. Nadal jesteśmy demokratycznym zespołem, wszyscy komponujemy razem i każdy z nas może ujawnić swoje umiejętności.

Wróćmy na chwilę do pierwszej płyty, na której pojawiacie się obok Allena, czyli
„I See You” – mam wrażenie, że to album, na którym Daevid robi swoim nowym kolegom trochę więcej miejsca niż zazwyczaj. Jest w tym albumie jakaś inna przestrzeń, inne perspektywy, więcej tu nowych rozwiązań.
Jesteście współtwórcami utworów, czy Daevid był cenzorem każdej nuty, a może panowała swoboda w podejmowaniu decyzji? Jak wyglądała praca nad płytą?

KAVUS: Daevid w ogóle nie był dyktatorem przy tym albumie, zespół już zaczął go tworzyć, kiedy dołączyłem. Po prostu dodałem wszystkie pomysły i melodie, które uważałem za odpowiednie. O ile pamiętam, wszystkie zostały wykorzystane.

DAVE: Daevid zawsze lubił korzystać z pomysłów innych ludzi. Prosił nas o pomysły muzyczne. Niektóre były tylko riffami, inne prawie kompletnymi utworami. A niektóre opierały się na improwizacjach perkusji i basu w studiu nagraniowym w Sao Paulo. Utwory zostały następnie opracowane zdalnie, z Daevidem i Orlando w Australii, Fabio w Brazylii oraz Ianem, Kavusem i mną w Wielkiej Brytanii. Nie był to łatwy proces, zwłaszcza że Daevid był leczony na raka.
Na początku przyszłego roku ukaże się zremiksowana i przerobiona wersja tego albumu, w 10 rocznicę jego wydania.

FABIO: Ten album powstał podczas sesji studyjnej w Brazylii po trasie koncertowej w 2013 roku. Daevid był otwarty na wkład każdego nowego członka. Poza tekstami, które napisał, nagraliśmy to, co uważamy za dobre dla każdego utworu, byliśmy wtedy na trzech kontynentach, a zmiksował to i wyprodukowała Daevid wspólnie ze swym synem Orlando w Australii. Dla mnie ten album jest bardzo ważny, ponieważ był to mój pierwszy wkład jako członka GONG i ostatnie nagrania Daevida i Gilli. Był to również zalążek nowego zespołu. Wersja z remiksami jest obecnie finalizowana i zostanie wydana jako 10th Anniversary Special Edition.

„Rejoice! I’m Dead!” – to płyta już w pełni w waszym obecnym składzie, ale jeszcze z głosem Allena. Ma się wrażenie podczas słuchania, że statek GONG porusza się jeszcze na tzw. autopilocie po tym jak Daevid go opuścił, z wieloma wątkami tęsknoty za stylem Daevida i Steve’a , swoisty rodzaj hołdu, no i ten przewortny tytuł – iście Monthy Pythonowski.
Na ile była ona „wasza” a na ile to jeszcze muzyka pozostawiona przez Daevida? Na koncertach doskonale sprawdzają się  „Rejoice”  i „Kapital”. Jak z perspektywy czasu postrzegacie materiał z tego krążka?

KAVUS: Niekoniecznie czuję się właścicielem muzyki, którą piszę, ona po prostu się pojawia. Jeśli chodzi o Rejoice!, to słowa „Rejoice! I’m dead, At last I’m free” pochodzą z wiersza Daevida, ale reszta była moja. Daevid był w centrum naszych myśli podczas tworzenia albumu. Chciałem stworzyć pozytywny album o śmierci, głównie ze względu na podejście Daevida – zarówno do swojej śmierci, jak i śmierci w ogóle – a także dlatego, że już wcześniej nagrałem bardzo ciężki album na ten temat, Bottled Out Of Eden, z moim zespołem Knifeworld, który był znacznie bardziej osobisty. Chciałem, by Rejoice! było bardziej uniwersalne. Świętowanie śmierci, jak wolisz.

DAVE: Zdecydowanie większa część albumu to nowy materiał. Daevid zostawił nas z połową Kapital i jego improwizowanym wokalem nad moim utworem „Beatrix”. Wiele z reszty albumu jest wyraźnie refleksją nad odejściem Daevida… a tytuł pochodzi z jego wiersza „All I Ask”. Gościnnie pojawiają się również Steve Hillage i Didier Malherbe, ale jeśli chodzi o proces twórczy, nie czuliśmy przymusu, by próbować odtworzyć dawny GONG. Cieszyliśmy się z możliwości poprowadzenia statku w nowym kierunku.

FABIO: To swego rodzaju album przejściowy, hołd dla Daevida, ale też okazja do nadania zespołowi kierunku. Są wzmianki o Daevidzie, ale większość materiału była nowa, poza pierwszą połową Kapital i jego głosem, który pojawia się na albumie. Ale w zasadzie ten album był zbiorem pojedynczych utworów, które zostały wspólnie opracowane przez ten „nowy” kolektyw.

„The Universe Also Collapses” – album z 2019 roku, w którym, moim zdaniem, rozsiedliście się wreszcie wygodnie w statku kosmicznym o nazwie GONG z nowym szyldem skrojonym na miarę ugruntowanego już składu. Płyta zawiera raptem cztery utwory z ponad 20-minutowym „Forever Reoccurring” na czele. Ten kawałek pulsacyjnie wprowadza nas w stan błogości, a przypominające mantrę powtarzane wokale przeplatane kosmicznie brzmiącymi ambientowymi pętlami , kanciaste riffy i nieoczywiste perkusyjne kąśliwości rozmachem i aranżacyjnym skomplikowaniem kojarzą się z „Close To The Edge” – Yes-ów.  Niesamowite bębny i bas oraz gitarowe pasaże – chciałabym móc usłyszeć go na żywo!

Co na tym krążku było najważniejsze? Czy rzeczywiście to był moment na utożsamienie się z zespołem i nazwą GONG – tak, to MY?

KAVUS: Tak. Myślę, że jest to album, na którym naprawdę odnaleźliśmy brzmienie obecnego GONG.
Dobre wieści! Mamy nadzieję, że zagramy „Forever Reoccurring” w Polsce, jeśli będziemy mogli. Uwielbiam to robić!  Myślę, że po pandemii nastąpiła prawdziwa zmiana w GONG. Przynajmniej dla mnie znaczenie zespołu, naszej misji i naszej podróży stało się znacznie jaśniejsze. Myślę, że przed 2020 rokiem staraliśmy się zrównoważyć stary materiał GONG z nowymi rzeczami, ale po powrocie zdaliśmy sobie sprawę, że skupienie się na najnowszej muzyce było o wiele bardziej skuteczne i konieczne. Ta muzyka została napisana na teraz, a ponieważ ją napisaliśmy, rozumiemy motywacje i myślenie stojące za każdą częścią i piosenką, co czyni ją znacznie potężniejszym i bardziej szczerym doświadczeniem.

DAVE: Wersję „Forever Reoccuring” można usłyszeć na żywo na albumie „Pulsing Signals”, od czasu do czasu nadal ją gramy, gdy mamy okazję zagrać dłuższy set. Do tego czasu byłem w GONG od 10 lat i wszyscy, oprócz Cheba (przypis – perkusista Cheb Netles) graliśmy w zespole z Daevidem, więc nigdy nie było momentu, w którym czuliśmy, że jesteśmy czymś innym niż GONG. Byliśmy zadowoleni z reakcji na „Rejoice! I’m Dead”, ale wiedzieliśmy, że ten album nie będzie miał gości. Stworzyliśmy silny sojusz między sobą w trakcie wielu tras koncertowych, co znajduje odzwierciedlenie w silnym skupieniu i kierunku „Universe”.

FABIO: Myślę, że „The Universe Also Collapses” to nasz „pierwszy” album, ma model i koncepcję, którą podążamy od tego czasu. To muzyka skomponowana kolektywnie i zagrana pod wpływem ducha GONG, kierowana głównie intuicją, odnaleźliśmy nasz proces twórczy tej inkarnacji GONG i ten album zawiera wszystkie elementy, które rozciągają się na okładkę i nasze występy na żywo. 

 I wreszcie wasze ostatnie dzieło – „Unending Ascending” – dzieło pozbawione obciążeń i kompleksów. W pełni uwolnione od oglądania się za siebie, na tzw. pełnym oddechu. Czuć radość podążania pod szyldem GONG na własnych zasadach.
Sporo muzyków dziś przyznaje, że okres pandemii był swoistym katharsis i przyniósł wiele dobrego dla ich twórczości. Czas totalnej depresji , ale też w wielu przypadkach dotarcia do wnętrza samego siebie w celu zmierzenia się z demonami, które ukryte w codzienności pomału zjadały nas od środka. Udawanie się skończyło, trzeba było stoczyć walkę i uświadomić sobie, co jest ważne. Płyta jest niesamowicie świeża i przestrzenna, wręcz popowa.
Czy to dzieło jest również efektem pozbycia się jakiegoś balastu? Co się działo zanim ponownie po pandemii spotkaliście się w studio?

DAVE: Pierwszy koncert po pandemii zagraliśmy na małym festiwalu muzyki psychodelicznej o nazwie Kozfest… i było fantastycznie. Coś się wydarzyło, gdy wszyscy się izolowaliśmy, zastanawiając się, czy kiedykolwiek jeszcze zagramy. Ten niepokój sprawił, że wszystko znalazło się w centrum uwagi i wszyscy to poczuliśmy. Nagle znaleźliśmy się na innym poziomie napięcia i wolności. To było niezwykłe. Przetestowaliśmy kilka utworów, które ostatecznie znalazły się na UA, więc wiedzieliśmy, jak dobry będzie ten album.

FABIO: Kiedy zaczęliśmy pracę nad tym albumem, mieliśmy już pomysł na to, jak powinien on wyglądać i w pewnym sensie stał się on częścią naszej trylogii, która rozpoczęła się od „The Universe Also Collapses”. Piosenki pojawiały się bardzo spontanicznie na próbach i jest to album z różnorodnymi pomysłami, piosenkami krótszymi niż na poprzednim albumie, a każda z nich ma swój własny świat, jest jak album singli.

Wasza piątka doskonale sprawdza się na koncertach, widać, że ten kolektyw to dobrze działająca długodystansowa machina koncertowa. Szczerze muszę przyznać, że byliście dla mnie absolutną zagadką na festiwalu Summer Fog w Katowicach w 2023 roku. Nie wiedziałam, czego mam się spodziewać i zwyczajnie nic sobie nie obiecywałam. To, co się tam wydarzyło jest kompletnie niewyjaśnialne. Występ ze Steve’em Hillage’em, a zwłaszcza moment, kiedy zagraliście flagowy hymn, Master Builder był czymś, czego żadna używka nigdy nie była w stanie mi dostarczyć. Muzyka rozlała się po ciele i spłynęła wzdłuż kręgosłupa gęstym strumieniem, rozluźniła skronie, uwolniła kanały łzowe, a mięśnie zwiotczały, wprowadzając ciało w pulsacyjne pląsy. To się zadziało z większością publiki. Na koniec rzuciliśmy się sobie w ramiona i ściskaliśmy każdego, kto był obok – niezapomniane doświadczenie psychodeliczne.
Jaki był ten pierwszy kontakt z polską publicznością? Są miejsca, gdzie gra się Wam najlepiej?

KAVUS: Dla mnie było to bardzo oszałamiające. Wykonaliśmy set składający się wyłącznie z naszych trzech ostatnich albumów i reakcja była fenomenalna. Nie mogę się doczekać naszego powrotu. Uwielbiam grać wszędzie, ale myślę, że polskie koncerty są tymi, na które czekam najbardziej.

DAVE: To był dla nas świetny festiwal. Pierwszego dnia graliśmy jako GONG, a drugiego jako support Steve’a w The Steve Hillage Band. Naprawdę lubimy grać dla publiczności festiwalowej, która nas nie zna, ponieważ wiemy, jak zapalające są nasze występy na żywo, a reakcja katowickiej publiczności była fantastyczna. Naprawdę podobało nam się granie w Polsce po raz pierwszy i nie możemy się doczekać naszych koncertów w listopadzie tego roku.

FABIO: Jako były architekt, gdy tylko dotarłem na miejsce, do futurystycznego budynku, miałem świetne przeczucia co do festiwalu. Ponadto graliśmy z jednym z naszych mentorów, Steve’em Hillage’em i mieliśmy zaszczyt występować z Nickiem Masonem. Pink Floyd wciąż ma na mnie duży wpływ. Bardzo podobała mi się atmosfera i gościnność polskiej publiczności, uwielbiamy grać w miejscach, w których nigdy wcześniej nie byliśmy.

Na krążku Unending Ascending pojawia się pierwiastek kobiecy – Saskia Maxwell (obecnie w składzie Ozric Tentacles) – która swoimi wokalizami połączyła dawny świat GONGA ze współczesnym wcieleniem. Saskia pojawiła się też na scenie podczas wspólnej trasy z Ozric Tentacles po UK. Widziałam dwa Wasze koncerty w Londynie i Edynburgu. Saskia wykonywała na scenie swoisty taniec derwisza podczas „Master Builder” – doskonały element dopełnienia transowości.
Skąd się wziął pomysł jej udziału na płycie i potem na scenie? Jak się dogadywaliście z Ozric, bo to nie pierwsza wspólna trasa?

KAVUS: Bardzo dobrze się z nimi dogadujemy, to naprawdę pokrewne dusze. Saskia jest zabawna i ma wspaniałą energię. Włączenie jej do koncertów wniosło wspaniały kobiecy aspekt, którego być może brakowało od czasu odejścia Gilli. Mam nadzieję, że uda nam się zrobić razem więcej.

FABIO: Kiedy byliśmy w trasie z Ozric Tentacles, ta kombinacja zdarzyła się spontanicznie podczas niektórych koncertów, a ponieważ zaśpiewała jeden z utworów, które opracowywaliśmy, rozszerzyliśmy jej gościnny występ na album.

Ozric Tentacles i GONG wraz z ekipą techniczną w Summerhall - Edynburg 23.03.2024

Ilekroć rozmyślam o muzyce i jej niezwykłym dziedzictwie w przypadku takich kamieni milowych jakim niewątpliwie jest GONG, to zadaję pytanie, czy muzycy w zespole są połączeni twardo z rzeczywistością, czy są raczej mistykami z misją podnoszenia ludzi na duchu. Stało się to po pandemii ważniejsze niż kiedykolwiek wcześniej. Humor i groteska ustąpiły miejsca mistycyzmowi.
Gong jest na swój sposób mistyczny. Czy koncerty to swego rodzaju misterium, próba połączenia z siłą wyższą?

DAVE: Ha! Nie można mi zarzucić, że jestem związany z rzeczywistością. Nigdy! Jestem wiecznym kosmicznym kadetem. Ilekroć gram, zatracam się w muzyce… a granie z GONG jest absolutnie najlepszym miejscem do latania przez krainy piękna i tajemniczości. Każdy koncert jest dla mnie radością.

FABIO: Jak powiedział Daevid Allen w wielu formach, „to jest zbyt poważne, aby było poważne” lub „Hari Hari supermarket”, więc mówienie o duchowości jest zawsze skomplikowanym zadaniem, szczególnie w tym świecie, w którym żyjemy dzisiaj, bardzo spolaryzowanym w wielu obszarach. Więc myślę, że to po prostu muzyka sprawiająca, że ludzie są szczęśliwi i refleksyjni, w pewien sposób przynosząca świadomość każdemu, że warto być lepszą istotą.

Każdy z Was ma też inne muzyczne zajęcia. Nie lubicie się nudzić, trudno uwierzyć, że macie czas na odpoczynek. A może to właśnie odpoczynek – praca nad innym rodzajem muzyki, która daje ukojenie, inspiruje do pracy nad pozostałymi wątkami?

„This Celestial Engine” to ekscytujący tegoroczny debiut supergrupy, nowy projekt łączący talenty trzech niezwykłych muzyków o zróżnicowanym pochodzeniu muzycznym. Na początku 2024 roku wydał swój debiutancki albumu w składzie: prócz Dave’a Sturta, perkusista Ted Parsons (Swans, Prong, Godflesh, Killing Joke, Jesu), i klawiszowiec Roy Powell (InterStatic, Anthony Braxton, Mumpbeak z Billem Laswellem).
To unikalna mieszanka eksperymentalnej improwizacji ambient avant-jazz rock przywiodła na myśl inną supergrupę poruszającą się w jazzowych klimatach – Trifecta, czyli kolaborację Beggs/Holzman/Blubdell. Beggs ze swoim nieujarzmionym i specyficznym poczuciem humoru wprowadził element groteski i spowodował, że szyld jazzu nie bardzo tu pasuje, bo poza wirtuozerską grą na basie i Chapman Sticku – udziela się wokalnie.

Dave, Ty na wspomnianej płycie jesteś wirtuozem gitary basowej, Ebow Bass, oraz używasz też bliżej nieokreślonych weird shit – cóż to za dziwne rzeczy? Powiedz, czy muzycznie bliżej ci do jazzu, czy do tzw. muzyki progresywnej? Znacie się z Nickiem Beggsem osobiście?

DAVE: Właśnie skończyliśmy krótką trasę w Wielkiej Brytanii z The Celestial Engine, która była naprawdę fantastyczna. Nasza muzyka jest w 95% improwizowana, co jest zarówno przerażające, jak i ekscytujące. Nigdy nie robimy prób, po prostu zaczynamy grać i reagować na siebie nawzajem i w jakiś sposób powstaje pięknie uformowany utwór (zazwyczaj!).

Powstaliśmy kilka lat temu w Norwegii i był to pierwszy raz, kiedy zagraliśmy serię koncertów. Nasz tytułowy album został wydany na początku tego roku przez Discus Music i spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem.

Tak, spotkałem Nicka kilka razy, jest uroczym facetem… i więcej niż trochę szalonym. Raz jadłem też wspólny posiłek z Adamem Holzmanem, kiedy on i Theo Travis grali ze Stevenem Wilsonem w Londynie. Nigdy nie myślałem, że istnieje podobieństwo między nami a Trifectą, ale wydaje mi się, że Roy Powell i Adam mają podobne podejście.

Jestem jedną z niewielu osób grających na basie bezprogowym z Ebow (z użyciem elektronicznego smyczka ). Uwielbiam specyfikę dźwięków, które wytwarza. Tworzę również dziwne pętle i pejzaże dźwiękowe z rzeczy, które nagrywam… lub krótkofalówek.

Jeśli chodzi o gatunek, naprawdę nie myślę w tych kategoriach. To wszystko jest dla mnie po prostu muzyką, gram to, co wydaje mi się właściwe w danym momencie.

Dave Sturt podczas koncertu w Summerhall - Edynburg 23.03.2024

https://discusmusic.bandcamp.com/album/this-celestial-engine-166cd-2024 

Fabio, ukończyłeś Architecture and Urbanism College na University of São Paulo – czyli z wykształcenia jesteś architektem/inżynierem? Kiedy okazało się, że bliżej Ci do muzyki niż chodzenia po budowach w kasku? Co było decydujące? Dotarłam do informacji, że już na studiach byłeś zafascynowany ideologiczną otoczką trylogii GONG jako miejsca/planety i postaci tam żyjących  do tego stopnia, że stworzyłeś/narysowałeś urbanistyczną wizję tego miejsca/miasta/osady – opowiedz proszę coś o tym.

FABIO: To długa historia i podróż…

Uwielbiam architekturę, która pomaga budować lepsze miejsca do życia na tym świecie, ale zanim zostałem architektem, byłem muzykiem odkąd skończyłem 14-15 lat. Przez kilka lat pracowałem jako architekt równolegle z karierą muzyczną. Na uniwersytecie poznałem przyjaciół również zainteresowanych muzyką i oczywiście tam powstał nasz pierwszy zespół. Ponadto, uważam muzykę za rodzaj architektury przestrzeni i czasu, więc jest więcej powiązań. Oczywiście kiedy dowiedziałem się o trylogii Planet Gong, automatycznie narzuciło mi to wiele lektur, takich jak Asterix czy Hobbit, czyli historie o małych społecznościach żyjących w idealnej rzeczywistości. Miałem okazję zaprojektować z kolegami wyimaginowaną wioskę opartą na wielu aspektach planety Gong Daevida. W latach 60. istniało wiele alternatywnych idei związanych z kontrkulturą, które stały się częścią świadomości ekologicznej w latach 90.

Mam też za sobą solidną karierę muzyczną w psychodelicznym zespole z Brazylii o nazwie Violeta de Outono od połowy lat 80. i kilka albumów solowych, niektóre pod „parasolem” The Invisible Opera Company of Tibet, imienia Daevida Allena.

Fabio Golfetti podczas koncertu w Katowicach - Summer Fog Festival 15.07.2023

https://fabiogolfetti.bandcamp.com/

Kavus, wydaje się, że jesteś najbardziej zajętym człowiekiem w zespole – biorąc pod uwagę ilość zadań i grup w których się udzielasz.
W tym roku wydałeś drugi solowy album : ”The Banishing” , który zaprezentowałeś na trasie po UK, wystąpiłeś też ze specjalnie skomponowanym dziełem p.n. „Lion of The Lord’s Elect” (w sześcioosobowym składzie z dwiema perkusjami) na festiwalu Roadburn  w Tilburgu oraz odbyłeś trasę z formacją Miranda Sex Garden. Wspomnieć należy też o niesamowitym trio The Utopia Strong, które tworzysz ze Stevem Davisem i Michaelem J. Yorkiem – a to tylko część z Twoich aktywności… Jest to z pewnością materiał na kolejny wywiad-rzekę. Przewrotnie więc zapytam o coś innego.
Zauważyłam, że nie rozstajesz się z bardzo charakterystycznym wisiorem z wizerunkiem Faravahar – symbolem zaratusztrianizmu, czy to ma związek z Twoim pochodzeniem, a może pełni jakąś ważną rolę w muzyce, jaką tworzysz?

KAVUS: Jesteś spostrzegawcza! Nie odgrywa to żadnej roli w mojej muzyce, bardziej chodzi o to, że moja rodzina nosi perskie imiona i uważa się za Persów. Ogólnie rzecz biorąc, mieszkając w Anglii przez większość mojego życia, jestem Anglikiem, ale noszę ten symbol, aby połączyć się z moimi perskimi korzeniami i oddzielić się od Islamskiej Republiki, która obecnie sprawuje władzę nad Iranem.

Kavus Torabi podczas koncertu -

Zmierzamy do końca… Kscope – wasza obecna wytwórnia zapowiedziała niedawno, że jesienią ukaże się płyta live z obecnie trwającej trasy, a dokładnie występ zarejestrowany w Edynburgu, na którym miałam przyjemność być i spotkać się z Wami. Mam nadzieję, że będzie można ją kupić na koncertach w Polsce.
To było zaplanowane przedsięwzięcie czy uznaliście, że właśnie ten koncert był najlepszy i należy go wydać? Nie umiem porównać, który z tych występów, na których byłam, był lepszy – pełniłam rolę fotografa i wiele szczegółów mi po prostu umknęło. Powiedzcie proszę coś więcej o tym wydawnictwie.

KAVUS: Wytwórnia zasugerowała wydanie rozszerzonej wersji albumu, aby promować nadchodzące trasy koncertowe. Nie nagrywaliśmy każdego koncertu, ale o ile pamiętam, Edynburg był najlepiej brzmiącym z tych kilku, które zrobiliśmy. Mój głos był trochę poszarpany, ponieważ była to ostatnia data trasy, ale myślę, że ma to dobry klimat. Energia piosenek jest, jak sądzę, całkiem ekscytująca.

DAVE: Wiele koncertów na trasie było naprawdę świetnych, tak się złożyło, że występ w Edynburgu miał najlepszą jakość nagrania. Tak, będzie dostępne w Polsce podczas trasy.

FABIO: Edynburg był ostatnim koncertem trasy i był bardzo klimatyczny, ale też najlepiej nagrany.

Dziękuję Wam za rozmowę i życzę udanej trasy po Stanach! Widzimy się w listopadzie w Polsce!

P.S. Niektórych może rozczaruję, ale Kavus z kolegami nie częstuje publiki kwaśną herbatką, tylko muzyką wzmocnioną szeregiem hipnotycznych efektów wizualnych, a koncert staje się źródłem oszołomienia tych, którzy decydują się na bycie częścią tego misterium. Musicie mi uwierzyć na słowo – trasa w listopadzie będzie oszałamiająca! Daevid Allen niestety odszedł, ale ta wersja Gong to coś więcej niż tylko hołd czy jak malkontenci próbują dyskredytować – pastisz.
Oni stworzyli swój własny niesamowity wszechświat dźwięków, który jest tak klasyczny, jak wszystko, co wymyślił „oryginalny” zespół.

Ja wsiadam do tego statku.

Backsage - Summerhall. Edynburg 23.03.2024r


W październiku GONG odbył trasę – pierwszą w tym składzie – po USA, a już 7 listopada rusza na koncerty w Europie, w tym czterokrotnie zagra w Polsce:

21.11.2024 – Warszawa, Hybrydy
22.11.2024 – Bydgoszcz, Kuźnia Bydgoszcz
23.11.2024 – Poznań, Centrum Kultury ZAMEK w Poznaniu
24.11.2024 – Katowice, Kinoteatr Rialto

organizatorem koncertów jest Art-Muza Concerts & Productions Agency

(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , .