Factory of Scream – Szczecin (26.10.2024)

https://fabryka-krzyku.pl

Sezon koncertowy w pełni, również w miejscówkach, które zwykle nie są kojarzone ze sceną metalową. Do tej pory do takich miast zaliczał się w mojej opinii Szczecin – choć sama mam za sobą pewną liczbę koncertów w stolicy zachodniopomorskiego, pewnie nie każdy połączy to miasto z muzyką metalową na żywo. Wszystkim zaliczającym się do tej grupy mogę polecić Fabrykę Krzyku – dzięki tej inicjatywie do Hali Odra sprowadzono sześć zróżnicowanych gatunkowo bandów, które dojechały z różnych części kraju – tak samo zresztą jak publika.

Wczesna pora rozpoczęcia eventu nie stanęła zainteresowanym na przeszkodzie i kilkadziesiąt osób stawiło się na miejscu przed już pierwszym gigiem. Mocny początek wydarzenia stanowił występ zespołu Gęgotka, który zawiesił poprzeczkę naprawdę wysoko. Black/thrash zespołu z Koszalina na żywo cechuje się bowiem intensywnością i zapałem.
Frekwencja była zacna, a widownia pod barierkami (choć nie rozkręcił się jeszcze moshpit) bawiła się przednio, wykrzykując co jakiś czas nazwę zespołu. Repertuar zespołu dostarczył słuchaczom zarówno kompozycji podszytych tremolowymi melodiami, jak i bardziej thrashujących, bardzo zresztą chwytliwych brzmień.

Gęgotka

Kolejny gig minął równie szybko i porządnie rozruszał publikę. Mowa o pochodzących ze Śląska Mayzel, którzy uraczyli widownię swoim death/thrashowym materiałem zagranym z porządnym kopem. Było słychać, że muzycy hołdują bezkompromisowemu połączeniu obu gatunków, a na żywo nie biorą jeńców, prezentując swoją muzykę z należytą energią, a przy okazji pełną profeską.
Skład Mayzel dobrze wiedział, jak dodatkowo może podkręcić atmosferę. W myśl zasady, że chyba nic nie jest w stanie tak rozruszać metalowej publiki, jak pierwsze dźwięki Raining Blood, zespół zagrał cover Slayera, czym zagwarantował sobie kolejną entuzjastyczną reakcję publiki.
Przekrój wiekowy zebranych osób okazał się spory – od siwych jegomości w spranych koszulkach ulubionych klasyków, po słuchaczy, którzy w tym miesiącu zaczęli pierwszy rok studiów (i parę jeszcze młodszych osób) – ale nie dziwił fakt, że w zasadzie każda grupa wiekowa z uznaniem zareagowała na repertuar Mayzel. Ogółem był to świetny występ, który równie dobrze sprawdziłby się jako nieco późniejszy punkt programu, gdy Hala Odra dodatkowo się zapełniła.

Mayzel

Jako następni na scenie stawili się Valkenrag. Słuchałam zespołu w czasach licealnych, ale jeszcze nigdy nie miałam okazji sprawdzić go na żywo, w związku z czym podeszłam do tego występu z ciekawością i nawet pewną nostalgią.
Gig zaczął się chwilę po krótkim przywitaniu: „Szczecin, jesteście tam?”, co było w pełni uzasadnione ze względu na dużą liczbę zapełnionych miejsc siedzących w klubie. Zgromadzeni bliżej sceny koncertowicze podeszli jednak bliżej, by w pełni doświadczyć pagan metalu w wykonaniu łódzkiej grupy. Choć twórczość Valkenrag miała w sobie folk metalowy klimat, na szczęście obyło się bez właściwej gatunkowi przaśności i odtwórczości, a na setliście znalazły się również ciężkie, utrzymane w średnich tempach utwory o melodic deathmetalowym brzmieniu. Było epicko i podnośnie – słowem, nie zabrakło niczego, co powinno być na pagan metalowym koncercie.

Valkenrag

Do pieca dodatkowo dołożyli Rusty Head, znani dawniej jako Alcoholica.
Wielki plus należy się dla nich za dodatkowe rozruszanie tłumu nie tylko po mistrzowsku zinterpretowanymi klasykami Metalliki (nie trzeba chyba dodawać, że Seek and Destroy, For Whom the Bell Tolls czy jedno z finałowych Master of Puppets były obowiązkowe), ale też numerami pochodzącymi przeważnie z najnowszego albumu zespołu, osadzonymi w klimatach heavy/thrash, oraz swobodną konferansjerką. Widać było, że Wojciech Sasimowski wraz z zespołem byli na scenie w swoim żywiole, a z grania na żywo czerpali nieskrywaną frajdę.

Rusty Head

Headlinerem wieczoru byli miejscowi weterani z Quo Vadis przywitani przez tłum (bo można tu już mówić o zauważalnie wyższej frekwencji) z należytym entuzjazmem. Lokalny zespół z długim stażem nie musiał czekać, aż publika zacznie skandować ich nazwę oraz unosić w górę pięści, zatem bez zbędnych ceregieli zaprezentowali konkretne show, podczas którego banger gonił banger.
Jak większość artystów, Quo Vadis nie wspomagali się przesadnie rekwizytami scenicznymi, decydując się na backdrop i owinięty drutem kolczastym stojak do mikrofonu. Szczecińska ikona thrashu pozwoliła swojej muzyce mówić samej za siebie, stawiając na surową siłę utworów i chwile w pełni profesjonalnej, niewymuszonej konferansjerki ze strony Tomasza Skayi.
W przekrojowej setliście nie pominięto zarówno obowiązkowych klasyków (podczas NKWD czy Trzy Szósteczki publiki nie trzeba było zachęcać do skandowania tekstów), jak i numerów z nowej płyty Labirynth, która miała swoją premierę w marcu br. Jestem pewna, że wkrótce na nowo przesłucham album od początku do końca, wspominając udany gig – próżno było szukać w klubie osób nieusatysfakcjonowanych występem Quo Vadis i sama bardzo chętnie znowu zobaczę zespół na żywo.

Eklektyzm składu imprezy dodatkowo uwidocznił się wraz z finałowym koncertem. Joanna Lacher i Drasta, zespół złożony głównie z byłych muzyków Percival, zapewnili wszystkim zebranym w Hali Odra klimatyczny, folkowy set wzmocniony elektroniką. Po siarczystych riffach, pełnych mocy metalowych coverach oraz tekstach intonowanych growlem ostatni koncert wieczoru stanowił ciekawą odmianę.
Z pewnością wypadłby jeszcze lepiej, gdyby nie był prezentowany po wspomnianych koncertach i przerzedzającej się powoli publice. Choć nie brakowało nieco cięższych momentów, przepełniony mistyczną atmosferą występ Joanny wraz z zespołem stanowił raczej wyciszenie metalowego wieczoru i moment na to, by emocje po mocnym dźwiękowym uderzeniu powoli opadły.

Październikowa odsłona szczecińskiej Fabryki Krzyku należy już do historii. Niewątpliwym plusem wydarzenia była różnorodność: od black metalu poprzez death/thrash oraz covery klasyki gatunku i folk/pagan metal, słuchacze mieli możliwość doświadczenia na żywo naprawdę dużego przekroju muzyki. Moja pierwsza wizyta w Hali Odra na pewno nie będzie ostatnią, a czas spędzony na evencie Fabryki Krzyku będę bardzo dobrze wspominać. Sobotni wieczór był świetną okazją do przekonania się, że na udany koncert niekoniecznie trzeba jechać do miast, w których najczęściej odbywają się metalowe imprezy.

Annika
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , .