HEILUNG: „Ciężka praca zawsze jest warta swojej ceny”

Do najciekawszych muzycznych zjawisk ostatnich lat bez wątpienia można zaliczyć Heilung. Zespół – czy wręcz kolektyw – którego członkowie pochodzą z Norwegii, Niemiec oraz Danii, i który zawitał ze swoim pogańskim rytuałem na sceny Wacken czy Hellfestu, stanowi jedyny w swoim rodzaju fenomen.
Jeden z założycieli Heilung, Kai Uwe Faust, odpowiada na pytania o najbardziej wyjątkowych występach, symbolice obiektów na scenie oraz nastrojach panujących w grupie przed planowaną w bliskiej przyszłości przerwą w graniu na żywo.

Interview with Heilung – English

Jak się macie? Jak wrażenia z Waszej ostatniej trasy przed przerwą?

Kai Uwe Faust: Czuję się ugruntowany. Rytuały, które odprawiamy, a które niektórzy nazywają po prostu koncertami, pochłaniają znaczną ilość energii. Jak dotąd ostatni odcinek trasy był intensywny, ale również piękny. To jak ostatni oddech przed głęboką, cichą zimą. Na scenie dajemy z siebie wszystko.
Kiedy przygotowujemy się do przerwy, najsilniej ze wszystkiego czuję wdzięczność.

Kiedy ogłoszono trasę, pojawiły się spekulacje, że zagracie w Stonehenge. Chcielibyście wcielić taki plan w życie?

Oczywiście. Stonehenge niesie ze sobą pewien rezonans, nie tylko archeologiczny, ale również na poziomie samych wibracji. To miejsce, w którym ludzkie ręce ustawiły się w jednej linii z kosmosem. Bardzo chcielibyśmy odprawić tam nasz rytuał, jednak takie miejsce wymaga odpowiednich intencji, musi pojawić się na to zgoda.
Jeśli takie wydarzenie zostanie zorganizowane, to będzie to oznaczało, że tak właśnie miało być.

Jakie wrażenia macie ze wspólnej trasy z Zeal & Ardor? Kto z Was wpadł na ten pomysł?

To było bardzo mocne połączenie. Pomysł wziął się z rozmowy z naszymi agentami od bookingu i zespołem produkcyjnym, jednak my wszyscy od razu czuliśmy tę energię. Zeal & Ardor wnoszą niesamowity ogień wraz ze swoimi występami na żywo. Ich bunt na poziomie duchowym oraz poczucie rytmu uzupełniają to, co my robimy na scenie. Jesteśmy różni stylistycznie, ale mamy wspólny mianownik w postaci naszej surowej ekspresji. Wprost ich uwielbiamy i bardzo ich szanujemy. Wspólna trasa z nimi to było naprawdę frajda.

Byłam na czterech przystankach Waszego tournée i pomimo różnic, takie połączenie świetnie się sprawdziło.

Dziękuję. To magia prawdziwego rytuału, która przekracza gatunkowe granice. To siedzi gdzieś w kościach i dosięga podświadomości. Kiedy ścieżki obu zespołów są równoległe i równie szczere, mogą tworzyć harmonię – nawet, kiedy w jednej główną rolę pełnią bębny, a w drugiej wokal w formie growlu.

Heilung w Sopocie, 2024. (Wiktoria Wójcik)

Jedną z Waszych najtrudniejszych do zagrania na żywo kompozycji jest chyba Tenet. Jak poradziliście sobie z tym utworem na próbach i później podczas Waszych rytuałów?

Tenet to nie tylko dźwięk, to również architektura. Zupełnie jak świątynia symetrii. Ćwiczenie tego wymagało wielkiej precyzji, ale ostatecznie zaprocentowało. Nie dało się podejść do tego jedynie używając intelektu, należało jeszcze tchnąć w to życie. Albo wręcz przeciwnie, przestać oddychać i po prostu poświęcić się śpiewaniu i recytowaniu, aż w głowie zaczynało się kręcić, a umysł wywoływał halucynacje.
Kiedy odpuścimy i utracimy nad tym kontrolę, wszystko zaczyna się poruszać jak wąż. Podczas rytuału jego struktura staje się swoistą ścieżką, a my podążamy jej śladem.

Ciężka praca zawsze jest warta swojej ceny. Jeśli ktoś chce wykorzystać jedynie minimum swoich możliwości i od razu cieszyć się efektami pracy, Heilung nie jest dla niego odpowiednim miejscem. Dajemy z siebie wszystko i jeszcze więcej. Only teamwork makes the dream work.

Czy myśleliście o wykorzystaniu motywów ze słowiańskiej mitologii albo muzyki w Waszej twórczości?

Tak, słowiańskie tradycje są bardzo bogate. Mają głębię równą tym pradawnym kulturom, które często eksplorujemy. Osobiście czerpię inspirację z ich duchowości i dualizmu, jak również z ich pieśni. Poza tym dawne tkane i haftowane motywy słowiańskie są prawdziwie inspirujące.
Zawsze podchodzimy do tych tematów z szacunkiem oraz dystansem – w pewnym sensie czekamy na to, by przodkowie otworzyli nam drzwi do tej wiedzy, by móc się zagłębić w temat.

Co symbolizuje poroże Twoje i Marii? Czy to w pewnym sensie symbol bycia przewodniczącymi rytuału?

Poroże to nie korona, nie stanowi symbolu władzy. To raczej przedłużenie ciała podobne do gałęzi drzewa. W wielu dawnych kulturach poroże symbolizuje połączenie z boskością, duchami zwierząt i mądrością natury. Maria nosi je w charakterze prządki – osoby, która wplata dźwięk w duszę. Ja noszę je jako gest stawania się jednym z duchami moich przodków, z bóstwami. Nie jestem ponad nimi ani poniżej nich, to po prostu forma duchowej ekspresji.

Czy uważacie, że Wasza muzyka może być stosowana przez słuchaczy do wprowadzania się w trans?

Tak, wielu z nich tak właśnie robi. Muzyka nie jest przeznaczona jedynie dla uszu. Jest również dla oddechu, serca i kręgosłupa. Rytm może towarzyszyć wizjom i doznaniom, ale wymaga podejścia z otwartym umysłem. Nie każdy osiągnie ten stan. Niektórzy będą czuli jedynie rytm, inni odnajdą siebie w ciszy pomiędzy nutami. Na tym polega całe piękno tego zjawiska.

Heilung w Sopocie, 2024. (Wiktoria Wójcik)

Jeśli mogę o to spytać, co sądzicie o używaniu dragów w pogaństwie i do wchodzenia w trans, niczym wojownicy berserkerzy?

To ścieżka zarówno światła, jak i cienia. Rośliny mogą nas wiele nauczyć, a niektóre z nich, traktowane z szacunkiem i otwartością, potrafią poszerzyć percepcję i otworzyć drzwi naszego umysłu. Jednak w dzisiejszych czasach ludzie często szukają skrótów.
To jak sięganie po ogień bez odpowiedniego przygotowania. Dawniej berserkerzy nie brali po prostu czegoś mocnego, byli również zdyscyplinowani oraz trenowali ciało i umysł.
W naszej muzyce jest więc przestrzeń na pewne święte rośliny, ale jedynie po odpowiednim przygotowaniu, podejściu z intencją i pokorą. W innym wypadku wprowadzanie się w trans to ucieczka, a nie transcendencja.

Do najbardziej wyjątkowych punktów w Waszej karierze należał z pewnością rytuał w Tajlandii. Skąd pomysł i kto stoi za tym przedsięwzięciem?

Ten rytuał był niczym zbiegające się rzeki. Nasz team, organizatorzy, miejscowe społeczności – wszyscy czuliśmy ten zew. To nie był zwykły występ, to było spotkanie różnych światów. Czuliśmy się tam serdecznie przywitani i odwdzięczyliśmy najlepiej, jak mogliśmy.
Stanowiło to świetne przypomnienie tego, że sam rytuał jest uniwersalny, a rytm bębna pozostaje taki sam niezależnie od tego, czy rozlega się w Danii, czy gdzieś w Chiang Mai. Nasi przyjaciele w Tajlandii, których możemy już praktycznie nazwać naszą rodziną, przeszli samych siebie w swojej gościnności i szczodrości. Od tego czasu pozostaliśmy połączeni w głębokim uznaniu i wzajemnym szacunku.

W jakim kraju jeszcze chcielibyście zagrać?

Jest takich wiele, mnie najbardziej ciągnie do Mongolii. Śpiew gardłowy, symboliczne znaczenie zwierząt takich jak konie, przestrzenie i ogromne dystanse w tym kraju. Wspomniałbym też o pewnych miejscach w Ameryce Południowej, na przykład Peru, gdzie połączenie ziemi i nieba jest integralną częścią życia.
W tym wszystkim nie chodzi jednak tylko o to, gdzie my chcemy zagrać – chodzi o to, gdzie nasz rytuał jest potrzebny. A najważniejszy jest w miejscach, gdzie ludzie zechcą zgromadzić się przy ogniu, by pamiętać, kim tak naprawdę są.

Annika
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , .