In Flames – „Foregone” (2023)

Jak się okazuje, In Flames cieszy się w naszej redakcji sporym zainteresowaniem, wynikiem czego jest podwójna recenzja najnowszej płyty Foregone!


Red. Marcin „Mały Brzeźnicki

Ponad 30 lat na scenie, 14 pełnych albumów i tysiące zagranych sztuk. Tak na dziś wypada podsumowanie działalności In Flames w cyfrach. 10 lutego odbyła się premiera „czternastki”, noszącej tytuł Foregone i wydanej klasycznie pod logiem Nuclear Blast.

Mam wrażenie, że nowy album In Flames to nie była rzecz, na którą czekano ze specjalnie zapartym tchem. Zespół od wielu lat unieszczęśliwiał swoich starych fanów, nagrywając płyty miałkie, niektórym się podobające, aczkolwiek nie tak dobre jak takie ich arcydzieła, jak Whoracle, Colony czy to, które zmieniło zespół na zawsze, czyli Reroute To Remain. Osobiście coś tam słuchałem, coś tam sprawdzałem, ale chyba od czasu Come Clarity nie zostało mi nic w głowie na dłużej po płytach Szwedów. Jakoś nie miałem problemu z ich komercyjnymi ciągotkami –nie w tym rzecz. Najnormalniej te płyty mnie nie porywały i, poza paroma kawałkami, nie zostawiły po sobie w moim życiu śladu. Szczerze także przyznam, że gdybym kilka miesięcy temu się dowiedział, że zespół się rozpadł, to bym nie płakał, nie dawałem mu już za wiele szans na nagranie czegoś „dla mnie”.

Sytuacja się zmieniła po premierze pierwszego singla zapowiadającego Foregone –  State of Slow Decay. Nagle wszyscy evil metale, prawdziwki, diabły i szatany (ze mną na czele) zaczęli się podniecać zapowiedzią i szansą na powrót zespołu do szwedzkiego młócenia melodyjnych riffów. Obserwacja tego zwrotu akcji była dosyć zabawna, aczkolwiek najważniejsza w tym wszystkim była muzyka. Jak się okazało, pomimo upływu czasu, wielu nadal słucha klasyczne albumy i po cichu obserwuje, co band ma do pokazania, oficjalnie żeby się pośmiać, a nieoficjalnie z nadzieją, że wróci do cięższego grania. State of Slow Decay uderzył mocno, pokazał chęci do dobrego riffowania, szybkiego grania, ale z uwzględnieniem bardziej nowoczesnej odsłony zespołu. Refren pojawiający się w utworze jest utrzymany w bardzo melodyjnej, klasycznej już stylistyce Andersa, ale nie jest nachalny czy przesłodzony i dobrze pasuje do całości utworu. Po tej premierze zacząłem czekać na pełen krążek. Kolejne single ominąłem z premedytacją, by nie psuć sobie poznawania całości płyty i dziś jest moment, kiedy w końcu do niego siadam.

Album zaczyna miniatura muzyczna pod tytułem The Beginning of All Things That Will End i chyba tu mnie In Flames najbardziej zaskoczył, bo spodziewałem się cięższego grania, ale folkujących, nieprzesterowanych melodii już nie. W taki sposób zespół nie zagrał od czasu Clayman i elementy te (słychać je jeszcze w Foregone pt. 2) przeniosły mnie do czasów, gdy z kaseciaka cisnąłem The Jester Race, Whoracle i Colony. Piękne czasy i piękne nawiązanie. Po takim początku nie mogło być słabo. Podobnie jak pierwszy singiel, utwory nawiązują silnie do przeszłości zespołu, z naciskiem jednak na Reroute To Remain w moim uznaniu, ponieważ przebojowość kompozycji jest silna, a brzmienie bardzo nowoczesne. Nie zmienia to faktu, że odnowiony skład In Flames oparł kręgosłup kompozycji na riffach i bardzo wyraźnym rytmie.

Oczywiście nie będzie to płyta dla ortodoksów. Utwory w stylu A Dialogue In B Flat Minor skutecznie odstraszą ludzi bojących się melodii, ale krążek jako całość jest na tyle ciężki i zbalansowany, że pociągnie za sobą znacznie większą liczbę metalowców niż poprzednie. Weźmy na przykład petardę w postaci Meet Your Maker, która uderza ciężarem i dwustopowym beatem w stylu, jakiego nie powstydziłby się choćby Heaven Shall Burn. Kompozycja ta to bardzo mocny element całości, a nie jest odosobniona. Co prawda, w końcówce utwory lekko odpuszczają i taki Cynosure mógłby znaleźć się na którymś z poprzedników, ale można to wybaczyć. Kontrast tu jest kluczem.

Foregone to album metalowy – po latach mogę z czystym sumieniem powiedzieć coś takiego o płycie Szwedów. Panowie wiedzą, jak zrobić przebój i jak utrzymać poziom melodii względem agresji, by nie rozmydlić utworów. W końcu zdecydowali się na wykorzystanie swojego doświadczenia, by nagrać album metalowy, ale silnie słuchalny, który połączy fanów nowych albumów z fanami starszych. Czy zostanie coś z niego we mnie na dłużej – pokaże czas, a na dziś jest bardzo dobrze i bez wyrzutów sumienia mogę wystawić Foregone wysoką notę.

Ocena: 9/10


Red. Damian „Synu” Wiśniewski

W zeszłym roku Machine Head, w jeszcze poprzednim Volbeat, w tym In Flames. Trzy zespoły, których dokonania przed laty ceniłem i które później zaliczały w moich oczach muzyczne bankructwo, zanotowały ostatnio ciekawą tendencję do odbijania się od dna. Oczywiście, tak samo jak w przypadku Of Kingdom and Crown i Servant of the Mind pojawia się przy Foregone delikatna wątpliwość o szczerość artystycznych intencji, nic nie poradzę jednak na to, że granie na sentymentach potrafi skutecznie uśpić umiarkowanie i trzeźwość oceny.

No bo jak nie cieszyć się, gdy po kilkunastu latach totalnej posuchy, muzyka prezentowana przez In Flames (choć z żelaznego składu zostali tam już tylko Björn Gelotte i Anders Fridén) znów wywołuje u mnie jakieś emocje i pozwala radośnie uśmiechnąć się do własnych wspomnień?

Już single zdradzały zadziwiający zwrot w stronę klimatów od dawna w muzyce Szwedów nieobecnych. State of Slow Decay leci wręcz na at the gatesowym riffie, w The Great Deceiver nie da się uświadczyć czystych wokali, Forgone pt. 1 ma co najmniej claymanowy vibe, a w Forgone pt. 2 powrót (będąc najbardziej sentymentalnym) sięga czasów The Whoracle/Colony.

Mało? Meet Your Maker czesze fantastycznym groovem, End the Transmission bankowo zawita do setlisty jako koncertowy banger, nawet niepotrzebnie „ubarwione” okropnymi, czystymi wokalami Bleeding Out, Pure Light of Mind, In the Dark, A Dialogue in B Flat Minor i Cynosure muzycznie bez trudu się bronią. Nie wierzyłem, że przyjdzie mi to jeszcze kiedykolwiek napisać, ale nowa płyta In Flames to naprawdę dobry i wzbudzający szczery entuzjazm album.

By nie było jednak zbyt różowo, w wielu miejscach boleśnie dają znać o sobie wspomniane ciągoty Fridéna do psucia numerów autotune’owymi zaśpiewami. Drastyczne zmiany nastroju momentami wywołują wręcz zgrzyt zębów, w ostatecznym rozrachunku, po serii odsłuchów, da się jednak z nimi jakoś żyć. Dla równowagi, bardzo pozytywnie na poziom kompozycyjny (i techniczny) wpłynął pełnoprawny angaż do składu In Flames Chrisa Brodericka. Ex-muzyk Nevermore i Megadeth doskonale wpasował się w gothenburski klimat, dodając od siebie kilka naprawdę popisowych solówek. Zresztą gra Tannera Wayne’a i Bryce’a P. Newmana też pozostawia niewiele do życzenia, „nowi” muzycy grupy zaprezentowali się na Foregone więcej niż przyzwoicie. Z całą sympatią dla Jespera Strömblada, Andersa Iwersa i Daniela Svenssona, trudno obecnie odczuć ich brak.

Najnowszy krążek In Flames, choć niepozbawiony wad, jest na pewno najlepszą rzeczą sygnowaną logiem zespołu, od czasu wydanego w 2006 roku Come Clarity. Nie wiem, czy zespół powróci do słuchalnych klimatów na stałe, czy to tylko jednorazowy wyskok, na dziś i tak dostarczył mi więcej radości, niż jeszcze do niedawna śmiałbym oczekiwać.

Ocena: 8/10





Synu
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , .