Site icon KVLT

KOMUTATOR – „We Don’t Owe You Anything” (2026)

KOMUTATOR We Don't Owe You Anything 2026 album cover artwork

Przeczytałem trzy definicje słowa „komutator” na Wikipedii, bo chciałem jakoś sensownie rozpocząć tę recenzję, ale nie zrozumiałem żadnej, więc musi wam wystarczyć to, że opolski zespół Komutator wypuścił w tym roku swoją drugą płytę długogrającą. I zrobił to, co warto podkreślić, w zasadzie chyba powracając z zaświatów, w odświeżonym zresztą składzie.

Nie znam poprzednich dokonań tego zespołu, więc nie powiem wam, czy We Don’t Owe You Anything stanowi progres, czy regres, kogo to zresztą obchodzi, powiem wam za to, że to całkiem porządny thrashyk, którego skojarzenia muzyczne sięgają do mrocznych czasów, kiedy thrashyk akurat nie był u szczytu, ale jednocześnie dorabiał się bardzo interesujących albumów. Mówię o latach 90-tych, ich drugiej połowie, przełomie milleniów. Komutator na swoim albumie brzmi bowiem tak, jakby bardzo chciał nawiązać właśnie do tej ery thrash metalu, ery, która przyniosła nam The Gathering,Violent Revolution albo M-16. W Polsce dotychczas chyba największym piewcą tej ery był Horrorscope, który zresztą lubię, więc i Komutator przypadł mi do gustu, bo We Don’t Owe You Anything to po prostu fajna płyta.

Wiadomo, thrash metal – problem z nim jest taki, że wydaje się, że trudno tu zaproponować coś świeżego (a potem przychodzą kolejne zespoły, które to robią – nigdy nie dajcie sobie wmówić, że coś już się skończyło), ale jednocześnie sprawdzone patenty są na tyle fajne, że i tak działają za każdym razem. I to nam serwuje Komutator – bujające numery przeważnie w średnich tempach, ale za to gęste, więc wasze słuchawki będą miały co robić. Jest tu też kilka naprawdę wysokooktanowych momentów, jak Let It Bomb (mocny kandydat na stały punkt koncertowego programu), pachnący nieco dokonaniami Testament Watch Beuty Die albo trochę jakby nowocześniejszy Monster.

We Don’t Owe You Anything nie wnosi nic nowego do tego, co już w thrash metalu jest. Nie udziwnia, nie próbuje na siłę szukać miodu w dupie. Za to robi na bardzo przyzwoitym poziomie to, co powinien robić. Komutator jawi się na tym albumie jako zespół, który ma już swój wykrystalizowany styl, co z jednej strony zaskakujące, bo to dopiero drugi pełniak, a z drugiej dziwić nie powinno, bo jednak zespół nie składa się przecież z 16-latków. Widać to przede wszystkim w aranżacjach. Komutator lubi w riffy i w groove. Nie stroni od dłuższych, zróżnicowanych form, gdzie daje sobie możliwość pokazania różnych kolorów, pobawienia się rytmem i temperaturą. Okej, najfajniejszy na płycie jest wspomniany wcześniej Let It Bomb, który ma akurat nieco ponad 2 minuty, ale poza nim (i intro) nie schodzimy poniżej 5:20. Utwór tytułowy, który zamyka album, trochę kłaniający się Kreatorowi, trochę znów Testament, a może nawet po części Machine Head to chyba najfajniejszy przykład.

A więc tak, fajna płyta, przy której dobrze się bawię. Tylko tyle i aż tyle, ale czego chcieć więcej?

Na koniec dodam jeszcze, że traktuję powrót Komutatora i fakt wydania We Don’t Owe You Anything jako element nowej fali polskiego thrashu, która – mam nadzieję, przyglądając się z uwagą przynajmniej kilku, jeśli nie kilkunastu młodym rodzimym kapelom – nadchodzi. Ale po zastanowieniu też stwierdzam, że album ten brzmi, jakby sam Komutator dopiero rozciągał stare stawy i rozgrzewał się przed czymś, co dopiero przyjdzie.

Exit mobile version