Oh shit, here we go again.
Prawdopodobnie mógłbym tę recenzję poskładać ze zdań powycinanych z moich recenzji poprzednich dokonań Lasu Trumien. Pozmieniałbym tylko tytuły i pewnie nikt by się nie zorientował, bo i tak nikt nie czyta tego badziewia*, po co czytać co ktoś tam sądzi o jakiejś płycie, skoro czytanie jest trudne, a można sobie płytę odpalić na YouTube i jest łatwo.
No dobra, ale nie pójdę na łatwiznę i spróbuję napisać o Głodzie zabijania Lasu Trumien coś, czego nie napisałem przy poprzednich wydawnictwach grupy. Niech wskazówką dla ciebie, czytelniku, będzie sam fakt, że mam taki problem. Głód zabijania jest bowiem bezpośrednią kontynuacją tego, co zaczęło się w 2020 roku na pierwszej EP-ce zespołu. Nie ma tu wielu zmian, nie ma wyraźnych domieszek, których nie dałoby się usłyszeć wcześniej. Czy to dobrze, czy źle – rozsądź sam, bo Głód zabijania, podobnie zresztą jak poprzednie nagrania grupy, jest albumem fajnym. Jeśli jednak szukasz jakiegoś rozepchnięcia formatki, którą Las Trumien dla siebie stworzył, to musisz jeszcze poczekać.
Ja sam jestem nieco skonfliktowany. Bo i Głód zabijania bawi mnie tak, jakbym chciał – lubię taki sladżyk, doceniam wciągający storytelling, szanuję potęgę riffów – to z drugiej strony chyba zaczynam się lekko męczyć. Liczę na jakieś odświeżające muzycznie otwarcie okna, które pozwoli na wpuszczenie do tej stęchlizny trochę powietrza, ale na Głodzie zabijania tego jeszcze nie mam. A może mi po prostu umyka? Wciąż zatem wydaje mi się, że Las Trumien oferuje ten sam skuteczny, ale i ograny już sludge/doom z lekkimi naleciałościami stonerowymi tu i ówdzie. I tak sobie zespół balansuje po tej niezbyt szerokiej alejce muzycznej, po raz kolejny serwując kolekcję wyciągniętych z czeluści kryminalistyki makabresek na temat morderców i ich dokonań.
Może popatrzmy sobie zatem na moje highlighty na Głodzie zabijania. Chcąc przedstawić wam najfajniejsze momenty na albumie wskazuję przede wszystkim Złe wieści – rozstonerowany i rozdoomowany utwór, który z prostego, ciężkiego riffu robi efektowną opowieść, znakomicie zresztą przez Wojtka zaśpiewaną. Po drugie wymieniam Ostatnie dni, bardziej energetyczny, oparty na riffie, który ewidentnie już gdzieś słyszałem. Super za mordy trzymają też np. Zamknięte drzwi czy Nikt nie kochał Władcy Much. No i to jest ta magia zespołu – Las Trumien ponownie niczego nie zmienia, bo nie zmienia się zwycięskiego składu, ale po raz kolejny serwuje album pełen naprawdę fajnych momentów, wykorzystujący klasyki gatunku do cna jak PiS katastrofę w Smoleńsku. Napisałbym, że nudy, ale za dobrze się bawię przy tej muzyce.
Ale wiecie, co by sprawiło, że Głód zabijania byłby jeszcze lepszy? Brzmionko. Ja rozumiem, dlaczego ten album brzmi, tak jak brzmi – piwnicznie, brudnie i staro. Ale naprawdę chciałbym, żeby troszeczkę podkolorowano tu i ówdzie dźwięk, żeby nabrał większego jeszcze ciężaru i żaru. No i znów – poprzednie wydawnictwa Lasu Trumien brzmiały w zasadzie bardzo podobnie. Może to jest miejsce na jakieś odświeżające kroki?
7/10
Las Trumien na fejsie – klik
Sprawdź też: Sznur, Horda, Grief Circle, Moonstone, Lo!, Doomster Reich
*Okej, okej, czytają – wydawcy i muzycy, ale pewnie też nie do końca.
- Corruption – „Tequila Songs & Desert Winds” (2025) - 15 listopada 2025
- Leash Eye – „Destination:125” (2025) - 15 maja 2025
- Servitude – „The Origin” (2024) - 18 maja 2024






