Mütterlein – „Amidst the Flames, May Our Organs Resound” (2025)

Projekt Mütterlein założony przez Marion Leclerq już od czasów debiutanckiego albumu z 2016 jest kwintesencją tnącego jak brzytwa, wprost piorunującego mariażu gatunkowego.
Rzecz ma się podobnie na Amidst the Flames, May Our Organs Resound – materiale z jednej strony surowym na metalową modłę, porażającym ciężkim i szorstkim soundem, a z drugiej zapewniającym słuchaczom chwile upiornego zwolnienia oraz wokalizy przypominające dźwięki z sennej wizji.
Od blackgaze, poprzez industrial, aż po ambientowe, elektroniczne pejzaże, Mütterlein nie oszczędza słuchającym ekstremalnych sonicznych przeżyć. To wymagająca muzyka, która zmusza do znalezienia odpowiedniej przestrzeni na odsłuch, a cierpliwym słuchaczom wynagradza ten czas z nawiązką.

Album został zarejestrowany we Francji, z kolei mix oraz mastering miały miejsce w belgijskim Much Luv Studio – nie dziwi fakt, że właściciel studia Tim De Gieter (należący do Doodseskader i do niedawna grający w Amenra) miał swój udział również tutaj. Pokuszę się o stwierdzenie, że materiał Mütterlein może przypaść do gustu również tym, którzy zasłuchują się właśnie w twórczości Amenra, jak i Backxwash czy Lingua Ignota. Wszelkie dysonanse, złowieszcze i momentami wprost nieprzystępne ambientowe pejzaże, a do tego udręczony, wydarty z trzewi wokal i niemal wszechogarniającą ciemność można znaleźć również na najnowszym albumie nagranym przez Marion Leclerq. No ale po kolei…

Kierunek, w którym zmierza album, zostaje nakreślony wraz z pierwszym utworem Anarcha. Jest to jednocześnie imię postaci historycznej i głównej inspiracji do nagrania tego albumu: Anarcha Westcott była afroamerykańską niewolnicą i tragiczną postacią w rozwoju nowoczesnej ginekologii, zmuszoną do bycia operowaną bez znieczulenia. Bezsilność w obliczu cierpienia i poczucie niesprawiedliwości zdają się wybrzmiewać w tekstach albumu, jak i samej aurze albumu – atmosfera jest ciężka, gęsta, momentami przytłaczająca.

Pulsujący beat i mroczne, rytualistyczne brzmienie już na początku pozwalają przywyknąć do klimatu panującego na płycie. Przy tym wszystkim wstęp jest dosyć minimalistyczny, świadczący o tym, że autorka projektu sięga po raczej oszczędne środki.
Dopiero wraz z utworami Concrete Black oraz Wounded Grace atmosfera robi się cięższa i gęstnieje z każdą chwilą. Wokalizy i organy na pierwszym z nich, udostępnionym jako pierwszy singiel z albumu, budują napięcie i apokaliptyczną atmosferę, zaś zapętlony sound Wounded Grace zapewnia złowieszczą aurą. Wokalizy, pojawiające się na Amidst the Flames… potrafią wprowadzić w trans i nawiedzać słuchacza na długo po wyłączeniu płyty.

Miażdżąco ciężkie jest również Ivory Claws, z dość upiornym outro, z kolei pozorne wyciszenie niosą ze sobą kawałki Memorial One i Memorial Two. Medytacyjny charakter twórczości Treha Sektori jest mi bliski i wspomniane dwie ścieżki, na których gościnnie wystąpił Dehn Sora, od razu przypadły mi do gustu. Powraca tu motyw grany na organach, który nadaje utworowi monumentalnego, podniosłego brzmienia. Ciężki jak smoła mrok oraz minimalistyczne brzmienie(zwłaszcza na drugiej partii) to istny strzał w dziesiątkę. Nie ukrywam, że album w całości nagrany przez tę dwójkę byłby czymś, czego słuchałabym z ciekawością, jednak sama Marion stanęła na wysokości zadania, nagrywając wciągający album, od którego ciężko się uwolnić.

Ritual black metal, dungeon electronics czy ambient/industrial – muzyce Mütterlein można nadać wiele etykiet, jednak nie jestem pewna, czy to konieczne. Twórczość Marion Leclerq broni się sama, a odsłuch Amidst the Flames… może urosnąć do rangi prawdziwego duchowego przeżycia dla wszystkich tych, którzy znajdą w sobie zaangażowanie i poświęcą wydawnictwu należną uwagę.

Ocena: 8/10

Annika
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , .