Belgijski doom blackowy twór A Thousand Sufferings wypuścił w tym roku trzeci w swojej karierze pełnowymiarowy album Stilte. I choć moja niechęć do doom metalu jest w redakcji znana, podrzucono mi ów smętny krążek w celu dokonania dekapitacji słownej dokonań kwartetu z Antwerpii. Może dlatego, że towarzysząca płycie ulotka reklamowa mówiła też coś o klimatycznej atmosferze i uczuciach, a w dodatku do tablicy wywoływała black metal i ambient? Faktycznie muszę przyznać, że przy takim opisie ręce zaczynają drżeć. Dobra! Dawajcie!
Album wydała znana i poważana Immortal Frost Productions w okrągłym nakładzie tysiąca egzemplarzy. Album zawiera pięć kawałków (z czego ostatni to dość krótkie klimatyczne outro) i trwa nieco ponad czterdzieści minut, czyli że jeden kawałek trwa średnio dziesięć minut. No tak, doom… Jakoś przeżyję.
Wbrew pozorom utwór numer jeden zły nie jest. Klimat z lat dziewięćdziesiątych (Wildhoney Tiamatu czy ówczesne dokonania Amorphis) okraszony wolnym, choć na szczęście niezbyt ciężkim tempem. No i ten growl… Pełen życia, zdałoby się powiedzieć. Choć do nazwania tego numeru energetycznym jest oczywiście bardzo daleko. Utwór numer dwa (przez wzgląd na Wasze języki tytułów podawał nie będę) ciągnie klimat poprzednika, tylko że energii tu jeszcze mniej, a i wokal zaczyna tak jakby przymierać. Niebezpiecznie zaczyna zawiewać nudą. Te jedenaście minut nie mijają jak z bicza strzelił. W dodatku miarowe i powolne tempo bardziej usypia, niż powoduje ciarki na plecach. Co prawda w drugiej części utworu jego moc znacząco wzrasta, ale nie ratuje to całej sytuacji. Woestenij Der Rust na szczęście kontynuuje ideę, która narodziła się w drugiej części kawałka poprzedniego, ale i tak nic w tym numerze ciekawego nie ma. Przedostatni tytułowy Stilte to utwór, który ma w sobie najwięcej melodyki, przestrzeni i powietrza. I choć utrzymany jest nadal w tempach spalinowej ciuchci, da się go przesłuchać od początku do końca bez nerwowego zerkania na licznik czasu. Zresztą w drugiej połowie znów jest nieco żwawiej i ostrzej. Album zamyka klimatyczne czterominutowe outro, którego słucha się chyba najprzyjemniej. I tyle.
Belgowie nie dość, że nie powalili mnie na kolana, to tak naprawdę zanudzili prawie na śmierć. Nie wiem czy to przyczyna tego, że płyta jest mdła i bez pomysłu i polotu, czy po prostu nic, co ma w nazwie doom po prostu do mnie nie trafia. A z obiecywanych blackowo ambientowych klimatów nie usłyszałem na tym krążku ani dźwięku. Jak chcecie się przekonać, to sprawdźcie sobie sami. Ja więcej tego krążka do odtwarzacza nie włożę.
A Thousand Sufferings na Fecebooku
A Thousand Sufferings na Bandcamp
A Thousand Sufferings w Encyklopedii Metalu
Ocena: 4/10
- Mysthicon – „Bieśń” (2025) - 28 sierpnia 2025
- Sombre Figures – “Streams of Decay” (2021) - 15 lutego 2022
- Nigrum Tenebris – “I am the Serpent” (2021) - 14 lutego 2022

