Mysthicon – „Bieśń” (2025)

Kilka lat mnie tu recenzencko nie było. W tym czasie w słuchaniu muzyki wracałem  do korzeni – norweskiej i szwedzkiej sceny drugiej fali przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych oraz do zachwytu nad post-blackowymi mistrzami z Der Weg Einer Freiheit, przegryzając ich od czasu do czasu pierwszoligowymi kapelami znad Wisły. Jednym słowem stary black i nowy post-black. I tak w kółko…

Tym większe było moje zaskoczenie, gdy niemal równocześnie ukazały się dwie nowe płyty fundamentów mojego muzycznego świata (na Burzum czy Eperora nie mam już co liczyć), czyli Der Weg Einer Freiheit oraz Mysthicon. Obecność Mysthiconu w moim panteonie wymaga słowa wyklarowania. Jest to duchowy spadkobierca Lux Occulty, jednego z moich absolutnych „number one” z młodzieńczych lat. Do tego jeszcze muzyka grana przez G’Amesa i spółkę osadzona jest w klimatach black metalu, na którym się wychowałem.

Długo kazali czekać na nowe płyty muzycy z Bawarii i Podkarpacia, oj długo. I właśnie z okazji tego podwójnego święta dałem się po tych kilku latach namówić na jednostkowy powrót do recenzenckiego warsztatu. Jednostkowy, bo w przypadku absolutnie genialnego Innern ubiegł mnie redakcyjny kolega. Bieśń natomiast zarezerwowałem dla siebie.

Po pierwsze płyta (tak jak poprzednia) jest cholernie krótka. Zaledwie czterdzieści trzy minuty podzielone na sześć kawałków to zdecydowanie za mało jak na pięć lat czekania oraz tak fajny materiał. Płyta kończy się, zanim słuchacz zdąży w pełni się w nią zanurzyć. A dodatkowo kończy się kolejnym już coverem Lux Occulty – kawałkiem Creation.

A jak się Bieśń zaczyna? Klimatyczny, pełen odgłosów natury i jednocześnie liryczny klawiszowy wstęp do Shapes po niespełna minucie zamienia się w nawałnicę dźwięku podszytą blastem. A wszystko to w melodyjnej oprawie klawiszy oraz przeszytym złem wokalem Adriana Mięsowicza. Unbearable Silence startuje spokojniej, gitarą i kontrabasem, ale jego druga część to prawdziwy huragan – opętańcza sekcja rytmiczna i piękna linia gitar. We are the Worms łączy w sobie genialny growl i czysty wokal, niestety ten drugi brzmieniowo nie trafia w mój gust. Nie do końca pasuje mi też elektroniczna końcówka oraz niepotrzebne dwadzieścia sekund ciszy. Na szczęście dalej jest już tylko lepiej. Na Naszej Krwi to sztandar Bieśni. Jedyny śpiewany po polsku jest jednocześnie pierwszym singlem promującym drugi pełnowymiarowy krążek Mysthiconu. Niezbyt może żwawy, ale za to dobrze oddający klimat krążka. Mnie ten utwór przypomina Thy Worshipera (tak, to kolejny fundament mojego muzycznego życia) z czasów Czarnej Dzikiej Czerwieni. Część autorską krążka zamyka utwór The Storyteller. Równie złowrogi (brawa za wokal) i równie melodyjny (brawa za lirę korbową i kontrabas), co pierwszy Shapes. To naprawdę świetny punkt programu. Choć nie tak genialny, jak wspomniany na początku cover ikonicznego utworu Lux Occulty. Nowa odsłona Creation posiada co prawda głęboko ukryty liryczny „organowy” klimat oryginału, niemniej pierwszoplanowo eksponuje kawał naprawdę solidnego black metalu. Jest szybko, jest świeżo, jest naprawdę genialnie. A te ostatnie organowe trzydzieści sekund wyrywają człowiekowi duszę z korzeniami. Stworzyć cover genialnego utworu w taki sposób, że jest o niebo lepszy, to nie jest rurka z kremem. Tu trzeba czuć muzykę. Ten kawałek pokazuje jeszcze jedno: świetny warsztat muzyków i talent, który już każe czekać na kolejne odsłony Mysthiconu. Bo znowu było za krótko…

Bieśń to naprawdę świetny album – być może nawet lepszy niż debiutancki Silvia Oculis Corvi. Śmiem także twierdzić, że to w ogóle jedno z lepszych wydawnictw w bieżącym roku. Cieszę się więc, że mogłem – przy dwudziestym już odsłuchu Shapes, Unbearable Silence oraz Creation – odkurzyć swój warsztat, i to bez pomocy sztucznej inteligencji.

Ocena: 10/10

Mysthicon na Facebooku
Mysthicon na Bandcamp
Mysthicon w Encyklopedii Metalu


(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , .