Można go kochać, można nienawidzić, ale jednego nie można mu odmówić: Abbath to jedna z najbardziej ikonicznych postaci w muzyce ekstremalnej. Z jednej strony odsądzany od czci i wiary, z drugiej podziwiany przez rzesze fanów na całym świecie. Prawdziwy konglomerat paradoksów z dużym dystansem do swojej osoby i mniejszym dystansem do muzyki którą tworzy. Po latach artystycznego milczenia powraca stojąc na czele własnego projektu Abbath, którego powstanie poprzedził ostateczny rozłam w szeregach Immortal. Nie będę tu wchodzić pomiędzy spór Abbatha z Demonazem, który niczym opera mydlana przelewał się przez metalowe media w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. Spróbuję skoncentrować się stricte na wydanym niedawno przez Season of Mist krążku Olve Eikemo zatytułowanym po prostu Abbath.
Do samego końca, po chyba siedmiu przesłuchaniach tej płyty nie potrafiłem dobrać słów, które oddałyby moje wrażenia, bo mimo kolejnych odtworzeń Abbath wydał mi się bardzo powściągliwy. Nie ma tu miejsca na szaleństwo, eksperyment czy artystyczne poszukiwania. To solidny ale i kontrolowany wpierdol z nowoczesnym brzmieniem i taką też motoryką. Oczywiście gdzieś tam momentami przywodzi na myśl riffy starego, dobrego Immortal ale to tylko drobne rysy na dobrze wypolerowanym szkle np. numer Ocean of Wounds. Abbath nie ryzykował i poszedł w kierunku rozwijania formuły znanej z All Shall Fall choć na debiucie zabrakło mi tego „chłodu” i choćby takiego numeru jak Unearthly Kingdom. W ogóle nie ma tu długich, rozbudowanych kompozycji jakie kiedys serwował nam Immortal. Dlatego na te niecałe 41 minut mamy aż osiem, bardzo równych numerów. Sprawiają wrażenie jakby powstały wyłącznie na próbach i jakby zabrakło im dopracowania. W ogóle to chyba główny zarzut dla tej płyty. Sprawia ona wrażenie jakby była robiona na wyścigi. Ale czy to znaczy, że jest to kiepska płyta?
Otóż nie. Abbath zdecydowanie ma „momenty”. Na pewno jest wart uwagi i przemielenia w odtwarzaczu wiele razy. Ten krążek jest spójny i równy. Ma też w swoim programie kilka świetnych wałków. Jednym z nich jest na pewno ostatni numer Endless (z riffem jak z otwierającego To War! tylko zagranym na większym wkurwie). To taki numer jaki określamy mianem „do przodu”. Na pewno dobry akompaniament do robienia rozpierduchy pod sceną. Zresztą chyba cała ta płyta jest taka „koncertowa”. Tak jakby Abbath pisał je wyłącznie z myślą o graniu na scenie. Nie powinno to dziwić, bo jeśli poważnie myśli o utrzymaniu zainteresowania wokół swojej osoby to nie może grać wyłącznie numerów z repertuaru Immortal. Co do reszty świetnych tracków to na pewno na wyróżnienie zasługuje przebojowy Count the Dead i intensywny Fenrir Hunts. Nie bez przyczyny Abbath kręcił widelce do tych numerów. To tak naprawdę najlepsze tracki na tej płycie. Cały album jest wyprodukowany na najwyższym poziomie. Perkusja jest wyraźna, z odpowiednim atakiem. Creature spisał się na medal. Trochę mało tutaj miejsca dla Kinga, żeby mógł w pełni rozwinąć skrzydła, ale jego bas robi jednak dobrą robotę. Wokale i gra Abbatha też trzymają wysoki poziom. Ale to nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem.
Pierwsza płyta Abbath to największe wydarzenie tej zimy w ekstremalnym metalu. Ogromne wsparcie jakie ma ten projekt dają nadzieję, że mimo pewnych problemów kadrowych (vide Creature) Abbath będzie w stanie kontynuować swoją karierę solową i wydawać kolejne krążki z większą regularnością. Pierwszy owoc rozpadu Immortal okazał się nawet całkiem smakowity. Oby następny był jeszcze „słodszy”…
Ocena: 7,5/10
- Rob Zombie – „The Great Satan” (2026) - 26 lutego 2026
- Sześć Szybkich Strzałów: HAKLA (black metal) - 9 grudnia 2025
- Sześć Szybkich Strzałów: POKUTA (black metal) - 9 grudnia 2025
Tagi: Abbath, black metal, debiut, debut, Immortal, recenzja, review, Season Of Mist.






