Red. Łukasz:
Fanom sludge’u Amenry przedstawiać raczej nie trzeba – wiadomo z czym to się je, oraz po której stronie skali przyjemności leży obcowanie z ich muzyką. Ci niewtajemniczeni muszą za to wiedzieć, że założony przez Colina H. van Eeckhouta i Mathieu Vandekerckhove’a skład gniecie nie tylko ciężarem riffów, ale i ładunkiem emocjonalnym, którym ich utwory są napakowane. Na pierwszy rzut ucha ostatni album Belgów po raz kolejny dostarcza to samo, szybko jednak okazuje się, że na De Doorn zespół w tej atmosferze zaimplementował kilka urozmaiceń.
Zanim jednak do nich dojdziemy, zostajemy starci na proch przez otwierający krążek Ogentroost. Złowieszcze ambientowe intro z minimalistycznym użyciem gitary to jedynie namiastka wylewającego się z tego numeru mroku, rozbrzmiewającego w pełni wraz z wejściem kompozycji na pełne obroty. Posępnej atmosferze beznadziei towarzyszy przeraźliwy, opętany wręcz krzyk van Eeckhouta, z którym w świetne dialogi wokalne wchodzi znana z Oathbreaker Caro Tanghe. Na szczęście wokalistka nie pełni na De Doorn jedynie roli tła dla wokalisty Amenry, a w kolejnych pozycjach na płycie momentami wychodzi na pierwszy plan. Otwieracz płynnie przechodzi w De Dood In Bloei, będący po prostu deklamacją w języku flamandzkim (swoją drogą to jedyny język używany na De Doorn, co również dokłada cegiełkę do atmosfery) z towarzyszącym jej mrocznym ambientowym podkładem. Z jednej strony mamy tu ciekawy kontrast względem dynamicznego i intensywnego utworu otwierającego krążek, z drugiej jednak nieco wybiło mnie to z rytmu.
Rytmu, do którego wróciłem od pierwszych sekund promującego album De Evenmens. Tutaj również nie obyło się bez kontrastów, zarówno wokalnych (charakterystyczne wrzaski oraz recytacje przypominające modły), jak i tych w obrębie kreowanego klimatu. Choć początkowo Amenra tradycyjnie zabiera słuchaczy w miejsca, w które sami udać raczej by się nie chcieli, to w drugiej połowie utworu przez cały ten mrok na moment przebijają się niespodziewane promienie światła. A te wrócą w monumentalnym Het Gloren, którego druga część uderza w nieco bardziej podniosłe i pełne nadziei tony, wywołując przy tym po raz kolejny ciarki na mojej skórze. Nie zabraknie ich też w na swój sposób kojącym i oczyszczającym z negatywnych emocji Voor Immer, który to w zdecydowanie przeważającym stopniu postawi na delikatność przekazu – w warstwie wokalnej, jak i muzycznej.
Jedynie przeżycie całości tego emocjonalnego rollercoastera za jednym zamachem, przy skupieniu się wyłącznie na nim, pozwala na pełne docenienie tego, co Amenra osiąnęła na De Doorn. Poszczególne utwory wprawdzie bronią się jako jednostki (no, może poza De Dood In Bloei), jednak jedynie wchłonięcie tego misterium od deski do deski umożliwia wyłowienie odpowiedniej liczby niuansów wplecionych w ten krążek. Jest to pozycja nieco różniąca się od tego, czym do tej pory raczyła nas Amenra, jednak mimo tego wciąż pełna tego ciężkiego klimatu i mistycyzmu, za który Belgów uwielbiam. Bez wątpienia jest to kolejna bardzo dobra pozycja wzbogacająca dyskografię tej charakterystycznej formacji.
Ocena: 8.5/10
Red. Joanna:
Kolega Łukasz dość optymistycznie (jeśli w tym kontekście można tak powiedzieć) podszedł do albumu Belgów, ja jednak zejdę z tego chwalebnego ołtarzyka ponad oczko niżej. Zacznijmy od podstaw. Siódme pełnometrażowe wydawnictwo studyjne Belgów jest pierwszym wydanym przez wytwórnię Relapse. Amenra to kolektyw muzyków, są niejako zjawiskiem, w pewnych sferach kultowym, z licznym gronem oddanych fanów, i antyfanów po drugiej stronie, kompletnie ścierających się w opiniach. Znając od podszewki Amenrę i pławiąc się w ich muzycznym szalmie właściwie od początku istnienia zespołu, posługuję się mocno subiektywną opinią, że szczytem ich dokonań był Mass V i VI, szczególnie produkcyjnie, z nostalgią spoglądając na przełomowy dla mnie surowy Mass III. Nowa propozycja jest dla mnie zbyt zachowawcza i wydaje się, że tak już pozostanie. Już samo odejście od nazywania albumów mszami zwraca uwagę, i oceniając nowości pod względem chociażby struktury, czuć, że materiał miał być w zamierzeniu świeży i nieco inny od poprzednich konceptów. Podoba mi się w pewnym stopniu wpuszczenie powietrza w atmosferę, więcej miękkości i jednocześnie narastającego napięcia, które ma nastąpić zgodnie ze sludge’owym przepisem na utwory. Coś jednak gdzieś mi zgrzyta, gdzieś ucieka koncentracja i nie do końca wraca wraz z nadejściem finałowego kolosa.
Zdaje się w złotej erze post-metalowych i sludgowych wysypów tu i ówdzie podobnych propozycji przede wszystkim ujmowała mnie potworna emocjonalność tej muzyki, transowość powolnych ciężkich riffów, z ewidentną cechą charakterystyczną pod tytułem wrzaski Colina H. van Eeckhouta prosto z trzewi, od środka, niemal histeryczne, wściekłe i dociskające do podłogi. Kto widział choć jeden koncert formacji, doskonale rozumie symbiotyczne połączenie specyficznej estetyki występów, grafik i kompozycji, włączając intra i outra. De Doorn to Amenra w pigułce, ale skręcająca już na nowe terytorium. 20 lat cierpienia według Amenry jako zapis emocjonalnego przekopu przez tony ciężaru, na pewno odcisnęło piętno na scenie muzyki tak zwanej ekstremalnej, ale w obrębie jednego, raczej zamkniętego pola. Tym razem miało być dostojnie i monumentalnie, może bardziej elegancko. I tak też jest, jednak ja z pewnością nie często tu wrócę. Jest dobrze, ale najlepiej już było.
Ocena: 7/10
- Königreichssaal – „Loewen II” (2025) - 26 stycznia 2026
- Asteriæ – „Miejsce, które nazywam sobą” (2025) - 22 stycznia 2026
- SaintSombre – „Earth/Dust” (2024) - 12 stycznia 2026
Tagi: 2021, Amenra, Atmospheric Sludge Metal, De Doorn, recenzja, Relapse Records, review, sludge metal.






