Site icon KVLT

Ancient Spheres – “In Conspiracy with the Night” (2015)

Rosyjska wytwórnia Satanath Records ma w swoim portfolio nie tylko tak oczywiste pozycje, jak ich rodzimy Satarial czy znany w szerokim świecie Gloomy Grim. Nasi słowiańscy bracia mieli również tyle odwagi i chęci, że swoich podopiecznych poszukali daleko poza granicami federacji. Jednego z nich znaleźli daleko, pomiędzy obiema Amerykami, w egzotycznej Kostaryce. I choć wydawać by się mogło, że w tak fikuśnym kraju nie ma zespołów grających cokolwiek mocniejszego niż pop czy salsa, Satanath Records wydał jeden z dwóch pełnowymiarowych albumów projektu Ancient Spheres. A czym jest ten dziwaczny środkowoamerykański wynalazek, postaram się opisać w kilku żołnierskich słowach.

Zespół powstał w roku 2010 z inicjatywy niejakiego Adolfo Bejarano (tak, tego od Alastor Sanguinary Embryo, wydawanego również przez Satanath Records). Przez siedem lat działalności zespół nagrał dwie EPki i dwa longplaye. Pierwszy z nich wydany przez zespół siłami własnymi jest chyba poza zasięgiem, natomiast In Conspiracy with the Night można nabyć w cywilizowany sposób.

Jeśli miałbym określić treści zawarte na In Conspiracy with the Night jednym słowem, powiedziałbym, że jest prosto, wtórnie lub mało odkrywczo (tak, umiem liczyć do jednego). Intro jest nic nieznaczącym szumem. Kolejne utwory przynoszą proste i powtarzalne linie melodyczne w tempach – jak na ten gatunek – umiarkowanych. Partie gitar można by nawet ochrzcić mianem rockowych. Na szczęście wokal z rockiem nic wspólnego nie ma i przedstawia się na krążku pod postacią klasycznego, mocnego i dobrze nagranego growlu. Na szczególną uwagę zasługują utwory Ethereal (jest całkiem prędki), Lord of the Morbid Ritual (za dzwony, które mnie nieco obudziły) oraz Serkes i Sand of Oblivion (również za iskierkę życia w utworze). Reszta nie wyróżnia się z tłumu aż piętnastu kawałków na płycie niczym. Co gorsza, nie wyróżnia się również niczym na tle tysiąca innych utworów setek innych kapel nurtu czarnego metalu. W zasadzie trudno jest nawet na czymś zawiesić ucho lub napisać o czymś nieco bardziej charakterystycznym czy zapadającym w pamięć. Po przesłuchaniu płyty człowiek czuje się jak sitko, przez które przez godzinę lała się woda. Trochę wilgoci, parę kropel i tyle. Ech…

Reasumując te moje wodolejstwa powiem niewiele. Album jest oczywiście nagrany poprawnie, klimat i koncepty na poszczególne utwory są także poprawne. Płyta jest w gruncie rzeczy nie najgorzej wyprodukowana. Całość niestety jedzie na kilometr zwyczajnością. A dla black metalu to po prostu śmierć. I nie mam na myśli death metalu.

Ocena 4,0/10,0.

 

Exit mobile version