Site icon KVLT

Asteriæ – „Miejsce, które nazywam sobą” (2025)

Na poznańską formację Asteriæ po raz pierwszy natknąłem się pod koniec ubiegłego roku, wkrótce po wydaniu przez DIY Koło Records ich drugiego pełniaka. Miejsce, które nazywam sobą zostało mi zareklamowane jako bardzo udany mix post metalu, sludge’u, hc i black metalu i z racji moich upodobań muzycznych postanowiłem ich niespełna półgodzinny krążek sprawdzić, wszelkie pochwały traktując jednak ze sporą rezerwą – wszak upichcenie czegoś zjadliwego z wyżej wymienionych składników nie należy do rzeczy łatwych.

Okazało się jednak, że Poznaniacy rzeczywiście dowieźli. Już w otwierającym album 1-4-8 od samego startu słuchacz jest atakowany post-blackową nawałnicą (aczkolwiek znalazło się też miejsce na drobne zwolnienie), wokalem łączącym w sobie „amenrowy” ból z blackową wściekłością (choć pojawiają się też czyste fragmenty) oraz dobrym, egzystencjalnym tekstem. Ta jazda bez trzymanki jest przez Asteriæ kontynuowana w kolejnych numerach – świetnie wypadają „cultoflunowe” Ruiny, najlepsze według mnie Tchnienie zapada w pamięć między innymi dzięki świetnie rzężącemu basowi i melodiom ocierającym się wręcz o post-rock (które zresztą w pewnym stopniu wracają w zamykającej płytę Toni), a w Uwolniłem się zespół pokazuje za to swoje bardziej hardcore’owe oblicze.

Miejsce, które nazywam sobą, mimo niewielkiego metrażu, jest przeżyciem niezwykle intensywnym i przepełnionym sporym ładunkiem emocji. Trochę brakowało mi takiego grania na krajowej scenie, nie wiem, czy po prostu go nie ma, czy jedynie do tej pory „udawało” mi się go unikać. Drugi pełniak Asteriæ w jakimś stopniu zapełnił tę lukę. Jeśli czegoś mi tu brakuje, to może kilku fragmentów, które wybijałyby się chwytliwością ponad pozostałą część płyty, no i jeszcze pięciu-dziesięciu dodatkowych minut grania. To ostatnie traktuję jednak jako zakamuflowany komplement.

Ocena: 8.5/10

Asteriæ na Facebooku

Exit mobile version