Behemoth – „Opvs Contra Natvram” (2022)

Odkąd stałem się fanem Behemoth (a miało to miejsce niestety później niż bym chciał), na każde nowe wydawnictwo zespołu czekałem z wypiekami na twarzy. Opvs Contra Natvram, zgodnie z tytułem, zburzył ten ustalony porządek – cztery promujące go utwory sprawiły, że po raz pierwszy przed wydaniem nowej płyty zespołu Nergala czułem głównie sceptycyzm i obawę, iż seria jego udanych pełnych albumów zatrzyma się na jedenastu. Do odsłuchu tego dwunastego, ozdobionego okładką budzącą bardzo oczywiste skojarzenia z God Hates Us All Slayera, zasiadłem więc bez szczególnej ekscytacji i wielkiego optymizmu, ale jednocześnie pełen ciekawości.

Muszę przyznać, że Opvs Contra Natvram rozpoczyna się z naprawdę wysokiego C. Utrzymane w niepokojącym, plemienno-Heilungowym klimacie trzyminutowe intro (Post-God Nirvana) przygotowuje słuchaczy na cios prosto w zęby, jakim jest pierwszy właściwy utwór – króciutki Malaria Vvlgata. Ta licząca sobie ledwie niecałe 2,5 minuty kompozycja zadowoli malkontentów narzekających, że Behemoth nie gra już tak jak kiedyś. No to niespodzianka – dalej potrafią zagrać na pełnej prędkości, z wściekłością i agresją. Krótko, ale za to bardzo treściwie – porównałbym ten numer do Furor Divinus z The Satanist. Kolejny na trackliście jest, moim zdaniem najlepszy z singli promujących krążek, The Deathless Sun, który udanie łączy „stare” z „nowym”. Szybkie zwrotki, chwytliwy refren, podniosły nastrój, fantastyczny Inferno oraz odrobina czystego wokalu w drugiej części utworu złożyły się na jedną z najlepszych kompozycji na płycie.

Środek Opvs Contra Natvram niestety zawodzi. Do bólu przeciętnie, nawet w kontekście całego albumu, wypada Ov My Herculean Exile, będący głównym powodem mojego wspomnianego sceptycyzmu. Ten dość sztampowy numer na poprzednich albumach Behemoth mógłby być zapychaczem albo po prostu B-sidem dorzuconym później do EPki. W zamierzeniu miał zapewne być epicki, wyszedł jednak mało interesująco i jest zdecydowanie najsłabszym punktem ich dwunastego krążka. Nieco lepiej wypadają buntowniczy Neo-Spartacus oraz Disinheritance. W tym pierwszym świetną robotę robi bas Oriona, a drugi po początkowym braku efektu „wow” rzuca w słuchacza świetną, ozdobioną orkiestracjami końcówką. Żwawego Off to War! zaś słucha się przyjemnie, ale podtrzymuję mój zarzut o zbytnim podobieństwie jego zwrotek do tych z Ecclesia Diabolica Catholica. Wprawdzie wciąż działa to całkiem dobrze, jednak do tej pory hasła „odtwórczość” oraz „Behemoth” nie mogły być stawiane w jednym zdaniu. Teraz niestety nie jest to kompletnie bezzasadne.

Końcówka Opvs Contra Natvram na szczęście w dużym stopniu wynagradza wspomniane wyżej mankamenty, choć zdaję sobie sprawę, że Once Upon a Pale Horse do tych najbardziej zatwardziałych metali raczej nie trafi. To za sprawą bardziej rockowych niż metalowych zwrotek, których zaraźliwego groove’u oraz ponownie świetnych linii basu nie mogę nie docenić. Ten numer po prostu znakomicie buja – nigdy nie sądziłem, że będę mógł napisać tak o utworze Nergala i spółki, więc już za samo nagranie tego rodzaju numeru bez oglądania się na „narzekaczy” brawa się należą, na dodatek odniesiono przy tym artystyczny sukces. Ciekawie wypada również czwarty z „singli”, Thy Becoming Eternal, choć to głównie dzięki wolniejszej i klimatycznej drugiej połowie, pierwsza jego część niestety nie wybija się ponad solidność, której od Behemoth należy oczekiwać. Najlepsze czeka nas jednak dopiero na sam koniec, a mianowicie mowa o wielowątkowym Versvs Christvs. Mistrzowskie budowanie napięcia poprzez klimatyczne zestawienie szeptu i czystego śpiewu Nergala z fortepianem przeplatane typowo „behemothowymi” wybuchami agresji i natchnionym wręcz growlingiem oraz użycie damskiego wokalu Zosi Fraś i orkiestracji złożyły się na prawdziwie epickie i niesamowicie interesujące zamknięcie longplaya. Wprost nie mogę się doczekać tego, w jaki sposób to „czteroosobowe trio” oprawi ten numer na żywo.

Nie jest więc tak źle, jak myślałem że będzie, choć i tak uważam, że mój sceptycyzm częściowo się sprawdził. Opvs Contra Natvram to bez wątpienia najmniej udany album nagrany przez Behemoth  w aktualnym zestawieniu personalnym. Nie oznacza to, że jest słaby – po prostu fragmentów, które można określić jako jedynie poprawne jest tu więcej niż zazwyczaj. Jednocześnie nie można narzekać na brak świetnych kompozycji, bo takie też się tu znalazły, a ich jakość przeważa nad tymi mniej udanymi fragmentami. Całościowo jest więc dobrze, choć rozpieszczony kosmicznie wysokim poziomem ostatnich sześciu studyjnych dzieł zespołu czuję się delikatnie zawiedziony następcą I Loved You At Your Darkest.

Ocena: 7/10

BEHEMOTH! | Facebook

Łukasz W.
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , .