Po “serii” dwóch nie do końca udanych studyjnych wydawnictw z rzędu, czyli średniej EPce A Forest (recenzja) poprzedzającej jedynie trochę więcej niż przyzwoity album Opvs Contra Natvram (recenzja) ogłoszenie nowej płyty Behemoth po raz pierwszy nie spotkało się w moim przypadku z okrzykiem radości. Czy wydana trzy lata temu najsłabsza pozycja w dyskografii blackmetalowych tytanów okaże się jedynie drobnym potknięciem, czy może wyznaczy trajektorię przyszłej twórczości grupy? Pierwsza zapowiedź nie nastrajała optymistycznie. Cringe’owy tytuł trzynastego albumu Pomorskiej Bestii, The Shit ov God, natychmiastowo wzbudził we mnie obawy uciszone nieco przez tytułowy singiel. Dwa kolejne – The Shadow Elite i Lvciferaeon sugerowały, że jest na co czekać.
W końcu dorwałem się do nowego dziecka Nergala, Oriona, Inferno i Setha i mogę z prawdziwą radością oznajmić: panie i panowie – mamy to! Behemoth powrócił w wielkim stylu, z agresją sięgającą zamierzchłych czasów, przebojowością godną The Satanist czy I Loved You At Your Darkest i brzmieniem potężnym jak na Evangelion. Ten zabójczy mix w najlepszym wydaniu dostajemy już w najlepszym na krążku singlowym The Shadow Elite, w którym zespół pruje aż miło, łącząc tę agresję z przebojowym, pełnym groove’u refrenem. Tradycja rozpoczynania albumów od mocnego uderzenia została więc na The Shit ov God podtrzymana, lecz później Behemoth nieszczególnie zwalnia tempo, zadając słuchaczowi cios w drugi policzek – potężny Sowing Salt, w którym to pełne furii oblicze pięknie kontrastuje z tym bardziej melodyjnym. Kolejne pozycje na trackliście pokazują różne oblicza zespołu: dostajemy więcej brzmieniowych kontrastów (To Drown the Svn in Wine), kolejne bezpośrednie ataki (Avgvr, choć ten akurat numer uważam za najsłabszy i najmniej zapamiętywalny), chwytliwe refreny (The Shit ov God, Lvciferaeon, Nomen Barbarvm), Pomorska Bestia otrze się też o progresywność w O, Venvs Come!. Do tego zespół Darskiego nie brzmi na swoim nowym dziecku rzemieślniczo i odtwórczo jak na Opvs Contra Natvram (choć końcówka wspomnianego O, Venvs Come! budzi skojarzenia ze zwieńczeniem Lucifer), a zdecydowanie większa niż w ostatnich latach bezkompromisowość tego materiału stanowi tak potrzebny po trzech poprzednich albumach powiew świeżości. W warstwie produkcyjnej też jest o wiele lepiej – każdy instrument jest głośny i wyraźny, Nergal wypada świetnie wokalnie, a całość ma po prostu niezbędną moc. Nie będzie też żadnego naciągania w określeniu fizycznego wydania The Shit ov God jako małego dzieła sztuki, tak samo jak w przypadku poprzednich wydawnictw grupy, choć tym razem oceniam wyłącznie na podstawie obejrzanych tu i ówdzie filmów opublikowanych w social mediach (moje zamówienie jest jeszcze w drodze).
Można było mieć obawy, lecz na szczęście okazały się one zupełnie bezpodstawne – Behemoth na swoim nowym krążku zdecydowanie dowozi i potwierdza czołową lokatę na polskiej metalowej scenie. Wprawdzie daleki jestem od nazywania The Shit ov God najlepszą czy najmocniejszą od lat pozycją w ich dyskografii, prawdą jednak jest to, że tak brutalnie nie było u nich już dawno, a do tego udało się bardzo zgrabnie połączyć tę agresję z pewną przebojowością. To cieszy – będący w formie Behemoth jest zdecydowanie więcej niż mile widziany.
Ocena: 8.5/10
- Königreichssaal – „Loewen II” (2025) - 26 stycznia 2026
- Asteriæ – „Miejsce, które nazywam sobą” (2025) - 22 stycznia 2026
- SaintSombre – „Earth/Dust” (2024) - 12 stycznia 2026

